Mind blown

#1
Uczestnicy: Blackmorrre, Fehu.
Miejsce:Ciemny bór
Czas: Środek zimy
Informacje dodatkowe: Zima zaatakowała Konkordię, pokrywając krainę grubą warstwą puchu.

Zima w końcu zawitała w te strony. Serce Wojowniczki radowało się tym, miała dzięki temu chociaż małą namiastkę starego domu. Jej przeszłość usłana była kolorem bieli i towarzyszyła jej mroźna aura śnieżyc. To jednak nie przeszkadzało jej, było to coś co znała od szczenięcia – mróz szczypiący w poduchy łap, szczypanie w nos, zorze które rozświetlały ciemne niebo, dając taneczny popis. Kolory przenikały się, a wilki siadały podziwiając to, czasem wróżąc. Szczenięta zawsze były blisko starych, licząc na ciekawe opowieści, czy to o bogach, czy ich przodkach, którzy wsławili się w boju.

Mimo, że drzewa rosły tu gęsto, biały puch dał radę dotrzeć do runa leśnego, otulając wszystko w zasięgu wzroku. Panowała nieprzerwana cisza, przerywana skrzypieniem śniegu, gdy łapy opatulone grubym futrem stąpały przez bór. Łeb zwisał dosyć nisko, a wadera snuła się powoli między pniami. Nawet w takich warunkach szła z pewnością i gracją, wyuczoną od młodości. Oczy wędrowały w różnych kierunkach, a bursztynowe tęczówki chłonęły każdy szczegół, każdy detal otoczenia. Jej serce przepełnione było szczenięcą radością. Jak w domu, pomyślała, a na pysku zatańczył uśmieszek, który nawet ją zaskoczył. Jakże długo nie odczuwała tego… Ostatni raz, chyba, kiedy usłyszała, że Naudir jest synem Uruza. Tęskniła za rodziną, liczyła, że kiedyś odnajdzie swojego brata. Tyle się zmieniło..

Wyprostowała łeb, unosząc pysk ku górze. Zacisnęła oczy, czując jak wzbierają w nich łzy. Ukłucie tęsknoty było tak silne, że wytwarzało niemal fizyczny ból, który atakując wpierw serce, rozsiewał się po całym ciele. Dom, jakże tego pragnęła. Ale teraz cel był inny. Musiała znaleźć wilki, chciała stworzyć silna watahę. Fenrir nad nią czuwał, a ona o tym wiedziała. Spojrzała przed siebie, a z gardzieli wydobył się warkot, pełen gniewu, furii.

Wataha, którą nazywałaby Rodziną. Wataha, która byłaby siłą. Wataha, która spędzałaby sen z powiek innym, ze strachu przed ich najazdem. Niczym mara nocna atakowaliby, likwidując inne watahy, pełniąc władze nad tymi terenami. Dałaby ostoje tym silnym, szkoliła słabych. Tak, taki był zarys planu. Chciała stworzyć coś wielkiego, coś, co echem obije się o uszy każdego wilka, którego łapy zawędrują w te strony. Sam Fenrir będzie z niej dumny, jej rodzice. Ona sama w końcu spojrzy z dumą na siebie. Będzie kimś potężniejszym niż jej przodkowie.

Pysk na tą myśl wykręcił się w złowieszczym uśmiechu ukazując na chwilę białe kły. Źrenice zmniejszyły się niebezpiecznie, jednak szybko doprowadziła się do ładu. Nie panowanie nad emocjami było tym, czego unikała.

Usłyszała trzask, a łeb automatycznie powędrował w kierunku skąd dochodził. Obniżyła łeb, a oczy bystro wypatrywały co takiego zakłóca ciszę. Dostrzegła szybko wiewiórkę, która w panice wpatrywała się w drapieżniczkę.


Mind blown

#2
Śnieg spadł dopiero niedawno, jednakże jego mroźny czar chwycił statecznego basiora za serce. Choć nie zrodzony na dalekiej północy, Blackmoore zazwyczaj bardzo lubił zimę. Widoki przed jego oczyma przypominały mu o dobrych wspomnieniach z czasów służby. O samotnych patrolach wzdłuż granic Inarii, podczas których odkrywał nowe, piękne zakątki. Jednakże równie dużo wspomnień dotyczyło jego "braci". To właśnie podczas zimy mógł odkryć prawdziwą wartość rekrutów, żołnierzy i pograniczników z którymi służył. To zima odsiewała ziarna od plew, wyłaniając karierowiczów, leniuchów i wszystkich innych którzy dołączyli do służby dla przywilejów, czy też by wspiąć się wyżej w hierarchii stada. To sroga Inariańska zima pokazywała kto naprawdę dbał o dobro królestwa. Kto się poświęcał dla innych, zapewniał im bezpieczeństwo nie dbając o swe własne wygody czy dobrze spędzony czas. Niestety nie było ucieczki przed tym stwierdzeniem, ale Blackmoore'owi brakowało mu jego "braci" oraz "sióstr" z którymi dzielił trudy i niedole służby. Z wieloma z nich nawet przelał krew wspólnie w obronie granic. Mimo wszystko, owe myśli nie zakłócały spokoju i ukojenia jakie teraz czuł. Blackmoore odsłużył swoje, dokonał i poświęcił najwięcej z ich wszystkich.

Owa finalna myśl rozpogodziła basiora stojącego na przesiece, pod rozgwieżdżonym niebem. Był w samym sercu miejsca zwanym ciemnym borem, jednakże od czasu kiedy sypnął śnieg - owa nazwa zupełnie mu nie pasowała. Śniegu spadło tyle że ciemności w "ciemnym borze" nie było ni to w dzień ni w nocy. A wszystko dzięki białemu puchowi który opadł przez gęstwiny koron wielkich sosen i zakrył ściółkę kompletnie. Właśnie dlatego lubił zimę, za to jak zmieniała krajobraz. Można by powiedzieć że iskrzący śnieg dodawał odrobinę magii w każdym miejscu w którym się znalazł. Odmieniał, czarował okolicę nie do poznania. I tak było i tym razem, tutaj, daleko od miejsc w których dorastał.

Samiec szedł naprzód przez zwały śniegu, bez celu jednakże w sposób zdradzający dla uważnego obserwatora jego żołnierskie korzenie czy też obycie z trudami dalekich podróży. Jego ruchy były oszczędne, skalkulowane i wyuczone tak że basior nie tracił więcej energii niż absolutnie potrzebne minimum. Było to ważne, jako że od czasu opuszczenia królestwa basior nie zawsze mógł liczyć że będzie suty i pełen energii. Tak to już było gdy wybierało się życie samotnika. Może to był czas by wreszcie się przemóc i dołączyć do grupy, jednakże Blackmoore nie chciał by bezpieczeństwo było jedyną motywacją dla takowej decyzji. Nie, jego duma oraz honor nie pozwalały mu na to. Nie zamierzał dołączyć do żadnej sfory która nie kierowała się takim samym systemem wartości jak jego. Honorem oraz ogólnie pojętym pojęciem przyzwoitości...

Z owych myśli i przemyśleń wyrwał go nagle pobliski trzask. Basior zamarł w pół kroku, z jedną z łap uniesioną nad śniegiem. Jego oczy wpatrywały się przed siebie, jednakże jego ciemno zielone oczy nie dostrzegały niczego... Cienka warstwa mgły unosiła się wokół, ograniczając widoczność i tłumiąc dźwięki... Tak było zimno...

Mind blown

#3
Rozmyślania wadery poczynały mknąć niczym burza. Potrzebowała planu, celu. Kiedyś było nim samo przetrwanie, tylko co po takim żywocie? Byłoby to równe z marną egzystencją, marnowaniem daru jakim było istnienie na tym świecie. Dlaczego przecież miałaby ograniczać się do polowania, jedzenia, spania, rozmnażania i wydalania? Zmarszczyła nos niezadowolona. Ambicje nie pozwalały jej na tak normalny i przyziemny byt.

Spotkanie córki Bóstwa było bodźcem, który zmienił postrzeganie świata przez Wojowniczkę. Chciała ona teraz czegoś więcej. Watahy? Stworzenia czegoś wielkiego? A może po prostu owiać swoją postać taką sławą, że legendy o niej będą krążyć jeszcze wiekami, nie tylko na Północy, ale i na Południu. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie odszukać Aileen, jednak duma samicy nie pozwalała na to, by wspomagać się kimś innym. Jej własne czyny miały świadczyć o wielkości, a nie pomoc kogoś "z zewnątrz." Wtedy nie była by nikim wielki, a jedynie kimś wypromowanym. Nie byłaby wtedy lepsza od synów Alfy, którzy są ważni tylko dlatego, że ich ojciec był wysoko w hierarchii, a sami byli nieudacznikami.

Pozostawała też kwestia Naudira. Skoro on żył i był tutaj, to nie tak daleko musiał być Uruz. Brakowało jej rodziny, była do niej przyzwyczajona. Jednak skazana była na znalezienie sobie nowej, lub na życie samotnika. Sama nie wiedziała momentami co robić, co wprawiało ją w stan, gdy wilk kłóci się sam ze sobą. Wprowadzało to chaos w jej duszę, mąciło zdolność szybkiego oceniania i myślenia, bo zastanawiała się wciąż co woli, co wybrać? Choć odpowiedź powoli klarowała jej się.

Dlatego plan był konieczny. Bez niego przecież nic nie zrobi. Cel musiał być jasny i klarowny, sposób jego osiągnięcia to już inna bajka. Zmarszczyła nos i przystanęła, by rozejrzeć się po okolicy. Zatopiona w rozmyśleniach straciła kompletnie rachubę czasu i nie wiedziała zbytnio gdzie się teraz znajduje. Spojrzała szybko na niebo, gwiazdy swoim blaskiem zdobiły kopułę granatu, migocząc pojedynczo. Pamiętała, jak orientować się w kierunkach z ich pomocą, więc szybko doszła do tego jak iść.

To wszystko jednak teraz nie miało znaczenia, gdyż wpatrywała się w rudą istotkę, która z zaciekawieniem przyglądała się waderze. Na lico drapieżniczki spłynął uśmieszek. Kątem oka dostrzegła jakby inną sylwetkę, jakby wilka. Jednak w ciemnościach nocy mogło to być też złudzenie. Tapnęła więc tylną łapą, by spłoszyć wiewiórkę, która poczęła uciekać. Wzrok Wojowniczki jednak dalej wbity był w postać-marę.


Mind blown

#4
Okazjonalny trzask drewna obciążonego śniegiem i lodem przerywał dojmującą ciszę jaka zapadła po tym jak samiec znieruchomiał. Ale nawet i one dochodziły przytłumione, z oddali, jakby zza ściany... Zza ściany mgły i pary unoszącej się nad śniegiem na tym mrozie, ograniczając widoczność. Basior nie wiedział co usłyszał, jednakże był pewien że trzask który doszedł do jego uszu był o rzut kamieniem od niego. Zareagował więc, instynktownie, jak zwykle wręcz gdy nie znajdował się na terenach dobrze znanych oraz należących do "jego" sfory. Rzecz jasna dzisiaj był samotnikiem więc wrodzona ostrożność i wieloletnie doświadczenie powodowały że prawie zawsze reagował w ten sposób w sytuacjach podobnych do obecnej. Przecież nie był już członkiem żadnej sfory, a tym bardziej królestwa...

Basior zastrzygł niepewnie uszami w czasie gdy skanował otoczenie parą ciemnozielonych oczu. Nie spodziewał się zobaczyć czegokolwiek w czasie gdy widoczność była ograniczona do kilku, może kilkunastu metrów, jednakże była to naturalna reakcja. Dźwięk, jak mu się wydawało, dobiegł go z jego lewej strony, gdzieś z przodu. Jednakże Blackmoore niczego nie dostrzegł mimo usilnych starań. Warstwa śniegu była nienaruszona aż po kres widoczności gdzie zlewał się on z tumanami wiszącymi nad ziemią.

Chwilę to trwało, jednakże gdy już samiec zaczął się odprężać do jego uszu dotarł kolejny, tym razem zupełnie inny dźwięk. Tupnięcie, pacnięcie oraz gruchot ugniatanego śniegu który się oddalił po krótkiej chwili... Nie był pewien co właśnie usłyszał, może gryzonia przebijającego się przez śnieg do swojej norki... Albo może coś zupełnie innego... Albo kogoś innego, jako że czuł się obserwowany... Nie miał pojęcia przez kogo, ani tym bardziej że przez szarą amazonkę. Z ich dwóch, to ona miała definitywnie miała łatwiej - jako że umaszczenie basiora było delikatnie rzecz ujmując raczej ciemne...

Blackmoore czuł się raczej nieswojo w sytuacji jakiej się znalazł, jednakże nie zamierzał robić niczego pochopnie. Jednakże wpierw samiec postanowił opuścić przednią łapę która jak dotąd znajdowała się w zawisie. Zrobił to powoli, z namysłem jednakże dźwięk kruszonego i ugniatanego śniegu wydawał mu się głośniejszy niż zazwyczaj. W rzeczywistości nie trwało to długo, nim basior zastygł ponownie w bezruchu nasłuchując swego otoczenia...

Mind blown

#5
Wszechobecny śnieg oraz mgła były wielkim utrudnieniem dla Blacka - szansa ujrzenia przeciwnika była marna, słuch też nie zdawał się na za dużo. Okazało się jednak, że nawet skuta lodem Konkordia miała w zanadrzu dla wilka coś wyjątkowego... Wystarczy tylko odgarnąć trochę śniegu, a oczom basiora ukaże się mieszanka o wyjątkowym działaniu, jak widać niedawno tworzona. Miała mu pomóc wyostrzając węch, co na pewno pozwoli mu lepiej określić z kim ma do czynienia.

/Blackmoore otrzymuje mieszankę Niedźwiedzi węch

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron