Czasem słońce, czasem deszcz

#21
Ucieszyła się słysząc zgodę Thai. Wspólne szukanie schronienia, było zdecydowanie milszą opcją niż samotne snucie się w ulewę. Kolejnym plusem było, że wtedy, po deszczu mogły by zrealizować plan z przed załamania pogody - pozwiedzać i nazbierać ziół. Jednak nie dane jej było odpowiedzieć, z powodu pojawienia się szarego samca. Szarawa szybko zrównała się z bokiem rudej, starając się maskować strach. Takie zachowanie spodobało się Eth i najchętniej pochwaliła by fiołkowooką za tę formę przezorności. Można się bać. Jako dziecko oczywiście, że się bała, a Thaisis była młodziutka, żółtooka mogła to stwierdzić po chwili obserwacji. Sekret tkwił w nieokazywaniu swojego strachu. Pół sukcesu tkwiło w przekonaniu swojego przeciwnika, że się go nie lękało. To zawsze zbijało oponenta z tropu.
- Tyle lat na tym padole a jeszcze nie nauczył się ogłady ? "Witajcie", w gardziołko kole, czy zwyczajnie wolisz zaczynać znajomość od idiotycznych pytań ? Na kilometr widać, że boję się burzy, chyba, że próbowałeś mnie w taki banalny sposób obrazić - przywitała szamana pełnym wystąpieniem, mówiąc karcącym tonem mentora i uśmiechając się złośliwie. Całkowicie skupiona na basiorze, zignorowała kolejny grzmot. Owszem Eth bała się burzy, nawet bardzo, każdą najchętniej przeczekiwała w bezpiecznym schronieniu. Stwierdzenie tak oczywistego faktu nie było w stanie wyprowadzić wilczycy z równowagi. Strach przed błyskawicami, może nie był jej powodem do dumy, ale też go nie ukrywała, uznając takie działanie z bezcelowe. Jednak ten strach nie był wstanie sparaliżować wadery, nie wiele ujmując od jej codziennej "skuteczności", gdy sytuacja tego wymagała, skupiała się na zadaniu lub bardziej realnym zagrożeniu.
Początkowa histeryczne krycie się było spowodowane zaskoczeniem. Normalnie czuła w powietrzu zbliżającą się burzę, szykując się na nieprzyjemne zjawisko pogodowe, teraz jej to jakoś umknęło, aż do pierwszej błyskawicy, stąd ekspresyjna reakcja.
Teraz już Eth wróciła do swojego normalnego stanu. Najbardziej na świecie marzyła skryć się przed burzą, ale najpierw miała zamiar uporać się z nowym przybyłym, tym bardziej, że początkowo "bojowa" Thaisis, ponownie się wycofała, jakby wystraszył ją widok samca, co nastawiło waderę znacznie podejrzliwej wobec basiora.
Na krótko sezamowa odwróciła łeb, szukając fioletowych oczu, cały czas jednak kontrolując uchem ruchy szarego. Chciała bez słów dać młodej waderze znać, że jest bezpieczna, że nie jest sama. Nie było czasu na nic więcej, ale miała nadzieję, że to wystarczy by podnieść Thai na duchu.
Ethnenn i bracia dorastając, razem pozbywali się swoich lęków i wypracowywali pewność siebie i odwagę. W życiu srebrnej widocznie zabrakło tego etapu, co nie znaczyło, że ruda miała Thaisis za gorszą, a już na pewno nie miała zamiaru zostawić jej bez wsparcia.

by Płomień

"... My compass has broken ... My past breathes down my neck ...
When winter descends if I try, can I find solid ground or am I just wasting time? "

Mark Jansen

Czasem słońce, czasem deszcz

#22
Czuł się niczym ryba w wodzie, podczas gdy burza trwała. Czuł jak woda powoli dostaje się do skóry, przenikając przez grube futro. Białe tęczówki badały szarą waderę, a kruki zdawały się masowo nadlatywać, obsiadając okoliczne gałęzie. Krakały do siebie co jakiś czas, jakby kontrolnie.
Muuaji poruszył uchem, gdy rudowłosa wygłaszała swe przemówienie. Przymknął na chwilę powieki, by pod ich ukryciem móc wywrócić oczami. Nie chciał jej prowokować, choć na swój sposób - rozbawiło go to. - Jestem już za stary, by marnować minuty życia na przywitania. Ale skoro tak cię to uraziło. - przerwał, by teatralnie się ukłonić, a białe ślepia wbiły wzrok w tęczówki sezamowej, a na pysku pojawił się obślizgły uśmieszek. - Witajcie. - Wypowiedział krótko, lekko melodyjnie, by następnie się wyprostować, a na jego pysku zagościł typowy wyraz, który ciężko było zdefiniować. Jedne wilki widziały w tym lekko zauważalny uśmieszek, inne po prostu oblicze psychola. Były też takie, które widziały w tym wizerunek kogoś, kto chciał, by śmierć była jego towarzyszką życia. Kogoś, kto zabijał, by odczuwać przyjemność. I w sumie, każda z tych dedukcji była częściowo prawdziwa.
Spojrzał jednak na Thaisis, łapiąc kontakt z fiołkami jej oczu. Na ułamek sekundy, jego oblicze złagodniało, a duszę i serce ucisnęło tak dawno uśpione uczucie - tęsknota. Nie chciał jednak, by ktokolwiek mógł nawet domyślać się, że takowe posiada. Wiedział, że za tamte czyny nie dane mu będzie już cieszyć się ciepłem domowego ogniska. Ba! Nie miał nawet co liczyć na przebaczenie. Gdyby tylko jednak wiedzieli, co go do tego sprowokowało..
- Wyrosłaś od ostatniego czasu. - jego słowa zdawały się być bez większych emocji. Jednak gdzieś tam, delikatne nuty zdradzały, że dalej czuł niejakie przywiązanie do swojego dziecka. Wiedział, że to ona, jej reakcja niejako go upewniła.

"Sza­leństwo nie jest niedorzeczne: otóż im bar­dziej sza­lone, tym bar­dziej lo­giczne, tym bar­dziej wy­rafi­nowa­ne, tym bar­dziej wy­mow­ne, tym bar­dziej olśniewające. " ~George Bernard Shaw

Czasem słońce, czasem deszcz

#23
Ve'nevri nie planowała się tu znaleźć.
Miała sprawy do załatwienia, było ich naprawdę sporo. Uzupełnić zbiory ziół, poszukać innej, lepszej kryjówki, wypróbować nową mieszankę, wreszcie udać się w góry i spróbować odnaleźć roślinę o której mówił Jeleń. Ostatnie parę dni spędziła szukając roślin odpowiednich do wytworzenia barwników. Zatarte wzory na futrze wymagały odświeżenia od jakiegoś czasu, jednak zawsze znajdowało się coś ważniejszego. Teraz udało jej się wygospodarować chwilkę, ale znane jej przepisy w większości okazały się niemożliwe do skompletowania, musiała więc szukać zamienników. Nie było to takie proste, ale nie traktowała tego jak stratę czasu. Lubiła eksperymentować, a ostatnio miała bardzo mało czasu dla siebie.
Samo przygotowanie barwników było łatwizną w porównaniu do wymalowania tych wszystkich wzorów. Musiała przyznać, że wyszła już z wprawy. Kiedyś potrafiła wykonać pełen malunek w dwie godziny, nie posługując się jeszcze wzrokiem. Teraz skończyło się na całym dniu prób, mazania i rysowania jeszcze raz. Ostatecznie się udało i z efektu była zadowolona. Tutejsze rośliny dawały nieco inny odcień fioletu, który lepiej komponował się z szarością futra. Nie wiedziała, jak bardzo barwnik będzie trwały, ale miała nadzieję, że wytrzyma chociaż miesiąc. Nie chciała zbyt szybko powtarzać mozolnej procedury.
Tsaaa, akurat. Barwnik wytrzyma. Ciekawe jak miał wytrzymać przy tych wszystkich wiatrach, ulewach i burzach? Nie miała nic przeciwko odrobinie deszczu, ale ostatnio było go znacząco za dużo. Tak jak zmian w jej wyglądzie. Postanowiła jakoś bardziej o siebie zadbać, jeszcze bardziej się wyróżnić, jakby jeszcze nie była rozpoznawalna z kilometra. Uśmiechnęła się półgębkiem na samą myśl o piórach sroki, dyndających gdzieś przy jej uszach. Wybrała je osobiście i była z tego bardzo zadowolona, nawet jeśli ozdóbka miałaby wytrzymać tylko chwilę. Niektórzy uznawaliby to za idiotyzm, ale w końcu najciemniej jest pod latarnią. Ciekawe czy on także wciąż je nosi...
Zawędrowała tu z dwóch powodów - Muuajiego i ziół. To, który z nich był ważniejszy nie miało chyba większego znaczenia. Basior ją przyciągał jak ćmę do światła, wiedziała że jest niebezpieczny, że już raz dostała nauczkę... Z drugiej strony chciała go znów zobaczyć, poznać jego reakcję na odzyskany wzrok. Gdyby nie on, nie trafiłaby tutaj, dalej trwałaby w watasze jako uzdrowicielka. Nie spotkałaby Jelenia, nie odkryłaby misji, której teraz zdecydowała się poświęcić resztę swojego czasu. Taak, po części była wdzięczna basiorowi. Dalej go nienawidziła, dalej chciała się zemścić, jednak... Byłaby w stanie się powstrzymać od tego, przynajmniej na jakiś czas. Chciała pogadać z eks-mężem, poznać jego motywy. Rozmowa kusiła...
Wreszcie dotarła, zauważyła go gdzieś na horyzoncie. Zauważyła też córkę i jakąś waderę, jednak teraz nie byli najważniejsi. Czuła podekscytowanie... i trochę żalu, zdziwienia. Nie spodziewał się jej? Nie sądził, że kiedyś go odnajdzie? Poczuła delikatne ukłucie rozczarowania. W końcu postanowiła nie przedłużać, wyłoniła się zza zarośli, pewnie i dostojnie. Patrzyła prosto na niego, tylko na niego. Nic się już nie liczyło. Zbliżyła się, nie wykazując żadnych agresywnych zachowań, oblicze nie wyrażało niczego. Jakaś jej część pragnęła mu skoczyć do gardła, ale zdusiła w sobie te prymitywne odruchy. Zabić może go zawsze, porozmawiać niekoniecznie. Przeszła obok niego, zdecydowanie zbyt blisko, musnęła flirtownie, oczekując reakcji.
- Muu... - szepnęła zalotne. - Tym razem wreszcie mnie zabijesz czy tylko oślepisz? - dodała, patrząc mu w oczy.
Był brudny i odpychający, nieczysty. Śmierdział rozkładem, czego nie mogła zdusić nawet jej własna, przytłaczająca woń szałwii i fiołków. Nie powinna się z nim zadawać, ale przyciągał ją i nie potrafiła temu zaradzić. Musiała wiedzieć o nim jak najwięcej, dla dobra swojego i calutkiej krainy. Trzeba jej było dobrze poznać swojego wroga, a teraz był ku temu dobry moment. W razie czego - Thasis stała tuż obok.
Zresztą - czy miała cokolwiek do stracenia?

Czasem słońce, czasem deszcz

#24
Dostrzegając spojrzenie żółtych ślepi Ethnen, Thaisis poczuła wdzięczność niebiosom za jej obecność. Skinęła lekko łbem, dając znać, że wszystko w porządku... no przynajmniej w miarę, po czym ponownie spojrzała w oczy ojcu. Ten jednak przemówił w dość zaskakujący dla fioletowookiej sposób. Nie był zły, ani agresywny. Ton jego głosu wydawał się być bardzo neutralny. Z jakiegoś powodu Thai odebrała to jako wyjątkowo dobry znak, przez co w jednej chwili zniknęła większość obaw. Kiedyś go kochała, kochała ich wszystkich, mimo wielkiego problemu, który tak szybko zniszczył ich rodzinne, a którego tak naprawdę do tej pory nie rozumiała. Tak, stojący przed nią basior oślepił i wygnał matkę, ale dlaczego tak naprawdę to zrobił? Od zawsze zakładała, że chodziło o tą drugą samicę z którą go widywano, ale czy to naprawdę dlatego? Ven przed odejściem od Cieni mówiła jej, że ojciec nigdy ich tak naprawdę nie kochał, że to on jest sprawcą wszystkich nieszczęść... Thai była ciekawa jego wersji, a to mógł być dobry moment, aby o coś zapytać. Co prawda nadal nie czuła się w jego obecności w najmniejszym nawet stopniu komfortowo, dalej w pewnym stopniu ja przerażał ale ... chyba nie skrzywdziłby własnej córki... prawda? Miała taką nadzieję.
- T-tak... - zaczęła nieśmiało, odnosząc się do jego słów i właściwie nie wiedząc co powiedzieć dalej. Nie musiała się jednak nad tym zastanawiać bo wtem, niczym królik z kapelusza, z zarośli wyskoczyła Ve'nevri, od razu zmierzając w stronę ojca. Nawet otarła się o niego, w bardzo podobny sposób co wcześniej o Resefa na wysepce. To zachowanie przelało, napełnianą już od dłuższego czasu czarę goryczy. Lęk odszedł gdzieś na bok, zastąpiony przez irytacje i zażenowanie. Co ona tu robi?! I dlaczego zawsze musi pojawiać się w najmniej odpowiednich momentach, jednocześnie wszystko psując?! Tak samo było wcześniej, gdy przerwała jej rozmowę o ziołach z Resefem. Gdyby nie ona, żółtooki nie pomyślałby, że nie ma jej czego uczyć, bo jej matka jest zielarką. Przez to najprawdopodobniej straciła szanse na wymarzoną naukę, której wbrew temu co basior sądził nigdy od Orlicy nie otrzymała, a gdy tamta się pojawiła, od razu zwróciła na siebie całą jego uwagę, odbierając Thai szansę na wytłumaczenie wszystkiego samcowi. Jasne, przecież mogłaby poprosić o pomoc rzeczoną rodzicielkę, lecz odnosiła wrażenie, że ta całkowicie ją ignoruje. Oprócz rozmowy, na samym początku, zamieniła z Thais jedynie kilka słów, najwyraźniej zajęta własnymi bardziej istotnymi sprawami, które obejmowały wszystkich innych dookoła. Nawet teraz zdawała się nie zauważać obecności swojej córki.
- Co tu robisz? - rzuciła w stronę Ven z wyrzutem. Miała już tego dość. Zaczynała żałować, że starsza wadera w ogóle ponownie pojawiła się w jej życiu. Jak dotąd przynosiła ze sobą tylko ból i uczucie odrzucenia.
“The fact that I’m silent doesn’t mean I have nothing to say.”
~Jonathan Carroll

Czasem słońce, czasem deszcz

#25
Przywitanie samca było może trochę teatralne, ale sam czyn zadowolił rudą, która skinęła głową mu głową w odpowiedzi. Może mimo paskudnej aury samo spotkanie nie będzie aż tak nieprzyjemne. Thaisis trzymała się całkiem nieźle, a początkowa reakcja mogła być równie dobrze zaskoczeniem, ponieważ wilczyca nie wyglądała jakby chciała uciekać, co trochę uspokoiło Eth. Może i nowo-przybyły, szary basior wyglądał dziwnie, ale w głowie sezamowej, wcale nie odstawał od reszty wilczych dziwaków. Powitaniem całkowicie zreflektował się w oczach rudej, dostając czystą kartę, a neutralne nastawienie wilczycy, było odpowiednikiem pozytywnej postawy u każdego innego psowatego. Przez chwilę zerknęła jedynie, na grupkę kruków, która szybko zwiększała swoją liczebność. Rozpoznanie nalotu skończyło się jednak na krótkim zerknięciu, gdyż w pobliżu dało się wyczuć kolejnego wilka.
"Bez żartów" - lekko rozzłościła się w myślach ruda. Lubiła poznawać nowych znajomych, ale teraz chciała jak najszybciej poszukać schronienia, a im więcej wilków tym większe prawdopodobieństwo, że prędzej to burza ustanie, nim Eth zdąży się gdzieś schronić. Już nawet gromy nie działały tak na rozkojarzoną całą resztą niedogodności żółtooką. Ulewny deszcz spłukał resztki błota z sierści samicy, zostawiając ją czystą ale i przemoczoną do ostatniego włosa. Woda już nie skapywała, a spływała stróżkami z futra wadery, zmuszając ją do częstszego niż zwykle mrugania i strzyżenia uszami, gdy woda chciała do nich zapłynąć. Znów spojrzała na młodą waderę, pilnując uchem basiora, by płynnie przenieść wzrok na kolejnego gościa.
Samica szybko pojawiła się obok nich i zupełnie ignorując Ethnenn i fiołkowooką, lubieżnie otarła się o samca, z jakimiś głupimi tekstami o oślepianiu i mordowaniu. "Ani dzień dobry, ani spadajcie, co z tymi wilkami nie tak ?!" - piekliła się w myślach. Nawet rozpoczynając pojedynek wypadało się przedstawić, a jak na razie wiele wilków, które spotykała, nie przestrzegało nawet tej prostej zasady kultury, sprawiając, że samica wiele z nich stawiała na równi z wiejskimi burkami. Eth nie miała zamiaru po raz kolejny w tak krótkim czasie uczyć innych dobrego zachowania, dlatego milczała, obserwując sytuację, ale jej mina jasno wyrażała uczucia, czyli pomieszanie irytacji i zniesmaczenia. Sama przybyła zaś otrzymała dwie możliwe etykietki, masochistka lub szczekaty burek. Często takie widywała, jazgotały i było bardzo groźne dopóki znajdowały się za ogrodzeniem, gdy osłona się kończyła stawały się zupełnie bezradne. Jeśli więc szara wadera liczyła, że sezamowa będzie dla niej ogrodzeniem, to mogła się sromotnie zawieść. Eth uznała Thaisis za chwilowego członka grupy i jako młodszą i słabszą, jej mogła by bronić, ale starsza wadera nie łapała się na tę kategorię tym bardziej z aktualnym, niekulturalnym zachowaniem. Na pocieszenie, wyraźnie nie tylko Eth była rozdrażniona, ponieważ Thaisis odezwała się poirytowana. Przyczyny ruda nie znała, ale młoda szarawa wilczyca wyraźnie znała oba wilki i sezamowa chwilowo nie miała zamiaru się wtrącać, chyba, że sytuacja będzie tego wymagać. Obserwowała jedynie wilki z pod przymrużonych powiek, ponieważ sama nie chciała być niegrzeczną odchodząc bez słowa, tym bardziej jeśli miały z szarawą wspólne plany.

by Płomień

"... My compass has broken ... My past breathes down my neck ...
When winter descends if I try, can I find solid ground or am I just wasting time? "

Mark Jansen

Czasem słońce, czasem deszcz

#26
Sezamowa zdawała sie być spokojniejsza, co pasowało basiorowi. Nie chciał wdawać się w niepotrzebne bijatyki, gdy miał określony cel. Rozlew krwi, utrata sił, gdy miało się swoją misję nie wchodziło w rachubę. Poza tym, nie chciał spłoszyć Thaisis. Ciekawiło go, czy młoda wadera zna się na roślinach i znachorstwie. Czy miał ją kto tego nauczyć? Czy znalazła stado, w którym mogła by być bezpieczna? Miał taką nadzieję, choć nie okazywał tego zewnętrznie. Od jej narodzin, to w niej pokładał nadzieję, że będzie najzdolniejszym z jego dzieci. Jednak przez jego wyczyny, nie dane mu było towarzyszyć córce w młodych czasach jej żywota. Jednak nie żałował, nie mógł, bo to by go zniszczyło, a na to nie mógł sobie pozwolić. Brzydził się słabością.
- Dobrze cię widzieć. - powiedział spokojnie do Fiołkowookiej, a jego ucho zastrzygło, gdy kropla wody dostała się do środka. Nieopodal dojrzał lulka czarnego i skrzyp. Zbliżył się i sprawnością, ruchami wyuczonymi do granic możliwości, zerwał pare sztuk. Miał pełno ziół, jednak dodatkowe nigdy nie zaszkodzą. Wtem jednak pojawiła się ona. Podeszła jak gdyby nigdy nic, ocierając się. Część jego ciała poczuła obrzydzenie, niepohamowany wstręt przed jakąś częścią jej. Wyczuwał tą aurę, tą przeciw której przysiągł walczyć. Miał ochotę rozszarpać jej gardziel, wydłubać następnie truchłowi oczy i wsadzić w jej pysk, zostawiając jako karmę dla jego kruków. Te na zbliżenie wadery rozłożyły skrzydła i poczęły krakać na nią, dając jasne ostrzeżenie. Spojrzał do góry - Ukimya - warknął, a słowo zdało się uderzyć niczym bicz, bo ptaki momentalnie zamilkły. Jedynie ich oczy dalej obserwowały drapieżniki niżej. On sam jednak nie dawał po sobie poznać żadnych z tych odczuć. Uśmiechnął się kącikiem oczu. - Oh, jeszcze nie zdecydowałem. - rzucił obojętnie, wymijając ją i pozostałe wadery. Musiał odejść, bo by po prostu nie wytrzymał żądzy zabicia Evri. A nie chciał dokładać kolejnej traumy Thaisis. Choć bardziej obawiał się, że i ją musiałby zabić.

Zarżnij jak prosiaka, jak twoją kochanice, pamiętasz ją?
Miała takie ładne futerko, bielutkie jak śnieg.
Zabiłeś ją TY TY TY TY!


Głosy zaczęły szydzić chórem, a basior skrzywił się lekko z bólu, biorąc głęboki wdech i wypuszczając powietrze ze świstem. Spojrzał na samice z powagą, jednak w oczach tlił się obłęd. - Niedaleko stąd jest płacząca wierzba. Będzie dobrym schronieniem przed deszczem. Chcecie, to chodźcie. - ruszył w znanym sobie kierunku, gdzie widział to drzewo. Nawet nie sprawdzał, czy idą za nim. Choc liczył cicho, że to zrobią.

"Sza­leństwo nie jest niedorzeczne: otóż im bar­dziej sza­lone, tym bar­dziej lo­giczne, tym bar­dziej wy­rafi­nowa­ne, tym bar­dziej wy­mow­ne, tym bar­dziej olśniewające. " ~George Bernard Shaw

Czasem słońce, czasem deszcz

#27
W napięciu, uważnie obserwowała rodziców lecz na szczęście, jak do tej pory oboje wydawali się całkiem opanowani... tylko kruki były niespokojne. W ogóle, co one tu robią? Jedno, dziwne słowo wypowiedziane przez ojca wystarczyło, aby przywołać skrzeczące ptaszyska do porządku. Młoda wadera, patrzyła na nie zafascynowana. Czyżby Muuaji też potrafił kontrolować mniejsze zwierzęta tak jak Ve'nevri? Beżowa do dziś pamiętała, jak jej matka dała popis swoich umiejętności tam, w zaroślach paproci. Zawsze chciała ja o to wypytać, lecz cóż. Najwyraźniej zabrakło okazji ... lub ostatecznie chęci jednej ze stron. Teraz jednak otwierała się przed nią nowa droga. Jedna z tych, które nigdy nawet nie przyszły by jej do głowy. Być może w takim razie ojciec zna się też na ziołach? Z pewnością. To w jaki sposób zerwał przed chwilą lulek i skrzyp nie pozostawiało jej najmniejszych wątpliwości. Serce w pokrytym szarawą sierścią ciele zabiło mocniej z ekscytacji, gdy pomyślała o tym wszystkim w ten sposób. Gdy białooki ruszył w stronę wierzby, uśmiechnęła się lekko do Ethnenn, dając jej znak, żeby za nią poszła, po czym nie czekając nawet na odpowiedź Ven, ruszyła za Muu. Było jej wszystko jedno czy matka też zdecyduje się im towarzyszyć czy nie... chociaż zdecydowanie bardziej podobała jej się opcja pozostania sam na sam z Eth i ojcem. Właściwie, gdzieś w głębi miała nadzieję, że szara zniknie stąd tak szybko jak się pojawiła. W jej towarzystwie, przez większość czasu czuła się jeszcze bardziej niekomfortowo niż zwykle, dopiero teraz w pełni zdała sobie z tego sprawę.
“The fact that I’m silent doesn’t mean I have nothing to say.”
~Jonathan Carroll

Czasem słońce, czasem deszcz

#28
Deszcz lał, ale całe szczęście grzmoty uderzały coraz rzadziej, niknąc w końcu całkowicie. Chociaż tyle dobrego, bo jak na razie miłe spotkanie co i rusz coś komplikowało, jak nie burza to dziwne wilki, albo kruczyska.
Skinęła głową do Thaisis, na potwierdzenie, że idzie z nimi, ale wstrzymała się chwilę, aż oboje zaczną się oddalać, obserwując wypaćkaną, chyba jagodami, siwą wilczycę. Dopiero gdy upewniła się, że nie ma w planach rzucić się od tyłu na jej nowych znajomych, Eth odwróciła się powoli i ruszyła kłusem by dogonić szarego basiora i beżową waderę. Biegła z chlupotem, wciąż dla pewności pilnując uchem poczynań szarej.
Pomykała lekkim krokiem, nie zwracając uwagi na kałuże i błoto, za to klucząc, tak by nie przebiegać pod gałęziami na których siedziały kruki.
Ruda nie znosiła ptaszysk, niezależnie od ich rozmiaru i rasy, ale co najmniej zabawne uniki jak najbardziej miały konkretny cel. Eth co prawda nie bała się kruków, ale obawiała się czegoś zupełnie innego. Była już cała mokra, nie potrzebowała więc do kompletu białych cętek, które wszystkie pierzaste gubiły w wyjątkowo obrzydliwy sposób.
Po chwili dogoniła swoją wycieczkę i szła już spokojnie ich tempem, wciąż jednak unikając ewentualnego bombardowania.

by Płomień

"... My compass has broken ... My past breathes down my neck ...
When winter descends if I try, can I find solid ground or am I just wasting time? "

Mark Jansen

Czasem słońce, czasem deszcz

#29
Ven nie interesowała go teraz. Jeszcze nie czas, pomyślał, a białe ślepia powędrowały na niebo, które zdawało się stopniowo uspokajać. Deszcz jednak dalej siąpił na wilki, spływając strugami na ziemię. Szedł tak z lekko zwieszonym łbem, pełen spokoju. Dalej czuł obrzydzenie, które uderzyło go, gdy Evri się zbliżyła. Ta paskudna aura! Skrzywił się na myśl o tym. Jednak była inna, straciła swoją niewinność. Czy można powiedzieć, że to los zabił w niej tą cząstkę? Miał jednak nadzieję, że chociaż ich córka będzie KIMŚ.
Odwrócił łeb na chwilę, by spojrzeć na Thaisis, jak i Ethnenn. Jeśli Ven za nimi podążała, to nie miał nic przeciwko. Jednak nie chciał na oczach owocu ich miłości atakować znachorki. Kruki siedziały na drzewach, jakby wyznaczając trasę. Ich smętne czarne oczka obserwowały sylwetki drapieżników.
Po krótkiej chwili doszli do wierzby, której korona tak się rozrosła, że mimo braku liści, gałęzie tworzyły w miarę szczelną kopułę. Drzewo było stare, więc zapewne niejedno już widziało. Basior wszedł pod jej mackami, by znaleźć się w suchym miejscu. Otrzepał się energicznie i spojrzał na korę drzewa. Zdobił ją już lekko stary malunek z krwi, który już tylko delikatnie odcinał się na tle ciemnego brązu. Przysiadł niedaleko pnia, zastrzygł uchem, by następnie ziewnąć. Usypiała go ta pogoda. Skierował spojrzenie, na wejście, czekając aż wadery dołączą do niego.

"Sza­leństwo nie jest niedorzeczne: otóż im bar­dziej sza­lone, tym bar­dziej lo­giczne, tym bar­dziej wy­rafi­nowa­ne, tym bar­dziej wy­mow­ne, tym bar­dziej olśniewające. " ~George Bernard Shaw

Czasem słońce, czasem deszcz

#30
Gdy dogoniła ojca, nie zrównała się z nim lecz szła odrobinę za tym szarym basiorem, przypatrując się armii kruków, które mijali po drodze. Z jednej strony odrobinę napawały ją one lękiem, z drugiej zaś w pewien sposób fascynowały. Najchętniej zalałaby teraz Muuajiego pytaniami, lecz mimo wyboru, którego dokonała, ruszając za nim, nadal nie czuła się zbyt pewnie. Był dla niej niczym kryjący wiele tajemnic, nieznajomy szaman - ktoś, przy kim niezręcznie było przerywać panujące aktualnie milczenie. Zamiast tego odwróciła głowę, chcąc zobaczyć, czy Ethnenn zdecydowała się ruszyć za nią i gdy tylko dostrzegła, że tak właśnie było, na jej mokrym pyszczku po raz kolejny pojawił się uśmiech. W tym właśnie momencie beżowa zauważyła także, że towarzyszące im niedawno grzmoty, umilkły całkowicie - pozostał jedynie deszcz. Ten problem jednak także miał już za chwilę zostać rozwiązany, bo oto jej oczom ukazała się stara, potężna wierzba. Cały obrazek wyglądał dość niepokojąco jak na jej gust - ciemne chmury, burza, masa kruków, które cały czas przypominały o swojej obecności złowrogim krakaniem... nie zatrzymała się jednak. Weszła w plątaninę korzeni zaraz za samcem i zaraz po otrzepaniu się z nadmiaru wody, która wsiąkła w jej futro, przysiadła nieśmiało na ziemi, zerkając fioletowymi oczyma w stronę ojca lecz po chwili coś innego przyciągnęło jej uwagę. Był to malunek widniejący na brązowej korze drzewa pod którego gałęziami znaleźli schronienie. Nie taki zwyczajny malunek, bo niewątpliwie nie został wykonany żadnym barwnikiem ani niczym tym rodzaju, lecz krwią - gdy ten fakt całkowicie dotarł do Thai, po jej plecach przebiegł lekki, nieprzyjemny dreszcz.
“The fact that I’m silent doesn’t mean I have nothing to say.”
~Jonathan Carroll

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron