Jama pod powalonym drzewem

#1
Źródło: John Santic

Niegdyś potężne i dumne drzewo dziś leży bez życia, usłużnie oddając się procesom biodegradacyjnym. Przez lata pień rośliny uległ znacznej redukcji, lecz nie tyle za sprawą rozkładu, co przez zachłanne korniki, które wydrążyły w jego wnętrzu olbrzymią jamę. Przestronny tunel rozciąga się wzdłuż całej kłody, dzięki czemu - pomimo braku zakrętów - lokatora nie sposób wypatrzyć z zewnątrz, gdyż dość łatwo niknie on w ciemności korytarza. Okazuje się bowiem, że to stare, nadgniłe drewno zaskakująco dobrze nie przepuszcza światła, a nawet całkiem solidnie chroni przed wiatrem i opadami, w związku z czym wiele stworzeń przeczekuje tu trudne warunki pogodowe.



Rośliny: mięta, rumianek
Zwierzęta: lis, mysz, nornica, zając

Jama pod powalonym drzewem

#2
Kroczył pewnie, zwinnie omijając przeszkody. Znał to miejsce nie od dziś. Drogę pomiędzy okupowanym przez niego leżem a jeziorem pokonywał codziennie. Można zaryzykować stwierdzeniem, iż poruszanie się po tych pięknych, dziewiczych i dzikich terenach zdołał już opanować do perfekcji.
Wyłoniwszy się z wszędobylskich zarośli, zwolnił marszu. Począł rozglądać się za swą kryjówką, dobrze zakamuflowaną pośród leśnej mieszaniny barw. Węszył, przy okazji ocierając się bokiem o chropowatą korę pobliskich drzew, by odnowić swą woń i zniechęcić potencjalnych pretendentów do jego ziem.
- To tutaj. – Odparł, po uprzednim zbliżeniu się do powalonej, wiekowej kłody, w której wnętrzu znajdowała się głęboka, dość przestronna jama. Bez problemu zmieściłyby się w niej trzy dorosłe wilki, mając dodatkowo pełną swobodę ruchu. Ze spojrzeniem utkwionym w szarej, Rudy przysiadł w niedalekiej odległości od wejścia do legowiska, pozostawiając Kiranarinn decyzję co do jej kolejnych poczynań. Obrócił pyskiem dookoła, wskazując najbliższą okolicę. – Gdzie nie spojrzysz tam zające. – Powiedział, a lico naznaczone psimi rysami rozpromieniło się – ślepia błysnęły, a wargi wygięły w nieprzyjemnym, złowrogim uśmiechu, zwiastującym dłuższą wypowiedź. – Durne szaraki same pchały się pod szczęki. – Paszczęki wyszczerzyły się jeszcze bardziej. – Niestety! Nie są na tyle tępe, by dać się tak traktować cały czas. Nauczyły się już, że nie chce się z nimi tylko pobawić... Co za pech. – Wyjęczał niby niezadowolony, lekko marszcząc nos i brwi.
- Dlaczego tu jesteś? – Zapytał niespodziewanie po dłuższej chwili milczenia, nie mając oczywiście na myśli konkretnej lokacji, jaką był jego skrawek ziemi z dziuplą w martwym drzewie.
Delikatna jaźń zawirowała gniewnie. A Dlaczego TY tu jesteś? Zawtórowała ironicznie, naśmiewając się z przedmówcy. Może niech lepiej... Zamyśliła się, wykonując jeszcze dwa obroty. Nie dokończyła, zagłuszona.

Jama pod powalonym drzewem

#3
Szła tuż obok niego w nieznane, bacznie rozglądając po otaczającej ich przyrodzie. Jesień rzeczywiście dała się już we znaki, zasypując jak śnieg zimą leśne runo złotymi liśćmi, czyniąc wokół jakby jednolity kobierzec. Jedynie co przecinało okalające ich co jakiś czas milczenie to nieustanne szuranie łapskami o złotą ściółkę. Polowanie w takich warunkach było za pewne utrudnione. Ale dla chcącego nic trudnego! Tak mówili.
Oczywiście co jakiś czas zahaczała wzrokiem o swego przewodnika, to subtelnie się uśmiechając, a to po prostu ot patrząc się w jego jarzące srebrniki. Najwyraźniej ich podróż powoli dobiegała końca, gdyż rudy wystąpił nieco na przód uważnie badając teraz no i oczywiście go przy tym znacząc.
To tutaj.
A więc przybyli do wielkiego pnia, zdającego się być wejściem do podziemnej jaskini. Obrośnięty konar bardzo wtapiał się w leśne tło, co też czyniło go idealną kryjówką. Widząc, że Shevayal przysiadł koło wejścia, po obdarzeniu go przyjaznym spojrzeniem Kira weszła ostrożnie do środka, mimowolnie schylając głowę i z lekka kładąc po sobie uszy, jakby bała się uderzyć w drewniany strop. Kiedy tak badała dosyć dużych rozmiarów jamę, usłyszała wesoły - tak w jej mniemaniu brzmiał - głos rudego.
- To wspaniale! - odwróciła łeb w jego stronę, na którym również lica rozpromienione były szczerym uśmiechem - Przynajmniej nie zdechniemy tutaj z głodu. A to, że uciekają tym lepiej- powiedziała, powoli wynurzając się z wnętrza konara - Im twa ofiara jest ruchliwsza, tym ty po jej zdobyciu otrzymujesz więcej satysfakcji. Słowa niby takie głupie, ale dla mnie prawdziwe - skwitowała, kompletnie opuszczając jamę i siadając na przeciw srebrnookiego. Jak to w zwyczaju miała podwinęła pod łapy ogon, szybko otrzepując go z jakiś pierdołów, które podczas podróży się doń przylepiły. Wnet jej lodowe ślepia ponownie wlepiły się w pysk Sheva, kiedy rzucił to pytanie. Kira mimowolnie wzdychnęła, na chwilę spuszczając z wilczura wzrok. Dla niektórych ta sprawa była błahostką. Ale nie dla niej.
- Ja... - przedłużyła, nieco wstrzymując się od odpowiedzi. Z jednej strony nie chciała się zwierzać, ale z drugiej czuła, że musi to zrobić. Nerwowo zaczęła tarmosić pusztą srebrną kitę - To miało miejsce kilka miesięcy wstecz. Ja i moja rodzina zostaliśmy po części zmuszeni opuścić nasz dom. Było ciężko, ale razem dawaliśmy temu rady. Ale po pewnym czasie wszystko zaczęło się kruszyć... Ślad po moim ojcu zaginął, gdy raz wyruszył w nieznane, by w jakikolwiek sposób zaspokoić głód bliskich. Od tamtej pory go nie widziałam - zaprzestała na chwilę, biorąc w płuca świeżą porcję powietrza - Matka umarła niedługo po tym, z tęsknoty. Nie chciała jeść, pić. Całymi dniami wpatrywała się w ścieżkę, na której po raz ostatni widziała ojca. Ja wraz z moimi braćmi postanowiliśmy się rozejść w kompletnie odmienne dla siebie strony licząc, że tak będzie najlepiej. Rozdarci tragediami ruszyliśmy więc w nieznane, zostawiając to co było za sobą. I w taki oto sposób trafiłam tutaj i spotkałam ciebie - rzekła, ponownie wypuszczając ciężko powietrze. Teraz było jej jakoś lżej, lepiej. Nigdy nie lubiła rozmawiać o swoich problemach czy żalach. Wolała wszystko kumulować w środku mając nadzieję, że problemy znikną. Dla niej bardziej liczyło się dobro drugiej osoby. Niegdyś przed rewolucją miała dobrą przyjaciółkę Verenille, która była trajkotką numer jeden. Kira zawsze jej wysłuchiwała, czasem biorąc na barki i jej jarzmo podobno ciężkiego życia.
Nienawidziła zaprzątać komuś sobą głowy.
- A dlaczego ty tu jesteś? - sparafrazowała jego pytanie, by na chwilę odwlec od siebie temat. Jej wzrok spotkał z jego. Trwała tak, wpatrując się w jego ślepia, wyczekując na jakikolwiek gest, słowo. W międzyczasie cichy świst, jakby ptasich skrzydeł przeciął narastającą wokół wilków ciszę.

Jama pod powalonym drzewem

#4
Szara postanowiła mu się zwierzyć. Wilk spokojnie słuchał swej rozmówczyni, nie przerywając jej. Aparycja samca pozostawała spokojna, chyląc się ku współczuciu. Czasami wykonał jakiś przyjacielski gest. Mimo iż nie dawał tego po sobie poznać – pękał z dumy, zadowolenia. Upajał się każdym słowem wypowiedzianym przez nią, łaknął więcej i więcej. Odnosił wrażenie, że naprawdę widzi w nim swego wybawiciela, powiernika, boga, coraz bardziej utwierdzając się w swoim przekonaniu. Oślepiony nagłym napływem takich czynników nie dostrzegał głupoty swego rozumowania. Rozkojarzył się, rozmarzył, nieświadomie dając pole do popisu swemu gospodarzowi.
A dlaczego ty tu jesteś?
W czaszce rudego zapanował zamęt. Myśli tworzone przez prawowitego właściciela ciała obijały się o wszystkie ściany, rozpychały wściekle, pragnąc uwolnić się, wyjść na światło dzienne. Mimo braku efektów jaźń Shevayala nie poddawała się, kręcąc coraz to więcej fikołków, w celu rozpędzenia się, zanim uderzyła w twardą kopułę oddzielającą ją od świata zewnętrznego. Z każdym ciosem słabła fizycznie, ale psychicznie nabierała sił, nie pozwalała się złamać. Nie tym razem! Warknęła gniewnie, ponownie rozpoczynając serię obrotów. Po zebraniu ostatecznych sił wszystkie, które były jeszcze osiągalne, rzuciła się na barierę. Coś zatrzeszczało. Coś pękło.
Głowa Płomienia wypełniła się niewyobrażalnym bólem, pulsującym, prędko przesyłanym przez nerwy do pozostałych części ciała. Nagła migrena była nie do wytrzymania, zmusiła mieszańca do wykrzywienia oblicza w paskudnym, niepokojącym grymasie. Połyskujące niegdyś księżyce zgasły, skryły się wśród ciemnych chmur. Ciało wygięło się, łapy rozjechały, sprawiając iż chude ciało legło na wielobarwny dywan utworzony z liści. Upadkowi towarzyszył szelest.
- Próbuję… – Wyjęczał, próbując unieść pysk na tyle, by Kiranarinn dostrzegła ślepia wypełnione cierpieniem, smutne, całkowicie niepodobne do tych, które jeszcze przed chwilą na nią spoglądały. Prosiły, wołały, błagały o pomoc, o brak odrzucenia, o próbę zrozumienia. – Próbuję… - Powtórzył głosem słabym, zmęczonym, acz o takim samym brzmieniu, tonie, co do tej pory podczas ich wymiany zdań. – Wygrać z nim. – Dokończył. Ostatnie słowa niknęły wśród śpiewu ptaków, udały się wraz z szumem wiatru w głąb lasu, rozpływając się.
Stul pysk, szczeniaku.
Wściekły, począł wracać na swe „prawowite” miejsce, po drodze wykonując wstępne oględziny szkód wykonanych przez niewdzięcznika. Jednak stworzonego przez niego pęknięcia nie mógł naprawić. Zaklął w duchu, obrzucając dawnego Wędrowcę nienawistnymi piorunami, odbierając resztki sił. Na razie.
Przesunąwszy łapy do naturalnej pozycji, uniósł się niemrawo i otrzepał. Nie próbował tłumaczyć tego zajścia. Srebrniki powróciły do poprzedniego stanu – migotały pewnością siebie, spokojem. Zerknął na Kirę z ukosa. Milczał, oczekując jej reakcji. Reakcji, której nie chciał poznawać.
Zapłacisz za to.

Jama pod powalonym drzewem

#5
//wybacz, że tyle zwlekałam, ale musiała nadgonić kilka spraw ;_;/

Kira cierpliwie wyczekiwała a jego odpowiedź, kiedy nagle coś zaczęło się dziać. Dotąd iskrzące się srebrne ślepia rudego przygasły, a w jego cielsko wstąpiła jakby nowa, ale kompletnie inna siła. Szara powstała z miejsca, a na jej licu wymalowało się wyraźne zaniepokojenie. Chciała cokolwiek zrobić, zaradzić temu, ale w swej głębi czuła, że to i tak na nic. On musiała z tym czymś wygrać sam. Niewyraźne słowa rzucane w amoku plątanin jeszcze bardziej ją w tym utwierdziły. Mimo to nadal się nie oddaliła, chcąc w razie czego służyć jakimkolwiek oparciem. Gdyby nie zapytała, prawdopodobnie by do tego nie doszło. Jej ciekawość po raz wtóry wpędziła ją w kłopoty, ale czy Ćma mogła się tego spodziewać? Że zwykłe, rutynowe wręcz pytanie może wywołać takie anomalia?
Kiedy Shevayal po części odzyskał panowanie nad tym czymś, Kira również nieco opadła z emocji. Przysiadła więc na ziemi, a po jej głowie błądziło mnóstwo pytań, na które starała odpowiedzieć sobie w każdy możliwy sposób. Objawiło się to w jej nadal jeszcze nie spokojnych ślepiach. Lodowe oczy spoczęły na postaci wilczura, wręcz się w niego wwiercając. To było od niej silniejsze, poznanie prawdy od dłuższego momentu tak bardzo ją gnębiło.
- Co... Co się przed chwilą stało? - zapytała, próbując ukryć emocje pod przykrywą spokojnego tonu. Ale teraz każdy jej ruch był sprzeczny. Nie chciała narzucać się wilkowi, wypytywać. Ale jednocześnie chciała i to bardzo wiedzieć o co w tym wszystkim chodzi. A i więc siedziała tak w milczeniu, oczekując na jakiekolwiek słowo. Liczyła na to, że to coś na nowo nie przejmie kontroli.

Jama pod powalonym drzewem

#6
Potrafił wyczuć wirującą w żyłach Kiranarinn ciekawość, bijącą, emitującą dziwaczne ciepło. Widział w lodowych otchłaniach chęć poznania odpowiedzi na dręczące ją pytania, która kłóciła się z odrobiną niepewności, oczywiście bezskutecznie, nie wpływając na tą pierwszą w żadnym stopniu. Czuł i widział. Uciekł spojrzeniem w bok, uczepiając je na hałasujących w zaroślach szarakach. O ściany czaszki wielokrotnie odbiła się siarczysta wiązanka, po jakimś czasie niknąć w ciemnych czeluściach.
Nie należał do najgłupszych. Mimo początkowego oślepienia, dumy, dziwacznej ekstazy wywoływanej obecnością wadery oraz każdym wypowiedzianym przez nią zdaniem potrafił otrzeźwieć. Nie wiedział, od czego powinien zacząć i czy w ogóle powinien zaczynać. Milczał.
- Uratowałem go. – Odparł dość niespodziewanie, niechętnie, z lekką dozą odrazy w głosie. Widać było, iż nie w smak mu o tym opowiadać, ponieważ wciąż odczuwał urazę względem Shevayala. Do tej pory nie podziękował mu, nie obdarował nawet jednym, jedynym, malusieńkim, cichutkim pozytywnym słowem. Zmarszczone nos i brwi ukazywały niezadowolenie z tego faktu, a cała aparycja rudego sprawiała dość negatywne wrażenie - było od niego czuć, iż jest śmiertelnie obrażony. Oczywiście na srebrnookiego. - Kiedy umierał w górach z wychłodzenia. Uratowałem go. – Dodał, po raz pierwszy od dłuższego czasu powracając do błękitnych ślepi rozmówczyni. Spoglądał hardo, zdecydowanie, bez żadnego zawahania się. Widać było, że nie żartuje, jednak jak inaczej można odebrać zlepek słów bez składu i ładu? A następna wypowiedź, pozbawiona logiki jeszcze bardziej? Cóż miał robić jak nie powiedzieć prawdy? Nie chciało mu się wymyślać na poczekaniu głupiej bajeczki. Nie widział sensu we wpychaniu szarej głupiej, wymyślonej na poczekaniu bajeczki.
Przeciągle westchnął, niby przygotowując się. – Ten szczeniak został odrzucony przez swoich najbliższych, był traktowany jak najgorszy śmieć tylko dlatego, że pewna suka, jego kochana mamuśka wpierw uciekła w nieznane, by następnie puścić się z jakimś kundlem. Po powrocie staruchowi-szamanowi nie przypadło to do gustu. – Głos miał równie pewny co spojrzenie. – Szydzili, przeklinali, odpychali, głodzili. Był sam. Ja wtedy zajmowałem się jego najukochańszą matulką. – Na wspomnienie tych wydarzeń czarne kąciki warg mimowolnie podjechały do góry, wykrzywiając pysk we wrednym, paskudnym uśmiechu. – Doprowadziłem ją do obłędu zaledwie po kilku dniach, taka była słaba, beznadziejna, żałosna. Doszło do tego, że pobiegła z płaczem do swojego cudownego uzdrowiciela, ślepego, głuchego, śmierdzącego capa, i u jego stóp błagała o przebaczenie. Zgodził się przywrócić jej zmasakrowaną główkę do poprzedniego stanu pod jednym warunkiem – po naznaczeniu gówniarza i porzuceniu go na pustkowiu, by zżarli go jacyś padlinożercy. Zgodziła się bez namysłu. – Urwał, przełykając ślinę. Gdzieś pod nosem przeleciało mu słowo „dziwka”, ale nie można było mieć pewności, że wydostało się z jego pyska. Oczekiwał reakcji towarzyszki.
Nie zdawał sobie sprawy, iż tak dla niego naturalne postrzeganie siebie – Surkh'a oraz niego – Shevayala jako dwóch odrębnych bytów, o różnej historii, charakterze, doświadczeniach i zamieszkujących jedno ciało mogło wydać się dziwne, nienaturalne lub przerażające dla jego rozmówczyni. Nie zorientował się, że mówienie „o sobie” w trzeciej osobie nie należało do najnormalniejszych rzeczy. Tyle że on nie mówił w ten sposób wcześniej. Opisywał go.
Zastanawiał się, czy wilczyca nie będzie chciała się już z nim dłużej zadawać i ucieknie. Księżyce badawczo wodziły po jej zdrowym ciele, doszukując się jakiegokolwiek niepokojącego symptomu, nagłego drgnięcia, napięcia mięśni, które mogły świadczyć o nadchodzącym ataku lub podjęciu próby ucieczki. W skażonym umyśle przewijały się dziwne myśli i obrazy. Któryś okaże się prawdą?

Jama pod powalonym drzewem

#7
Fuego wciąż błąkał się po terenach watahy w poszukiwaniu przyjaciół. "Pewno wszyscy mnie unikają..." westchnął. Miał już dosyć swojego życia i zastanawiał się od dłuższego czasu, czy nie wejść z kimś w konflikt, by ten skończył jego marne życie... Ale przecież naprawdę tego nie chciał. Był tylko przygnębiony brakiem towarzystwa i przeżyciami z dzieciństwa. Dreptał jeszcze przez dłuższą chwilkę w melancholii, gdy nagle zobaczył jakieś rudawe futro. Był przekonany że to wilczy przedstawiciel, więc podbiegł do miejsca gdzie było widać plamkę. Nie mylił się. Był to zgrabny basior o długich łapach. Miał podejść bliżej i zagadać, gdy nagle zorientował się że stoi obok jeszcze jeden wilk. "Nie będę im przeszkadzał" Pomyślał i czmychnął schować się w krzaki, przy okazji słuchając o czym rozmawiają wilki.

Jama pod powalonym drzewem

#8
Jedno ze szpiczastych uszu drgnęło, gdy dotarł do niego szelest naciskanych przez wilcze łapy suchych liści i trzaski łamanych gałązek. Mięśnie odruchowo napięły się, a rzadkie futro na karku oraz wzdłuż linii kręgosłupa nastroszyło. Z pyska Shevayala wydobył się cichy pomruk niezadowolenia, gdy szczupłe cielsko zwlekło się z okupowanego do tej pory miejsca. Odwrócił się w kierunku źródła dźwięku, po czym podążając za drażniącą nozdrza, obcą wonią począł stąpać ku intruzowi. Kroczył powoli, ślamazarnie omiatając najbliższą okolicę spojrzeniem dwojga srebrzystych ślepi, by zatrzymać je na istocie, której wielobarwne futro majaczyło wśród zielonkawych jeszcze zarośli. Zachowując bezpieczną odległość, przystanął. Milczał chwilę, jakby czekając na wyjaśnienia. Nie otrzymawszy ich, otworzył szczęki. - Szukasz kogoś? - Wydobyło się z gardzieli samca ni to wrogo, ni przyjaźnie. Cały czas obserwował brązy, czernie, szarości i kremy odcinające się na tle roślinności. Był na swoim terenie, czuł się swobodnie i bezpiecznie. To Fuego znajdował się na straconej pozycji i rudy o tym wiedział.
Basior przyjął postawę neutralną. Nic nie świadczyło o tym, że chciał zaatakować przybłędę. Nie dawał tego po sobie poznać, ale tak naprawdę nie chciało mu się wchodzić w jakiekolwiek konflikty. Ot, nie miał aktualnie ochoty na potyczki. Cierpliwie czekał na reakcję młodego wilka. Jednak ta cierpliwość miała swoje limity.

Jama pod powalonym drzewem

#9
-Tylko przyjaciół.-Bąknął nieprzyjaźnie wilk. Chciał wypaść jak najlepiej przy nowo poznanej istocie, ale jego wspomnienia nie pozwalały mu na miłą odpowiedź, tym bardziej że rudy wydawał mu się wrogo nastawiony.Fuego oddalił się o pół kroku i postawił ogon w poziomie, był gotowy do obrony gdyby coś poszło nie tak i tamten rzucił by się na niego z kłami. Co prawda podrostek nie chciał się bić, ale wolał być przygotowany na wszystko-Jestem Fuego. A ty?-Spytał po chwili opuszczając ogon, ale nadal utrzymując bezpieczną odległość. "Zmień ton, zmień ton!" Co jakiś czas słyszał w swojej głowie. Może i nie zyska przyjaciela, ale przynajmniej nie powinien mieć kłopotów.

Jama pod powalonym drzewem

#10
On nie ruszał się z miejsca, stał niczym niewzruszony posąg, a na jego obliczu przeplatały się różnorakie emocje. Słysząc odpowiedź ze strony podrostka, uniósł jedną ze swych wilczych brwi i zmarszczył nos. - Takim tonem nie zachęcisz do siebie nikogo. - Odparł, widocznie zdziwiony intonacją Fuego, która była całkowicie sprzeczna z przekazywaną przez niego treścią. Ruda, długa kita ze świstem przecięła powietrze, a z pyska ukradkiem wydobyło się krótkie ziewnięcie. Płomień nie uznawał wielobarwnego za zagrożenie, toteż rozluźnił wcześniej napięte mięśnie, sprawiając iż nastroszone futro powróciło do swego pierwotnego stanu. - Jeśli chcesz ze mną rozmawiać, nie ukrywaj się jak tchórz wśród zarośli. - Burknął od niechcenia, lekko zirytowany faktem, że żółtooki postanowił bawić się z nim w jakąś marną odmianę podchodów lub chowanego.
Postąpił kilka kroków do tyłu, zbliżając się do jamy, by dać młodemu przestrzeń, w której mógł swobodnie się poruszać. - Shevayal. - Odparł po krótkiej chwili milczenia, nie spuszczając basiora z oczu. - Nie ma w pobliżu twoich rodziców? - Zapytał cicho, przysiadając na ziemi. Mogłoby się wydawać, że zadaje to pytanie z troski o bezpieczeństwo samca, jednak pobudki miał zupełnie inne. - Rodzeństwa? Znajomych? - Rzucał kolejnymi wyrazami, jakby chcąc odświeżyć nieznajomemu pamięć. Srebrzyste ślepia wodziły po obliczu i sylwetce młodzika.

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron