Zaznajomienie

#1
Uczestnicy: Chemukh z (Eth lub Balorem).
Miejsce: Gdzieś w puszczy na zachodzie.
Czas: Bardzo niedaleka przyszłość.
Informacje dodatkowe: Ranek, całkiem chłodny, przez koro ny drzew przebłyskuje światło słoneczne.

Pewna czarna jak smoła wadera przepierzała bezszelestnie poprzez budzącą się do życia puszczę. Każdy krok kładła jak najciszej potrafiła chcąc zostać niepostrzeżona i niezauważona przez żadne inne zwierzę. Nie wzięła pod uwagę tego, że tereny mogą być często odwiedzane przez inne drapieżniki, które mogłyby jej zagrozić lub poważnie ranić. Póki co nos jej nie zawodził i jednocześnie nie dostarczał woni żadnego innego stworzenia w okolicy. Samica lekko drżała, bo poranek do najcieplejszych nie należał.
Wraz z pokonaną odległością w sercu Chemukh coraz wyraźniej malował się strach i podejrzliwość co do tego ciemnego w środku lasu. Póki nic nie widziała, nie słyszała i nie czuła było całkiem dobrze, co jakiś czas przyśpieszała aby mieć już za sobą zwiedzanie tego kawałka krainy. Im szybciej opusci puszczę tym lepiej dla niej samej i dla mieszkańców tego boru.
W pewnym momencie zerwały się ptaki z drzew, wywołując niemały hałas. Czarna zatrzęsła się z przerażenia i zbliżyła niezwykle blisko jednego z grubszych drzew jakie miała w zasięgu wzroku. Podkuliła ogon i czekała. Dźwięki wcale jednak nie ustawały. Z każdą chwilą słyszała coraz bardziej przeraźliwe głosy i szelesty. Nie wiedziała czego może spodziewać się po tych terenach. Nigdy przecież tutaj nie była i jest od niedawna. Cały czas obawiała się, że jej oczy ujrzą zgraję łotrów, którzy ścigali ją z zamiarem pozbawienia życia. Wreszcie jednak zebrała się na odwagę i zawarczała gardłowo, po chwili odzywając się.
- Kim jesteś i czego ode mnie chcesz!? -rozeszło się echem.
W głosie wilczycy nie można było dostrzec ani nuty strachu czy lęku. Nie zamierzała tez dawać wrażenia słabej i bezbronnej. Lepiej zachować pozory i żyć niż okazywać słabość i lęk po czym umierając bezwiednie.

Zaznajomienie

#2
Las tętnił cichym życiem. Ptaki szeleściły w konarach drzew, poćwierkując wesoło, drobne ssaki szemrały poszyciem, wysokie drzewa dawały przyjemny cień, a ich gęste korony przepuszczały niewiele promieni słonecznych. Dla jednych knieja wyglądała na mroczną i złowrogą, w oczach Balora jawiła się jako zaciszne miejsce, doskonałe na odpoczynek po długiej wędrówce.
Wrona wziął głęboki wdech, smakując powietrze. Było przyjemnie chłodne i orzeźwiające, pachnące żywicą, wieloma żywymi istotami i wilgocią. Rosa wciąż pokrywała niskie krzaki i ściółkę, mocząc wilcze nogi zimnymi kroplami i dając namiastkę wytchnienia zdrożonym łapom.
Kroczył wolnym stępem, szukając źródła wody gdzie mógłby ugasić pragnienie czy lokalizacji, która nadała by się do odpoczynku.
Na bieg nie miał już sił, szedł więc ciężko i wytrwale krok za krokiem, a w zimnym otoczeniu jego zmęczony oddech zamieniał się w białą parę.
Minuty mijały a wędrówka dłużyła się bezowocnie, Balor wciąż brnął przez las rozglądając się uważnie za miejscem, które było by dość bezpieczne na drzemkę, której tak potrzebował. Niby basior nie wymagał wiele, wystarczyła by zwykła nisza osłonięta od wiatru i chroniąca plecy, przed ewentualnymi wrogami, zimno mu nie przeszkadzało, a na deszcz się nie zanosiło, ale mimo niewielkich oczekiwań nic takiego nie udawało mu się wypatrzyć, więc dalej parł naprzód.
By ułatwić sobie podróż trzymał się zwierzęcych ścieżek. Knieja długi czas pozostała nie zmącona obecnością wilka, a jej mieszkańcy nie przejmowali się spacerem czarnego samca, co było wyjątkowo przyjemnym i kojącym zmysły doświadczeniem. Dopiero gdy przechodził obok niskich krzaków, siedzące tam stadko ptaków zerwało się do ucieczki, powodując niemiłosierny raban swoim skrzeczeniem i histerycznym łopotem skrzydeł.
Jak na złość Balorowi, wystraszony nagłą rejteradą pierzastych, cały las zamilkł, jakby jego ścieżkami podróżował co najmniej smok.
- Głupie ptasie móżdżki - fuknął rozzłoszczony, ponieważ teraz wszystkie stworzenia wiedziały, że się tu kręcił i gdzie dokładnie przebywał.
Zdążył pokonać raptem kilka kroków, gdy słysząc warczenie i wyraźną groźbę ukrytą w pytaniu, otrzymał okazję do przekonania się, jak piorunujące wrażenie wywarła ucieczka hałaśliwych lotników. Po głosie rozpoznał, że bojowo nastawioną istotą była wilczyca.
- Wyluzuj - odkrzyknął w stronę z której usłyszał warkot - a znamy się bym mógł coś do ciebie chcieć ?
Usiadł z sapnięciem, łapy odmawiały choćby jeszcze jednego kroku, więc miejsce dobre czy nie, musiało wystarczyć. Wadera była sama i mimo agresywnego powitania, nie czuł się specjalnie zagrożony. Gdyby samica chciała go zaatakować, nie nawoływała by z ukrycia, a nawet jeśli zmieni zdanie, to do walki czarny wilk był zawsze gotów.
- Nie bój się, nic ci nie zrobię - w przypływie dobrych intencji zapewnił wilczycę, która najwyraźniej pomyślała, że skrada się przez las dybiąc na jej życie.
" ... I keep the laws I make ... I'm living on the edge ...
I'm a man without a country and I got no place to go.
Each day I fight to live. I fight to stay alive.
Don't get in my way. Unless you want to die ..."

Joey DeMaio

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron