Na cienkim lodzie

#1
Uczestnicy: Blackmoore i Ethnenne
Miejsce: Bór Sosnowy
Czas: Środek zimy

Para z jego pyska znikała niemal natychmiast, iskrząc się pod nocnym niebem. To była mroźna, wręcz bardzo mroźna noc. Na tyle że Blackmoore mógłby przysiąc że czuł jej "zapach", aż tak mu nos zmroziło... Było cicho, wręcz "martwo". Jedyne co słyszał, poza chrupotem śniegu pod jego łapami, były sporadyczne powiewy wiatru pomiędzy skutymi lodem i śniegiem iglastymi drzewami. Wrażenie było niesamowite, jedno z tych które się pamięta przez lata. Nawet jeśli to co odczuwał teraz najmocniej było wrażenie pustki. Jakby został zamknięty w śnieżnym globie, pośrodku niczego. Nie widział nic poza jego granicami, a wszystkie dźwięki marły i były tłumione przez mróz wewnątrz... Poczucie wręcz nierealne, jednakże prywatne i jakże satysfakcjonujące...

Szedł jakby tunelem, tylko sobie znacząc znany szlak na ogromnej, zamazanej mapie. Odkrywając i znacząc własną pokrętną ścieżkę pełną miejsc które nie przykułyby niczyjej uwagi w normalniejszych warunkach. Jak chociażby ślady na które się natknął wcześniej. Prawdopodobnie wilków, czyli jego "pobratymców", co się spotkały. Dowody wskazywały że doszło do kłótni, szarpaniny i hucpy. Odciski łap, ślady przepychanki. Wreszcie parę śladów krwi, nim tropy się rozeszły. To była historia jakich widział wiele, jednakże specyficzne okoliczności przyrody w jakich się natknął na te ślady dodały intrygi całej sprawie. Jakoż któż wie co tu się wydarzyło? Kto dokładnie i czemu się bił? Kto wie. Ślady nie mogły powiedzieć wszystkiego. Jednakże aura w której je znalazł dała mu powody do zadumy nim ruszył dalej.

Szedł wolno, meandrując naokoło głębszych zasp pomiędzy sosnami zamiast przeć naprzód jak czołg - paląc masę energii na próżno. Było wiele dróg na uzyskanie takiej wprawy, jednakże wszystkie przychodziły z latami doświadczeń. Owa myśl przywołała mu w pamięci wspomnienie jego przyjaciela, basiora w tym samym wieku co służył wpierw jako posłaniec a potem już wprost jako wysłannik i dyplomata. Do dzisiaj pamiętał jak bił na głowę młodszych na długich dystansach właśnie dzięki wytrzymałości i umiejętnościach oszczędzania energii gdzie tylko się dało.

Jego tok myślowy przerwała nagła zmiana terenu przed jego pyskiem, gdy stanął na krawędzi zbocza schodzącego kila metrów poniżej a potem z powrotem w górę... Choć całość była przysypana warstwą śniegu, już teraz wiedział na co trafił. Mimo wszystko nawet owa wiedza nie uchroniła wilka przed poślizgiem gdy stargał swój czarny kufer na sam dół i postawił pierwsze dwie łapy na grubej warstwie lodu. Z głośnym i bezceremonialnym "umf" basior wylądował pyskiem na lodzie pokrytym warstewką śniegu. Blackmoore burknął marudnie, gdy tępy ból i zimno tym wywołane dręczyło go przez chwilę podczas której samiec przywracał godność swojej osobie nim ponownie wkroczył na lód.

Niestety ciężko jest powiedzieć by lód był czymś co wilki lubią najbardziej...

Na cienkim lodzie

#2
Siły niebieskie sprzysięgły się chyba, uniemożliwić "ludzkiej" wilczycy powrót do Złocistego lasu i basiora o takichże ślepiach. Po raz kolejny wadera zmieniła kurs, ruszając na powrót na wschód, wzdłuż morskiego brzegu. Długo zastanawiała się czy powinna gnać ile by starczyło sił, by powiadomić Lotara i jego stado o dziwnym wilku-psie, grasującym po okolicy, czy może należało zaczekać, aż rany się zagoją. Pogrążona w rozterkach Ethnenn, odpowiedzi szukała wędrując nad brzegiem morza, które jak nic na ziemi koiło nerwy wadery. Zadecydowało ego samicy. Kundel był sam jeden, co do tego miała całkowitą pewność, nie czując na jego sierści nic po za wiatrem, charakterystycznym zapachem włóczęgi. Ruda zaś nie chciała pokazać się w takim stanie, swojej nowej rodzinie. Nie była dumna z przebiegu minionego pojedynku i najpierw musiała uporać się z własnymi emocjami. Gdy więc tylko podjęła decyzję, puściła się galopem wzdłuż fal, biegnąc bez celu i sensu, puki starczało jej sił. Wysiłkiem chciała oczyścić umysł i uporządkować myśli.
Rzadko kiedy miała zły humor i nieczęsto w radosnej głowie Eth panował chaos, teraz zaś doświadczała obu tych stanów. Tracąc oddech zwolniła do stępa, ciągle jednak trzymając łeb i ogon wysoko. Jeżeli coś było wstanie zmusić waderę do spuszczenia z tonu, to zdecydowanie potrzeba było czegoś więcej niż przegranego pojedynku.
Zatrzymała się na moment patrząc na morze. Zielona toń niby łącząc się z nastrojem samicy, gniewnie rozbijała swe fale o nabrzeże, pieniąc się i hucząc, podczas gdy wadera stała chwilę zamyślona, obserwując pokaz siły żywiołu.
- Skopałam to prawda ? - odezwała się cicho. W okolicy niebyło nikogo, mogła więc sobie pozwolić na wyrażenie frustracji na głos. Tak, położyła walkę na całej linii. Jak szczeniak dała się podejść. Pozwoliła obcemu kundlowi narzucić tempo i styl walki, przez co jej ataki i obrona były nieprzemyślane i mało profesjonalnie. Niczym ostatni laik, dała się zaskoczyć, będąc zbyt ufnie nastawiona do świata, mimo iż tyle razy wilki jej powtarzały, że to jest inny świat. Warknęła rozzłoszczona, ponownie zrywając się do galopu.

Nie jadła i nie spała, wypoczywała w drodze, wznawiając bieg gdy tylko oddech przestawał się rwać. Nawet odejście z dawnego domu nie wyprowadziło jej z równowagi tak jak przegrana walka. Niepewność związana z niezabijaniem przeciwnika tylko pogłębiała zagubienie wilczycy, sprawiając, że jedyna stała w jej życiu, jej tożsamość, zachwiała się, pogrążając żółtooką w otchłani wątpliwości. Normalnie walczyła by do śmierci przeciwnika lub swojej. Wygrana niezależnie od kosztów była by satysfakcjonująca, przegrana ? Cóż już nie miała by się czym martwić. To było sedno istnienia sezamowej wadery, wątpiąc w nie, straciła grunt pod łapami, który desperacko próbowała odzyskać. Sposób Ethnenn nie należał do najlepszych, by nie mówić, że był idiotyczny. Rany zamiast się goić, były ciągle na powrót rozrywane i jątrzone, agresywną pracą mięśni, wilczycy, która biegła niby opętana. Ciało i płuca paliły żywym ogniem, od nadmiernego wysiłku i obrażeń, mimo to jednak dalej gnała. W ten pokrętny sposób, Eth odciągała myśli od innej boleści. Fizyczny ból chronił rudą przed załamaniem. Choćby najgorsze cierpienie, które było namacalne, potrafiła znieść. Samotność była ciężkim brzemieniem, które od dawna jej doskwierało, ale poczucie klęski było nie do zniesienia.
Takim sposobem, nawet nie wiedząc kiedy krajobraz uległ zmianie a wilczyca dotarła do sosnowego lasu. Nie zwalniając biegła dalej, hamujące ją zaspy witając z chorobliwą przyjemnością. Im mięśnie bardziej wołały o odpoczynek, im silniejszy był ból, tym mniej myślała o porażce. Wzrok powoli zamazywał się od morderczego rajdu. Oddychała ciężko i spazmatycznie, ale nie zwalniała, jeszcze nie.
Z wysiłkiem i ciężkim stęknięciem przeskoczyła przez zwalone drzewo, które leżało na jej drodze i zaskoczona poszybowała w dół. Nie napotkawszy oporu zwykłego podłoża, łapy zawiodły Ethnen przy lądowaniu i rozjechały się na boki, rozpłaszczając wilczycę na tafli zamarzniętego jeziora. Siła rozpędu posłała rudą wzdłuż lodu, która pomknęła niczym dziwna rozgwiazda, zdobiąc nieskazitelną biel, szkarłatną smugą.
Zatrzymała się po kilku metrach i wzdychając ciężko spróbowała wstać. Łapy jednak rozjechały się pod nią, uniemożliwiając nawet tak prostą czynność. Warknęła i spróbował ponownie. Mięśnie drżały z wysiłku, gdy zaparła się pazurami, starając się jednocześnie powstrzymać kończyny przed uślizgiem. Po dwóch kolejnych próbach opadła bezsilnie, zerkając za siebie. Księżyc nikłym światłem wąskiego sierpa, subtelnie oświetlał otwarta połać jeziora, która w miejscach pozbawionych śniegu odbijała jego jasność. Gładkie lustro, nieskażone niczym, za wyjątkiem krwistej wstęgi, która w mrokach nocy odcinała się czernią pośród doskonałego piękna i zimowy las trwały niewzruszone, w kontraście do dramatu rozgrywającego się w wilczej duszy.

Zamknęła na chwilę oczy. Było tu tak cicho, tak spokojnie, chłód lodu koił ból, zmęczenie uspokajało umysł. Czemu więc by tu nie zostać, by odpocząć. Oddychała ciężko, zatapiając się w cudownej pustce, gdy do jej nozdrzy dotarł niepokojący zapach obcego.
Otworzyła ślepia, widząc majaczącą w pewnej odległości sylwetkę. Normalnie już była by na czterech nogach gotowa do powitania lub walki. Teraz jednak to nie była normalna sytuacja. Nie była wstanie wstać na tym zdradzieckim lodzie. Woda, nawet ta zamarznięta musiała jej dogłębnie nienawidzić, uprzykrzając życie nawet zimą. Pełznąć nie było sensu, jeśli przybysz by ją spostrzegł, nie mogła by zrobić żałośniejszego wrażenia.
Zamiast tego postanowiła się nie ruszać, w razie gdyby podszedł, udając że leży celowo. Plan miał więcej dziur i luk niż zjedzony przez korniki, stary pień, ponieważ na pierwszy rzut oka, wadera wyglądała jak siedem nieszczęść. Sklejona starą i nową krwią sierść, pokaleczony łeb, zharatany pysk, szklące się od zmęczenia oczy. Nie mniej postanowiła zachować chociaż namiastkę godności, choćby i w tak absurdalny sposób, jak leżąc pośrodku jeziora. W razie konieczności walki, też miała lepszą pozycję, będąc frontem do przeciwnika, niż sunąc niezdarnie niby wyrzucona na brzeg ryba.

by Płomień

"... My compass has broken ... My past breathes down my neck ...
When winter descends if I try, can I find solid ground or am I just wasting time? "

Mark Jansen

Na cienkim lodzie

#3
Nie minęło wiele czasu nim basior wreszcie dał radę powstać, zachowując równowagę i tym samym nie lądując z powrotem "na pysku" jak za pierwszym razem. Żachnął się nawet pod nosem na całe zajście, przypominając sobie ile radości miał za młodu w takich momentach. Dzisiaj jednakże już nie potrafił czerpać przyjemności z czegoś co zaczynało się od wyrżnięcia szczęką w twarde i zimne podłoże. Cóż, niestety wiek zmienia wiele rzeczy, w tym kości... Dzisiaj taki upadek po prostu bolał bardziej niż za szczenięcych lat. Ale nic to, taka była naturalna kolej rzeczy po prostu.

Otrzepując się ze śniegu, Blackmoore mimowolnie zauważył ciemniejszą plamkę na krawędzi jego pola widzenia. Odruchowo zwrócił pysk w tamtą stronę by się przyjrzeć nieznanemu kształtowi, jednak niewiele mógł dostrzec z odległości w której się znajdował. Obiekt znajdował się na krawędzi widoczności, częściowo znikając w tumanach wiszących nad ziemią na obecnym mrozie. Zastanawiając się nad naturą zauważonego obiektu, basior postanowił skrócić dystans. Zwrócił się zatem w pożądanym kierunku powoli, ostrożnie nim ruszył naprzód. Dźwięk ugniatanego śniegu niósł się ostro po lodzie, odbijając się od przeszkód skrytych za tumanami zmrożonej mgły. W miarę ostrożnego posuwania się naprzód, Blackmoore stwierdził że podniesione brzegi koryta rzeki oddalały się miarowo - w końcu znikając kompletnie za ścianą oparów. Musiał dojść do rozlewiska, względnie oczka wodnego które podzieliło ten sam los co strumień na którego "dnie" wcześniej się wyrżnął. Na szczęście zima była w pełni, a mróz skuł okoliczne cieki wodne już kilka księżyców temu. Ryzyko cieńszego lodu było więc minimalne, ale i tak basior zastrzygł niepewnie uszami na pojedyncze trzaski które zaczęły się pojawiać gdy znalazł się już blisko kształtu co zwrócił jego uwagę...

A Tobie co się stało... Rzekł lekko zaskoczony tuż po tym gdy jego oczy zaczęły wyławiać coraz więcej szczegółów z tego co widział przed sobą...

Na cienkim lodzie

#4
Obserwowała odległą postać nieznajomego, z pewną dozą niepokoju. Ethnenn należała do nieustraszonych stworzeń, brawura i poczucie własnej siły przyćmiewało jej racjonalny osąd nie raz. Wszystko jednak opierała na zdobytych w ciągu życia doświadczeniach. Nie dało by się polować na groźne zwierzęta, jednocześnie nie wierząc w swoje siły i ciężko nie utwierdzać się przekonaniu o swoich zdolnościach, zabijając kolejnego z lwa górskiego. Nie mniej Ruda była też w pełni świadoma ograniczeń, jeżeli takowe się pojawiały. Tak było tym razem. Określenie, że wadera nie była w szczytowej formie, było lekkim niedomówieniem i ona o tym wiedziała, stąd obawy Sezamowej. Nie był to typowy strach, a jedynie swojego rodzaju ostrożność.
Nie zmieniało to jednak nic w światopoglądzie, w razie konieczności była gotowa walczyć na śmierć i życie, nie oddając lekko swojej skóry.
Przez chwilę miała nikłą nadzieję, że przybysz zwyczajnie przejdzie obok, nie dostrzegając jej, lub zwyczajnie ją ignorując. Oczywiście nadzieje zostały rozwiane. Kształt zaczął się powoli powiększać, będąc dowodem na zbliżanie się nieznajomego.

Ethnenn uniosła głowę, żółtymi ślepiami obserwując krok nieznanego wilka. Zapach własnej krwi utrudniał jej dokładniejszą ocenę przybysza, ale udało się wilczycy ustalić, że nadchodzący był samcem. Czy samotnik, czy może miał stado, ginęło gdzieś wśród metalicznej woni posoki.
Przyciągnęła łokcie do tułowia i wyprostowała szyję przyjmując pewną siebie postawę, oczekując przybysza.
Zbliżał się on powoli, ostrożnie ważąc kroki na lodzie, przez co wilczyca leżała dłuższą chwilę nim ten znalazł się dość blisko by wilczyca mogła się mu przyjrzeć.
Zaniechała zwykłego dla siebie witania na start, obserwując basiora. Tym razem wolała być przygotowana na ewentualny atak.

Zmarszczyła czoło, słysząc pytanie - Mi absolutnie nic, leżę sobie - odpowiedziała z pogodnym wyrazem pyska, lekko się uśmiechając. Samiec chyba nie wyglądał jakby miał zaatakować, więc Ethnenn powoli wchodziła w swój radosny tryb. Nie zrelaksowała się jeszcze w pełni, ale dała wilkowi mały margines zaufania. Wtedy któryś z ruchów mimiki wadery, przerwał zastrupiałą ranę i świeża kropla szkarłatu padła wprost między rude łapy.
Eth zobaczyła kątem oka krew i dopiero olśnił ją sens pytania nieznajomego - Ach to masz na myśli - uśmiechnęła się promiennie, pozbywając się resztek nieufności, Ogon lekko zaszurał po lodzie podczas gdy Ruda przechyliła głowę, szukając właściwych słów - Wzbogaciłam swoje życie o nowe doświadczenia.
- A co ciebie sprowadza w te opustoszałe strony - zagaiła.
W końcu jakieś niewychowane dziwne śpiewaki nie mogły zniszczyć tego kim była i tego jak wychowała ją matka. Była dumna ze swoich zasad. Szczyciła się swoim honorem i otwartym wobec świata nastawieniem. Nigdy więcej nie da się podejść, ale zostać gburem też nie chciała. Niech sobie mówią, że naiwnym jest być miłym dla innych. Eth uznała, że owszem zacznie się spodziewać po wilkach wszystkiego, tak jak po zwykłych kundlach. Jeśli zaś jakiś nie potrafił się zachować, będzie go tak jak tego kundla traktować. Spuści mu łomot bez litości czy taryfy ulgowej.
Puki jednak nie została sprowokowana, nie miała powodów do walki i mogła być miłą. Zresztą jak znaleźć przyjaciół, jeśli wszystkich by przeganiała warczeniem.

by Płomień

"... My compass has broken ... My past breathes down my neck ...
When winter descends if I try, can I find solid ground or am I just wasting time? "

Mark Jansen

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron