Blackmoore i Sharan - prywatny

#1
Uczestnicy: Blackmoore, Sharan
Miejsce: Rozlewisko - dopływ rzeki
Czas: po spotkaniu Sharan z Ianem i długo po załatwieniu spraw z Uranosem.
Informacje dodatkowe: Sharan spotka Blackmoore'a przy okazji wyprawy po zbiór ziół


Dzień wydawał się spokojny, błogi, powietrze rześkie. Szara wybrała się na kolejną wyprawę, tym razem o wiele dalej od terenu stada, niźli zwykle się zapuszczała. Terenów tych nie znała wcale, ale nie przeszkadzało jej to zbytnio. Spędziła już zbyt dużo czasu na swoim, tuż przy norze z młodymi. Były już duże, mogły jakiś czas poradzić sobie bez niej, a wśród innych członków stada były bezpieczne. Ona zaś mogła spokojnie wybyć i uzupełnić swój niewielki niestety zapas ziół. Leczniczych roślin nigdy nie było zbyt wiele, a nadmiar mogła zawsze zostawić w jamie, dla korzystania przez wszystkich innych członków przebłysku. Potrzebowali więcej uzdrowicieli, potrzebowali więcej wilków, nie ważne, jaka byłaby ich rola, a w razie potrzeby musiała mieć dla nich medykamenty.
Samica szła tak zatem, po rozlewisku, obserwując czujnie otoczenie i badając wszelakie obecne tam wonie.
Always keep your foes confused. If they are never certain who you are or what you want, they cannot know what you are like to do next. Sometimes the best way to baffle them is to make moves that have no purpose, or even seem to work against you.

Blackmoore i Sharan - prywatny

#2
Rozlewisko okazało się znakomitym wyborem, jeśli mowa o różnorodności roślin, jakie można tam było napotkać. Oczy szarej aż rozszerzyły się z zaskoczenia i nieukrywanego zadowolenia, widząc aż taki wachlarz flory jakiego nie obaczyła dotąd nigdzie na terenach Przebłysku. Od razu zakodowała to miejsce w swojej pamięci z niemałą dokładnością, chcąc zapamiętać jak najlepiej to, jak tu trafić i jakie zioła gdzie powinna być w stanie odnaleźć - wiedza taka z pewnością przyda jej się w przyszłości, kiedy będzie potrzebowała urozmaicić swój zbiór lub uzupełnić topniejące zapasy. Nigdy nie wiadomo, kiedy trzeba będzie opatrzeć kogoś powracającego z polowania, zadbać o chore szczenię czy odnaleźć coś, co pomoże staremu wilkowi w trawieniu lub uspokoi podrażniony żołądek. Były też i inne, o wiele mroczniejsze zastosowania ziołowych mikstur, ale Sharan nie zagłębiała się nigdy w tą sferę zielarstwa, chcąc bardziej nieść pomoc niż wyrządzać szkody.
Nos niebieskookiej pracował dzielnie i nieprzerwanie, chłonąc z namaszczeniem dziesiątki różnych woni. Na próżno szukała tropów jakichkolwiek zwierząt, co początkowo nieco ją dziwiło i było zastanawiającą nowiną. Szwędając się jednak po podmokłych częściach tego miejsca kilka razy jej oczy wychwyciły ruch gdzieś w wodzie, a zaraz po nim blask srebrzystego ciałka i połyskujących w promieniach słońca łusek. W okolicy bez wątpienia żyły ryby, i pewnie gdyby uzdrowicielka zechciała, mogłaby obłowić się i urządzić sobie niemałą ucztę. Ona jednak wciąż nie była na tyle głodna, aby zdecydować się na ten krok. Powalony przez stado jeleń dostarczał im pokarmu przez długi czas, więc nie istniał jak na razie żaden przymus, aby szukać więcej jedzenia. Postanowiła zrobić to potem, kiedy będzie uczyć szczenięta jak skutecznie polować.
Widok pływających pod taflą wody ryb szybko popadł w zapomnienie, kiedy Sharan ujrzała w końcu to, czego szukała i po co od początku się tu wybrała. Jej oczom okazały się kępki roślinności, widocznie inne od bagnistego mchu i rosnącego wszędzie tataraku. Najpierw zbadała kształt skupiska roślin, po czym ostrożnie dotknęła łapą łodyżki, doszukując się znajomego skrzypienia. Wyostrzony węch ostatecznie potwierdził naturę jej znaleziska i teraz Sharan mogła spokojnie zająć się zbiorem odnalezionego przez siebie skrzypu.
Wziąwszy jego odpowiednią ilość nie poprzestała jednak na swojej eskapadzie, gdyż teraz jej oczy usiłowały się doszukać znajomych białych, zebranych w koszyczki drobniutkich kwiatuszków towarzyszących odpowiednio uformowanym liściom. Dostrzegła je już po paru chwilach, zaraz obok kępy roślin o znajomych, pomarańczowożółtych kwiatostanach. Mogła spokojnie zebrać nieco krwawnika i nagietków, aby poszerzyć swoją ziołową kolekcję.
Wadera musiała już dość mocno pachnieć zebranymi przez siebie dotąd ziołami, kiedy doszukała się jeszcze dwóch roślin, tym razem nie tyle znajomych, co bardziej kojarzonych z mglistą przeszłością, kiedy wciąż uczyła się na zielarkę w swojej dawnej watasze. Ostrożnie zbadała napotkane kwiaty i towarzyszące im liście obydwu roślin, starając się przywołać jak najwięcej słów starych matron, aby te rozwiały jej wszelkie wątpliwości. Wiedziała po chwili jak je zebrać i do czego mogą się przydać, choć korzystanie z nich wiązało się zawsze z ryzykiem i wymagało wielkiej dokładności. Nie mogła jednak kłócić się z tym, że lulek i tojad mogłyby się kiedyś przydać i jej samej. Zebrała je bardzo ostrożnie, z namaszczeniem, bardzo dokładnie oddzielając je od reszty zbioru, aby poprzednio zebrane rośliny nie przeszły zdradzieckimi substancjami zaklętymi wewnątrz jej dwóch najnowszych znalezisk.
Krzątała się tak, po podmokłej okolicy, i nawet nie spostrzegła się zanim nie skupiła się na swoim zbiorze tak bardzo, że przestała zwracać uwagę na resztę swojego otoczenia.
Always keep your foes confused. If they are never certain who you are or what you want, they cannot know what you are like to do next. Sometimes the best way to baffle them is to make moves that have no purpose, or even seem to work against you.

Blackmoore i Sharan - prywatny

#3
Blackmoore nie znosił woni pośród których właśnie się znalazł. Swąd zgniłych liści oraz innych materii pływających pośród zbutwiałych traw i drewna napawał go pewnego rodzaju wstrętem. Znosił go tylko dlatego że to miejsce nie było jeszcze pełnoprawnym bagnem, mimo wszystko czuł się jakby ktoś przywalił mu w pysk rozgrzanym do czerwoności pogrzebaczem. Nawet malutka, niemal nie zauważalna blizna na górnej części jego pyska emanowała parzącym, drażniącym bólem.

To był dowód że czas nie goi wszystkich blizn...

Szczególnie tych głęboko zakorzenionych w wilku. W podmokłych miejscach jak to, Blackmoore stracił całkiem sporą część swojego "ja". Wpierw w brutalnej zasadzce, potem w zdradzie która była bezpośrednią przyczyną czemu ów czarny basior znalazł się tak daleko od łąk i lasów pośród których dorastał. Tak więc powiedzieć że znalazł się tutaj bo tego chciał byłoby raczej wierutnym kłamstwem. Powód był inny, banalnie prosty i niemalże śmieszny - gdyby rzecz jasna nie blizny które nosił w sobie.

Nieważne jak dziwnie to brzmiało dla samca który podróżował bez celu czy watahy, to czarny musiał przyznać że się po prostu najzwyczajniej w świecie zgubił. Kto by przecież planował wpakować się w bagno z własnej woli, czyż nie? Z drugiej strony myśl od razu mu boleśnie przypomniała o dzikich i bestialskich plemionach, z których dzięki jednemu z nich zawdzięczał swoją banicję. Na tą myśl Blackmoore poczuł się trochę jak laleczka voodoo, taka w którą się wbija szpile dla masochistycznej przyjemności. Problem w tym że ręka (czy też raczej łapa) wbijająca owe szpile była jego własna.

Westchnąwszy na taką puentę, samiec dalej maszerował poprzez zalaną okolicę. Brodząc w wodzie i błocie raz po raz, pomiędzy przysłowiowymi "wysepkami" gdzie ląd wystawał ponad lustro wody. Na jednej z nich wpadł na świeże ślady obecności kogoś innego. Ślady łap oraz, po głębszej inspekcji, słabą woń wadery ukrytą pod zapachami ziół. Rozglądając się wokoło, basior szybko rozpoznał resztki z poletka skrzypu które tutaj rosło. Przyglądając się jemu uważniej, samcowi się przypomniały praktyki pewnej uzdrowicielki... Jak widać niezależnie od miejsca, czy to na dalekiej północy czy południu - kasta ma swoje zwyczaje. "Nigdy nie zrywaj wszystkich ziół w danym miejscu, jeśli chcesz z niego korzystać w przyszłości." - tak mu mówiła owa zielarka...

Jaka szkoda że już się nigdy nie spotkają...

Zatrząsł futrem na tą myśl, by pozbyć się nieprzyjemnego uczucia jakim nim owładnęło. Pewno z rok temu nie poradziłby sobie z tym tak łatwo, na szczęście dla basiora czas zaleczył przynajmniej tą bliznę na duszy. Już po chwili Blackmoore skierował się ku wodzie, podążając za śladami. Tropy rzecz jasna kończyły się tam gdzie zaczynała się woda, jednakże następna połać suchego lądu była tylko o rzut kamieniem stąd. Dotarcie tam nie zajęło mu długo, a będąc już prawie na brzegu jego bystre oczy łatwo odnalazły kolejny trop.

Woń różnorakich ziół była tu o wiele silniejsza, świeższa. Pod nimi też ponownie udało mu się wyczuć woń nieznajomej... Musiała być blisko, choć jej jeszcze nie słyszał ani też nie widział. Ze swojego obecnego miejsca widział tylko bujne krzewy porastające ten niezalany jeszcze kawałek lądu. Spojrzał w górę, na słońce tuż po zenicie, gdy tak się zastanawiał czy nie podążyć za śladami ku nieznajomej. Po chwili namysłu jednakże się na to nie zdecydował, i postanowił się odezwać - licząc na to że wadera była na tyle blisko by go usłyszeć.

Stwierdził że pewno będzie wyglądać to dziwnie, ale zawsze istniała szansa że i owa zielarka będzie strachliwa jak ta którą znał dotychczas. Byłoby to nawet zabawne, gdyby tak było, jednakże straciłby szansę na rozpytanie się w okolicy gdyby tak się stało. Wolał więc nie ryzykować, nawet jeśli miałoby to wyglądać głupio.

"Halo? Jest tam kto?" Wywołał stanowczo, choć łagodnie w stronę w którą prowadziły tropy. "No cóż, zobaczymy zaraz czy wszyscy w profesjii są tacy strachliwi jak Lotos..." pomyślał sobie, z łagodnym uśmieszkiem na wspomnienie jak płochliwa była jego znajoma.

Tak czy siak, teraz mógł tylko spokojnie czekać.
Ostatnio zmieniony czwartek 19 sty 2017, 14:11 przez Blackmoore, łącznie zmieniany 1 raz.

Blackmoore i Sharan - prywatny

#4
Kiedy Szara położyła już swe łapy na odnalezionych ziołach mogła prawie natychmiast zauważyć zmianę repertuaru woni jakie ją otaczały. Rozmiękła ziemia, butwiejące drewno i wilgotna roślinność odeszły na drugi plan, kiedy na przód wysunęły się olejki eteryczne z leczniczych roślin, jakie samica zdołała dziś zebrać. Miała szczęście, albowiem zbiór okazał się dość pokaźny, a poszerzony repertuar roślin przyda jej się, chociażby do leczenia ewentualnych ran i innych obrażeń, zarówno dorosłych jak i szczeniąt. A te, nie oszukujmy się, często potrafiły wpaść w tarapaty, a skaleczenia i siniaki były nieodzowną częścią młodości i dorastania.

Meandrowanie po naturalnym, wilgotnym, miejscami wręcz podmokłym i położonym w kałużach butwiejącej wody gruncie, przypominało jej lata młodości oraz wszystkie te momenty sprzed dołączenia do Spaczonych. Obecność ziaren ziemi, piasku i roślin pomiędzy jej palcami oraz przyjemnie muskających poduszki jej łap przypominała jej czasy dawnej watahy, kojarzyła się z domem oraz z naturą, jakiej jej brakowało podczas krótkiego okresu zamieszkiwania z zamczysku. Tam grunt był twardy, zimny, nieprzyjazny, miejscami wręcz ostry i okrutny. Tu zaś idealnie odpowiadał budowie jej kończyn, łapy nie męczyły się tak bardzo podczas stąpania o nim w porównaniu do stawiania kroków na zimny, wyprofilowanym kamieniu.

Sharan do teraz miała mieszane odczucia wracając myślami do tamtejszych czasów. Ludzie byli abominacją, którzy odwracali się od naturalnego porządku rzeczy, niszczyli środowisko na rzecz swoich tajemniczych budowli i ignorowali zupełnie wszelkie prawa przyrody, wedle których ona była wychowana. Na swoje szczęście nigdy żadnego z Dwunożnych nie poznała. Ich wpływ ograniczył się do zniszczenia jej dawnego domu, wymuszenia na jej stadzie ucieczki i rozdzielenia się, a także, raczej pośrednie, doprowadzenie do jego upadku. Nie mogła też zapomnieć, iż Dwunożni, jakich widzieli jej krewni mieli nosić na sobie skóry jej przodków, co samo w sobie było perspektywą iście przerażającą. Ciała martwych należały do ziemi, było to prawdą pradawną i bezsprzeczną.

Im bardziej Szara nurzała się w bagiennej gęstwinie, tym głębiej w nią wchodziła, wstępując w nieznane, wkraczając na zdradziecki grunt, który równie dobrze jak obrodzić w lecznicze rośliny mógłby stać się dla niej mogiłą, gdyby postawiła nieprzemyślany, pechowy krok nie w tym miejscu gdzie należy. Istotnie, w pewnym momencie błoto przy każdym wyszarpnięciu z niego jej łap wydawało z siebie coraz mniej przyjazne i donośniejsze mlaśnięcie. Sharan zdecydowała się zatem przejść na bardziej utwardzone wysepki położone pomiędzy kałużami gorszego błota.

Odnalazłszy już bezpieczniejszy grunt kontemplowała tak swoje kończyny, niemalże do łokci umorusane błotem, ziemią i resztkami roślinnymi, aż ku jej uszom dotarł dźwięk zupełni obcy, którego nie spodziewała się usłyszeć - a mianowicie był to czyjś głos, który niewątpliwie należał do jakiegoś osobnika płci męskiej, sama jego barwa zaś nie kojarzyła jej się z nikim, kogo by Szara znała. Któż obcy mógł podążać za nią po bagnie i w jakim celu? Może była śledzona, a może basior ów zwyczajnie zbłądził?

Tak czy inaczej postanowiła odwrócić kufę w stronę, z którego dochodziły słowa, jednocześnie wyostrzając swoje jak dotąd uśpione zmysły.
- A kto pyta? - odpowiedziała w gęstwinę swoim charakterystycznym, dość głębokim ale bez wątpienia kobiecym głosem, starając się nie zdradzić ni krztyny zaskoczenia ani lekkiego wyprowadzenia z równowagi, gdyż Szara, choć wcale nie lękliwa, nigdy nie lubiła być w sytuacji gdzie była stroną która została jakoś osaczona, kiedy ewidentnie jej zmysły, które powinny były o wiele dawniej wychwycić cudzą obecność zawiodły i zareagowały z opóźnieniem, dopiero po cudzym błędzie albo cudzej prywatnej decyzji co do ujawnienia się.
Always keep your foes confused. If they are never certain who you are or what you want, they cannot know what you are like to do next. Sometimes the best way to baffle them is to make moves that have no purpose, or even seem to work against you.

Blackmoore i Sharan - prywatny

#5
Uszy basiora nasłuchiwały uważnie w stronę gdzie spodziewał się wadery. Szczerze mówiąc nie wiedział czego się spodziewać. Jego myśli, czy też oczekiwania co chwilę błądziły w stronę tego że lada moment usłyszy odgłosy ucieczki. Jednakże tak się nie stało, i po chwili oczekiwania dostał odpowiedź. "A kto pyta?" - usłyszał. Niewiele jednak od razu mógł powiedzieć że samica po drugiej stronie była dorosła. Kto wie, może nawet w jego wieku? Na pewno ani przez moment nie przeniknęło mu przez myśli by powiedzieć "stara", jako że Blackmoore nie widział siebie samego jako starca. A uwagę tego rodzaju na swój temat wziąłby raczej za afront czy też wręcz obrazę. Był w wieku słusznym, nadal pełni sił nawet jeśli nie posiadał już tego szczenięcego wigoru i energii która rozsadza wilczki w młodszym wieku.

"Łamacz damskich serc oraz wojownik z dalekich stron," Blackmoore odpowiedział po chwili zastanowienia. Rzecz jasna to był żart i wypowiedział te słowa w sposób lekki, mimo głębszego barytonu należącego słusznie do samca w jego wieku. Gdyby Sharan mogła go teraz ujrzeć, zapewne by zobaczyła również mały uśmieszek jaki przeniknął po jego pysku. Choć zapewne wadera mogła się tego domyślić, bazując po tonie jego wypowiedzi oraz po krótkim i stłumionym śmiechu. "a tak po po prawdzie to po prostu strudzony wędrowiec co zbłądził." Basior dodał po chwili, poniekąd jako sprostowanie. Tym razem jego głos był czystszy, z lekką nutą obcego akcentu z dalekiej północy.

Blackmoore nie wiedział czemu pozwolił sobie wypowiedzieć się w taki sposób. Prawdopodobnie po prostu nie spodziewał się już usłyszeć odgłosów ucieczki, i ów niewinny żarcik był manifestacją uchodzącego napięcia. Jednakże będąc szczerym, nie zamierzał opowiadać kim jest i skąd przychodzi - jak wielu młodych co szukało wstępu do jego watahy. Czy też raczej królestwa, Królestwa Inarii w którym dumnie służył przez tyle lat. Ale to było lata temu i wiele zmieniło się od tamtego czasu.

"Chciałem porozmawiać, jeśli jest taka możliwość." Basior dodał po chwili oczekiwania, prostując się lekko by lepiej się zaprezentować przed nieznajomą jeśli ta zdecyduje się poświęcić mu trochę czasu...

Blackmoore i Sharan - prywatny

#6
Uszy samicy drgnęły, kiedy po chwili milczenia, przeplatanego jedynie leśnym szumem i oddechem wiatru do jej uszu ponownie dobiegł wyraźny głos. Wilcze dźwięki układały się w wyraźne słowa budząc skrytą w sercu Sharan ciekawość. Z jakichś przyczyn, których sama do końca nie znała nie tyle czuła teraz strach i napięcie, a zwyczajną, szczerą ciekawość. Kimkolwiek był rozmówca, z pewnością miał poczucie humoru, a już samo to było w stanie Szarą nieco podnieść na duchu i podnieść z niej jarzmo dokuczających jej ostatnimi czasu smutków, zmartwień i zmęczenia.
Basior, z którym jak dotąd zamieniała jedynie ślepą rozmowę, wykrzykując słowa w pustkę i oczekując na powrót odpowiedzi wypowiedział już wystarczająco wiele słów, aby Sharan zdołała się odwrócić w stronę, z której głos samca dobiegał i mniej-więcej skierował kufę w domniemanym kierunku, gdzie nieznajomy mógł się znajdować. Zakładając, że uszy jej nie myliły, a las nie zniekształcił położenia źródła dźwięków za pomocą odbić i pochłaniania dźwięku przez listowie.
- Rozmawiamy już teraz - odpowiedziała na pytanie rozmówcy, po czym po chwili zdecydowała się dodać - I nie lękaj się, nic złego z mojej strony cię nie spotka, o ile nie masz wobec mnie złych zamiarów - kąciki warg drgnęły jej lekko w uśmiechu - w to jednak szczerze wątpię.
Usiadła, prężąc grzbiet i czekając, aż samiec pojawi się w polu jej widzenia. Mimo w miarę swobodnego samopoczucia, jakie ją nagle ogarnęło wciąż wolałaby widzieć oblicze tego, z kim rozmawiała. Tak zawsze było inaczej, lepiej, prościej.
- Jestem Sharan, zielarka i uzdrowicielka Przebłysku Jutra. - przedstawiła się, posyłając znowu swój głos w eter - A ciebie jak mam zwać, o niewidoczny nieznajomy?
Always keep your foes confused. If they are never certain who you are or what you want, they cannot know what you are like to do next. Sometimes the best way to baffle them is to make moves that have no purpose, or even seem to work against you.

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron