Pole mchu

#21
Musiała szybko coś wymyślić, aby odrobić utraconą przewagę. Jesień zdołała zapomnieć już, że jest tu jeszcze szczeniak, niemal całkowicie skupiając się na przeciwniczce, której ostatni cios sprawił, że lekko zachwiała się na łapach wytrącona z równowagi i niewiele brakowało a to biała powaliłaby ja na ziemię. Szarobrązowa właśnie szykowała się do tego, aby w odwecie wgryźć się w brzuch wadery, gdy nagle tamta zagrodziła jej drogę.
- Chyba masz rację. - mruknęła, prostując się. - Nie jest źle, poradzę sobie. - odpowiedziała na kolejne pytanie tamtej, podobnie jak ona przysiadając na przyjemnie miękkim mchu. Rany co prawda niemiłosiernie piekły, ale nie był to nie wiadomo jaki ból. - Dzięki. - przyjęła skrzyp, posyłając tamtej lekki uśmiech po czym wzorując się na tym co wcześniej robiła biała, nałożyła tą śmieszną roślinkę na rany - co prawda miała lekki problem z tą na szyi, ale po kilku próbach wreszcie udało jej się to zrobić w zadowalającym - jak dla niej zakresie. Rośliny... to jej o czymś przypomniało.
- Wiesz może co to za śmieszny liść? - zapytała wskazując na aloes wplątany w krótką sierść na karku, który jakimś cudem nie odpadł w trakcie treningu. - Znalazłam go na wydmach. - dodała, chcąc pomóc w ewentualnym rozpoznaniu ziela - w końcu miejsce występowania wydawało się dość istotne. Wydmy... w tym momencie spojrzała na czającego się z boku Naudira - zielone plamy na futrze miał już gdy odchodził, lecz najwyraźniej przebrnięcie przez bagno także zostawiło na nim ślad, w postaci zaschniętej ziemi. Dopiero teraz dostrzegła jednak, że malec przyciągną ze sobą nadjedzoną perlicę.
Nie była w stanie nic zrobić, chciała co prawda zadać nurtujące ją od samego początku pytania, ale nie potrafiła wydusić z siebie oni jednego słowa. Po prostu patrzyła z mieszaniną niepewności oraz przygnębienia, odbijającą się w zielonkawych oczach.

“She looked like autumn, when leaves turned and fruit ripened.”
~ Sarah Addison Allen

Pole mchu

#22
Słysząc słowa cioci, fuknął jeszcze raz, po czym odsunął się nieco. Był przekonany, że wadery walczą na śmierć i życie, ale skoro ciocia mówiła, że nie potrzebuje pomocy, nie wtrącał się w przebieg potyczki. Oczywiście, gdyby Deszczowa znalazła się w opałach, nie wahałby się przed rzuceniem się jej na ratunek. Na razie jednak takiej potrzeby nie było, może i dobrze? Był przecież tylko szczeniakiem, wyjątkowo odważnym i wytrzymałym, ale cztery miesiące życia to za mało, by stawić czoła pokiereszowanej, ale dorosłej i rozjuszonej waderze. Obserwował walkę, piszcząc radośnie, gdy kły Jesieni wpijały się w skórę Khaleesi i jęcząc, gdy to ciocia zostawała zraniona. Trzeba było przyznać, że pojedynek wzbudzał w nim wielkie emocje. Nagle jednak wydarzyło się coś niespodziewanego - fiołkowooka zatarasowała drogę Deszczowej i... oznajmiła, że już wystarczy? Naudir aż otworzył pysk ze zdumienia i zaczął z konsternacją przypatrywać się leczącym się nawzajem wilczycom. Więc to był tylko trening? Białofutra nie jest jednak zła? One tylko... ćwiczyły? Tak się da? Z zamyślenia wyrwały go słowa cioci o liściu, który znalazł na wydmach.
- To ja go znalazłem! Ukłuł mnie, ale byłem silny i dałem radę go zerwać! - wrzasnął radośnie, wtrącając się w rozmowę wader.
Wziął leżącą nieopodal perlicę i przytargał ją nieco bliżej Jesieni i Khaleesi, po czym sapnął i usiadł zadowolony. Czekał na jakieś pytania, jednak te nie nastąpiły. Przekrzywił łebek i spojrzał pytająco na Deszczową. Ta jednak tylko patrzyła, jakby nie mogąc wydusić z siebie słowa. Cóż, wyglądało na to, że będzie musiał przejąc inicjatywę.
- Hej, ciociu! To ja, Naudir! Znalazłaś mnie na wydmach, pamiętasz? Pewnie, że pamiętasz! Wiesz, uciekłem z tamtej polany, bo myślałem, że będziesz mnie gonić! Taka zabawa! No, no i ty byś mnie złapała, ja bym ci powiedział, że tylko się bawiłem, ty byś się uśmiechnęła i tyle! Ale ty mnie nie złapałaś! Z pewnością zgubiłaś trop, bo nie wierzę, że mnie nie szukałaś! Jesteś taka dobra i miła, musiałaś mnie szukać! Nie martw się ciociu, mogę ci zrobić trening z wytrwałości! W tym jestem dobry! No, i tak sobie biegłem, i patrzę, a tam pustynia! Ale jakaś inna pustynia, bo nie widziałem tej niecki, w której cię spotkałem! Ale trudno, myślę sobie, biegnę dalej! I nagle patrze, a tam jakaś wadera! Miała takie długie futro jak ja i znała tatusia! Ba, była moją ciocią, taką prawdziwą! Długo nie pogadaliśmy, bo sobie pomyślałem, że ty się nie martwisz. No to pożegnałem się z tamtą wilczycą i zacząłem cię szukać! Ale nigdzie ciebie nie było, a ja byłem głodny, więc zapolowałem na perlice! Widzisz, tu leży! Jest dla ciebie, cała! No, i potem znalazłem twój ślad i ruszyłem za nim i dotarłem tutaj! Ja wbiegam na polanę, a wy się bijecie! To chciałem ci pomóc, ale ty powiedziałaś, że nie potrzebujesz pomocy, więc siedziałem na tyłku! To wszystko ciociu! Kocham cię! - wypalił rozentuzjazmowany, po czym podbiegł do Jesieni i wtulił się w jej futro. Tak jak dawniej.
- Kocham cię, ciociu... - powtórzył cicho, pociągając nosem.
Nie chciał się do tego przyznać - w końcu basiory nie płaczą - ale zaszkliły mu się oczy, a pobliska sierść Deszczowej wkrótce zrobiła się mokra.
Elden som tek - Liv
ogień odbierający
Elden som gjev - Liv
ogień dający
życie
Obrazek

theme

Pole mchu

#23
Kiedy Naudir zaczął siorbać do futra Deszczowej, Khaleesi odwróciła głowę z konsternacją. Nie za bardzo wiedziała co ma ze sobą zrobić w tak intymnej dla tych dwoje chwili. Zdecydowanie potrzebowali trochę czasu na wyjaśnienie tej całej sprawy więc odeszła trochę dalej, dając im więcej przestrzeni. Była zmęczona po walce oraz po wszystkich innych wydarzeniach, które spotkały ją w ciągu ostatnich kilku dni. Starała się oddychać wolno i nabierać jak najwięcej powietrza. Zapach mokrej gleby, wymieszanej z łagodną wonią mchu przywodził jej na myśl... No właśnie, co? Raczej nie dom, ponieważ nie było tam tego typu terenów. W ogóle co w jej przypadku znaczyło dom? Chyba nie ten słabo zarysowany w jej pamięci las u podnóża gór. Domem nie mogła też nazwać miejsca u boku Vyraca, a przecież to wtedy poznała Dana. Khaleesi przymknęła oczy i wystawiła się do słońca by wchłonąć ja najwięcej jego energii. Wciąż uwielbiała to przyjemne ciepło na skórze, nawet czasem wręcz parzące. Mimo tego wszystkie co ogień na nią sprowadził, darzyła go ogromną sympatią. Był przerażający, a także morderczy – o czym na własnej skórze przekonała się, zarówno ona jak i chyba najbliższa jej dotąd osoba. Dan odszedł już tak dawno temu. Nie pamiętała go jak żywego, ale wciąż zachowała jego obraz gdzieś w głębi, daleko ku pamięci.
Teraz była z tymi dwojga, ale przecież Jesień, jako odpowiedzialna opiekunka szczenięcia raczej nie mogła pozwolić jej szlajać się ze sobą wiecznie. Zresztą, przyzwyczaiłam się już do bycia sama. Ta myśl dodała jej otuchy. Jakoś to będzie, dam sobie radę: w pojedynkę lub z kimś. W końcu zawróciła, by dołączyć do brązowej wadery i Naudira.
- Sok tej rośliny, którą znalazłaś na wydmach jest świetny na uszkodzenia skóry i ogólnie działa łagodzącą. Nie wyrzucaj, przyda się potem. – Khal natychmiast umilkła. – Znaczy niekoniecznie, wcale nie musi... Nie mówię, że od razu stanie się nam coś złego. Ale dobrze jest mieć na zapas, prawda? – Fiołkowooka plątała się w swoich niezręcznych unikach, w końcu zamiast zawiłego tłumaczenia szybko zmieniła temat.
- Mamy teraz jakieś konkretne plany na podróż? – Zapytała dwójkę swoich towarzyszy.

Pole mchu

#24
- No tak,... to Ty go zerwałeś. - powiedziała patrząc jak malec przyciąga perlicę bliżej nich. Przysłuchiwała się uważnie słowom padającym z jego pyszczka, które już na samym początku wywołały u Jesieni lekki uśmiech. Co prawda trudno było jej w to wszystko uwierzyć, w końcu to co powiedział przed odejściem nie świadczyło raczej o chęci do zabawy, ale z drugiej strony był jeszcze młody i postrzegał wszystko trochę inaczej. - Trening wytrwałości mówisz? W sumie czemu nie, tylko nie strasz mnie tak więcej. - zaśmiała się, gdy skończył i przytuliła go mocno, przymykając lekko oczy z których po chwili także wypłynęło w kilka łez. Poczuła niesamowitą ulgę, gdy wszystkie jej wątpliwości zostały w końcu rozwiane.- Ja Ciebie też Ty mój mały niedobry uciekinierze. - powiedziała wesoło po czym polizała go po umorusanym łebku. - I dziękuję za prezent.
Zastanawiała ją jednak jeszcze jedna kwestia ... - Ta Twoja "ciocia" którą spotkałeś na pustyni... znasz ją, tak? - zapytała, przekrzywiając lekko głowę - w końcu w teorii, każdy mógł wmówić szczenięciu, że zna jego ojca, a nawet, że jest częścią rodziny - dlatego na tą chwilę była dość sceptycznie nastawiona do tej informacji.
Wtem odezwała się Khaleesi, wyjaśniając właściwości śmiesznych listków - Deszczowa była miło zaskoczona, że nie jest to tylko zwykły bezużyteczny chwast. - W porządku, rzeczywiście może się kiedyś przydać. A co do planów odnośnie podróży ... właściwie nie zastanawiałam się jeszcze nad tym... - w tym momencie wydawało jej się to mało istotną kwestią, ale rzeczywiście, trzeba będzie niedługo podjąć w tej sprawie jakąś decyzję.

“She looked like autumn, when leaves turned and fruit ripened.”
~ Sarah Addison Allen

Pole mchu

#25
Wtulił się jeszcze raz w ciocię, po czym sapnął i odsunął się delikatnie, wlepiając w nią wzrok. Cieszył się, że się znalazła. Dopiero teraz uświadomił sobie, jak bardzo za nią tęsknił. Naprawdę mu jej brakowało, jakby... Jakby była naprawdę kimś z jego rodziny. Pacnął na ziemię i ziewnął przeciągle, kiedy Jesień uznała za stosowne zadać mu pytanie.
- No... Nie... Nie znam jej osobiście... Ale kiedy jej powiedziałem imię taty była tym bardzo zaskoczona. Powiedziała coś w tym stylu: Uruz... Mój brat... Żyje? - oznajmił radośnie, przesadnie parodiując ton Fehu, po czym zamrugał parę razy oczami, próbując odpędzić od siebie senność.
Cała ta ucieczka, polowanie i poszukiwania strasznie go zmęczyły. Był tylko szczeniakiem, nie miał najlepszej kondycji, gwałtowne emocje dodatkowo go wykończyły. W sumie... Tutaj chyba nic mu nie groziło, racja? Wadery z pewnością go obronią. Chyba może sobie pozwolić na sen...
- Ciociu, oczka mi się kleją. Jak już znajdziecie ten cel podróży, to chyba będziecie musiały mnie tam zanieść. Ale nie martwcie się, oprócz bycia zmęczonym jestem też lekki! Dacie radę? Na pewno dacie! Dobranoc! - poinformował głośno i przeturlał się pod łapy Deszczowej, gdzie też po chwili spokojnie i głęboko zasnął.
// możecie mnie pomijać, fabularnie Nau śpi bardzo, bardzo głęboko i nic go nie może obudzić c:
Elden som tek - Liv
ogień odbierający
Elden som gjev - Liv
ogień dający
życie
Obrazek

theme

Pole mchu

#26
Nie mieli nic więcej do roboty na polu mchu i prędzej czy później musieli ruszyć dalej, w miejsce bardziej obfite w zwierzynę łowną, czy rośliny. I prawdopodobnie w inne wilki dodała w myślach. Khal musiała przyznać, że intrygowała ją świadomość obecności kogoś nowego w dalszych rejonach tej krainy. Spojrzała kątem oka na Naudira, który wygodnie ułożył się na ziemi pod nogami Deszczowej, po czym błyskawicznie zasnął. Byli tacy spokojni. Wadera nie mogła sobie wyobrazić Jesieni robiącej coś złego, czy szalonego. Stanowiła ostoją spokoju i stateczności, nawet kiedy tak bardzo dała się ponieść wirowi walki. Khaleesi widziała w niej jedynie swoją znajomą z dzieciństwa, może nawet przyjaciółkę po tym niespodziewanym odkryciu ich wzajemnej więzi. Z pewnością swoją osobą wnosiła spory wkład w annały szlachetnych wilków życia białofutrej.
Chociaż możliwe też iż większe znaczenie miało to jak dotychczas je wiodła, jaką miała rodzinę, jaka właściwie była historia. No właśnie, teraz była częścią czegoś nowego, co czuła że nie jest odkryte nawet w niewielkiej cząstce i to w pewien sposób ją przerażało, ale i zarazem cieszyło. Okazja do poznania nie zdarzała się zbyt często, a podróżowanie mogło Khal to wystawić jak na tacy. Z drugiej jednak strony, jaki mam wybór? Myślała o Vyracu, Danie, swoim ojcu, ale tak naprawdę to właśnie oni stanowili tę przeszłość do której nie powinna wracać, bo nie miała już po co. Zrodzonej z Burzy brakowało czegoś co mogłaby nazwać chociaż w części swoim własnym.
Patrzyła na dwójkę swoich towarzyszy i widziała w nich rodzinę. Dysfunkcyjną; z uciekającym szczeniakiem, ale rodzinę. Nie wiedziała, co prawda jak bardzo ta relacja miała poparcie w uczuciach, ale na pierwszy rzut oka wydawali się ze sobą szczęśliwi. Czy znajdę kiedyś wilki zadowolone z mojego widoku? Które przywitają mnie jak swoją i przyjmą do grona powierników wzajemnych sekretów? Fiołkowooka dobrze wiedziała, że to nie czas na górnolotne rozmyślania na temat wyimaginowanej watahy, ale przeżycia ostatnich kilku dni skłoniły ją do drastycznych przemyśleń. Musiała przyznać; nie do końca jej to odpowiadało.
Nigdy wcześniej nie czuła takiej wrażliwości na zło, czy szczęście innych. Jak tak dalej pójdzie będę miększa od tego mchu, po którym teraz chodzę stwierdziła w myślach skwaszona. Bo przecież zwykle tak się nie zachowywała? Dobrze zna uczucie gniewu, goryczy i chęci zemsty. Chyba odpowiednie pytanie jakie sobie powinna zadać to nie jak się zachowywała, ale jak chciała by inni ją widzieli. Khaleesi znowu skupiła się na Naudirze oraz Deszczowej. Dała im już wystarczająco dużo czasu, a teraz powinni ruszać. One też znajdzie coś swojego, nawet jeśli oznacza to szlajanie się po najgorszych ostępach. Znajdzie wilki, które będzie mogła nazwać rodziną.

Pole mchu

#27
Poduszki łap, zostawiając za sobą krwawą pieczęć, świadczyły o przebytych milach podróży. Wątłe łapy chwiały się przy każdym powiewie szkwału, a wychudłe ciało owiewał zimny front. Deszcz nie obmył z grzechów minionego dnia, nie zmazał szlaku krwi. Błoto nieprzyjemnie chlupotało pod łapami, a w powietrzu unosił się słodki zapach zgnilizny. Wiosna, niewątpliwie. Wszystko powoli wracało do życia. W zimie pięknie martwe gałęzie, teraz zaczęły przyozdabiać się pąkami kwiatów. I jakby więcej stworzeń dawało o sobie znać. Jakby przez resztę jego dni świat nie mógłby zostać skuty wieczną zmarzliną. Zamknięty pod lodowymi kratami, byłby cudownie nie żywy. Nie wiele mu zostało, a cały świat krzyczał żeby skrócił swe wędrówki po psim padole. Czas przemijał. Toczył się, wpadał w gęstniejącą substancję wszechświata. Coś ciągnęło zmurszałe kości na klify, i balansując na ich krawędzi łapało skurcze. Może by tak po prostu skoczyć, a nie łudzić się na przypadek że łapa omsknie się na śliskim kamieniu i śmierć można by zaliczyć bardziej do wypadków, niźli samobójstwa. Jednak za każdym razem, gdy chciał wybić się z zimnego, rudego kamienia, łańcuch sumienia przypominał o swoim ciężarze i przybijał do podłoża. Żadna droga nie dążyła do duchowego uwolnienia. Żadnym sposobem nie mógł odejść, zaznawszy spokoju. Może to klątwa. Rzucona w boskim gniewie na jego dusze. Każdy z jego bratanków odszedł, był zupełnie sam. Nawet bogowie nie odpowiadają na jego modlitwy, jakby płaszcz nieba nie pozwalał przedrzeć się jego słowom. Zatrzymał się nagle, przerwał ciągnący się kilometrami bieg. Coś nim wstrząsnęło, gardło przeszedł przenikliwy ból wydobywający się z wnętrza organizmu, a chwilę potem ziemie przyozdobiły kolorowe pióra wymiocin, pociągnięte wprawnym pędzlem żółci. Żałosny wrak wilka, dawna duma i majestat opuścił jego ciało i duszę. Drżał, jakby ignorując fakt, że słońce było już w połowie swej wędrówki po sklepieniu niebieskim. Uniósł łeb, wciągnął w nozdrza świeże, łaskoczące w płuca powietrze. Czuł ich. Zmieszanie krwi, żywicy, fiołków i ziemi, sosnowych igiełek, ziół i mchu, no tak, i wymiocin - wciąż jednak otaczała go woń wilków. Bał się - nie należał do odważnych wojów, wolał obserwować i nie ingerować w sprawy świata, a nie miał pojęcia jak wilki traktują strudzonych wędrowców. Dawno nie żył w społeczności, a część jego umysłu krzyczała i domagała się uwagi od innego osobnika. Obrał trop i ruszył za najbliższym zapachem na południowy zachód. Grunt stawał się podmokły, błoto uwalniało jego łapy z cichym mlaśnięciem, niczym głodne niemowlę ssące pierś matki. Ów dźwięk był nie do zniesienia i Aemon w jednym momencie zatrzymałby się i jął krzyczeć, gdyby nie zwietrzył nowego zapachu. Tymianek i żywica wyraźnie odznaczały się na tle swądu wilgoci. I wtem, zauważył ich - dwa wilki o jasnym futrze i trzeci w barwach ziemi. Omylnie sądził, że spotkał trio dorosłych przedstawicieli - po analizie infantylnego zachowania jednego z białych, nie miał wątpliwości że to przerośnięte szczenię. Mięśnie pod skórą rozluźnił się, nie musiał obawiać się agresji samca. Nigdy nie oceniał bez żadnej wiedzy na interesujący go temat, nie znał umiejętności dwóch samic. Postanowił pozostać w ukryciu i obserwować przebieg wydarzeń. Istniał tylko jeden, poważny problem - bynajmniej nie był ustawiony pod wiatr.

Pole mchu

#28
Może wadera, którą malec spotkał na wydmach rzeczywiście należała do jego rodziny... wszystko brzmiało dość wiarygodnie, lecz szarobrązowa nadal niestety nie miała co do tego stuprocentowej pewności. Ale w takim razie dlaczego nie przyszła razem z nim? Z opowieści Naudira wynikało, że nie rozmawiali zbyt długo, a skoro tamta zareagowała w taki a nie inny sposób ...Cóż, Jesień na jej miejscu z pewnością nie dałaby tak łatwo odejść malcowi który posiadał jakieś istotne informacje na temat jej zaginionego brata albo ... Wichra.
Gdy szczeniak oznajmił, że jest zmęczony pokiwała tylko głową i położyła się obok przytykając różowy nos do sierści malucha - miał czuć zmęczenie po tym co wydarzyło się w ostatnich dniach. Właściwie sama także chętnie oddałaby się w objęcia Morfeusza, lecz wystarczyło krótkie spojrzenie rzucone w stronę Khaleesi aby Deszczowa porzuciła ten zamiar.
- No dobrze, ruszajmy. - uśmiechnęła się lekko widząc, że biała zaczyna się już trochę niecierpliwić. Nadal nie miały żadnego konkretnego planu na podroż, ale właściwie można to ustalić już w drodze.
Dźwignęła się na łapy po czym chwyciła Naudira za skórę na karku. Co prawda był dość postawny jak na swój wiek, ale chyba powinna dać radę nieść go w ten właśnie sposób ... najwyżej będzie szorował ogonem po ziemi. Nie zdążyła jednak w pełni go podnieść bo właśnie w tym momencie podmuch wiatru skierował w ich stronę nie tylko woń wilgotnego mchu, ale także czegoś co zdecydowanie nie wpisywało się w tutejszą florę. Była niemal przekonana, że to ktoś z widzianej przez nie jakiś czas temu trójki podłapał trop i podążył za nimi. Chyba, że był jakimś szpiegiem? A może to wspomniana przez Naudira wadera? Wszystko było możliwe.
Deszczowa ułożyła szczenię z powrotem na mchu, po czym zrobiła kilka kroków w przód aby w razie czego być w stanie obronić je przed ewentualnym atakiem. Była pewna, że jej towarzyszka także zwróciła uwagę na obcy zapach, lecz mimo to podobnie jak wtedy na polanie, ruchem głowy wskazała jej miejsce w którym najprawdopodobniej czaił się nieznajomy wilk.

“She looked like autumn, when leaves turned and fruit ripened.”
~ Sarah Addison Allen

Pole mchu

#29
Tym razem Deszczowa nie musiała wskazywać jej kierunku. Khal wolałaby chyba powtórzyć cały sparing, niż pozwolić wgryźć się do nozdrzy temu okropnemu zapachowi. Okropny zapach, który już dobrze znała. Zapach śmierci. Zmarszczyła nos i wyszczerzyła kły, skupiona próbując wychwycić jakieś inne wskazówki co do zbliżającego się przeciwnika. Była pewna iż to nie jego widziały na polanie. Ten tutaj znacznie się od nich różnił, szczególnie stanem fizycznym. Skoro skrył się za ścianą zieleni - żył, ale gorzki odór prawdopodobnie oznaczał poważny uszczerbek na zdrowiu. Albo to, albo był na tyle głupi żeby tak poprostu, podchodzić do dwóch zdrowych, w pełni sprawnych osobników. Mógł szukać zaczepki, a o takim wilku Khaleesi już słyszała. Czy to mogła być wadera z wydm? Ta o której mówiła Jesień i która pragnęła pojmać Naudira? Chciała zadać swojej towarzyszce tak wiele pytań, a przecież odezwanie się mogło je całkowicie zdemaskować. Musiały działać szybko, obcy nie szukał ich śladów tylko był blisko, na wyciągnięcie ręki. Mógł zrobić co chciał, ale i odwrotnie. Fiołkowooka postanowiła szybko przekalkulować ich szanse. Obie zaleczyły rany i chociaż przez jakąś jej część przemawiało zmęczenie, szybko zniknęło w momencie gdy wyczuła obecność kogoś innego. Oczywiście pozostawał jeszcze głęboko śpiący na mchu Naudir. Musiały go chronić, ale raczej nie budzić. Z pewnością nie potrzebowały ataku paniki jako akompaniamentu dla łoskotu łamiących się kości. Powoli, bezgłośnie przesunęła się na przód by zagrodzić z drugiej strony dojście do szczenięcia. Szczerze powiedziawszy wolała uniknąć niepotrzebnej walki, miały przewagę liczebną, dodatkowo w miarę orientowały się w pobliskim terenie, a Khal wyczerpała limit podgryzania nóg lub chwytania kogoś za kark na ten tydzień. Zastanawiała się co w przypadku gdy oprawczyni, o której mówiła Deszczowa zażąda oddania małego. Wygląda na to iż w takim przypadku nie unikną konfrontacji. Zmrużyła oczy z zastanowieniem. Ciekawym aspektem tego wydawały się rany, które otrzymała ich prześladowczyni. Czyżby ktoś dopadł ją wcześniej? Może, oczywiście tylko pod warunkiem, że uda im się ujść z życiem odnajdą w końcu prawdziwą rodzinę Naudira. Zresztą wspominał coś o jakiejś waderze, którą spotkał, a która miała być jego... Ciotką? Próbowała połączyć wątki w jakąś spójną całość, ale nic nie wydawało się znajdować na swoim miejscu. Jeśli to rzeczywiście ona, z pewnością w pościg ruszyła krewna Naudira, ale po co poszkodowana uciekałaby w stronę, z której ewidentnie dało się wyczuć obecność kogoś innego. Może przez przypadek sama sobie zgotowała zasadzkę? Białofutra nie miała ochoty analizować tego wiecznie i dać się zwyczajnie zaskoczyć. Miała dość skradania się, oszukiwania i zostawiania kogoś na pastwę losu. Podniosła łeb wyżej, a kiwnięciem dała znak brązowej by zachowała czujność.
- Jeśli przybyłaś tu po Naudira to radzę ci się wycofać. Jeśli nie, wyjdź zza tych krzaków i powiedz kim jesteś bo starczy nam martwych zwierząt w tym miesiącu. – Co prawda, miała na myśli górę zabitych perlic, ale w takiej intonacji brzmiało to trochę jakby wraz z Deszczową były jakimiś seryjnymi zabójczyniami. I dobrze stwierdziła po chwili zastanowienia. Niech się boi, tak jak bała się Jesień o dobro swojego podopiecznego.

Pole mchu

#30
Zastanawiał się, kiedy wszystko poszło tak szybko w tą złą stronę. Widział jak zaczęli odchodzić, a jeden nieprzemyślany ruch, złe ustawienie i wraz z powiewem wiatru, jego plan rozproszył się jak nasiona dmuchawca. Analityczny umysł przejął górę nad sytuacją - był niewidoczny dla wader, samiec nie stwarzał zagrożenia. Problem w tym, że on w tej chwili również stracił je z oczu, więc atak skończyłby się najpewniej śmiercią i bynajmniej nie byłaby to śmierć spotkanych wader. Był więc na przegranej pozycji, zresztą od początku nie mógł mieć śmiałych wyobrażeń co do tego czy pokona ewentualnego przeciwnika. Przesunął się miękko pod listowiem, próbując namierzyć potencjalny cel. Przez gałęzie dostrzegł mignięcie białego futra. Zatrzymał się, zniżył ciało tak, że piersią muskał runo. Resztki mięśni zawzięcie pracowały, tworząc delikatnie zgrubienia na skórze, by Aemon przypadkiem nie runął na pysk. Dojrzał i studnię jej fiołkowych oczu. Patrzył prosto w ślipia, łudząc się na to że zdoła tak odgadnąć umiejętności białej. Kim na Odyna jest Naudir? chwilowo stracił orientację, po groźbie wilczycy, która zdawała sie być dla niego realnym zagrożeniem.
Wszystkie pokłady siły, które zostały w tym worku skóry i kości, przeniosły się na tylne łapy i wybiły Aemona w przód, zamiast w górę. Pysk przeorały mu ostre gałęzie, które na szczęście nie zostawiły śladu po swym torze. Wylądował, w ostatnim momencie łapiąc równowagę i rozstawił łapy w gotowości. Patrzył wprost na waderę, zupełnie ignorując fakt że jej towarzyszka w każdej chwili może rzucić mu się do gardzieli i wyrwać z niej ochłap skóry. Białofutra była drobna, gdyby potrafił znaleźć w sobie jeszcze odrobinę siły, zdołałby ją przeskoczyć, mógłby wyrwać się i uciec, lecz część jego podświadomości chciała zobaczyć ich stado. Zdołał tylko wyrwać z siebie warknięcie, a na karku sierść zwiększyła swoją objętość. To i tak nic nie znaczyło. Rozejrzał się nerwowo aż wzrok odnalazł wilczycę mieniącą się naturalną tęczą kolorów ziemi. Była od niego większa, nie dlatego że jej sylwetka przywodziła na myśl tura, a dlatego że sam Aemon był lekkiego, drobnego szkieletu. Bał się - strach paraliżował jego ruchy, ściskał gardło i nie pozwolił wydobyć żadnych słów. A to słowa były w tym momencie najważniejsze. Usiłował uciec, wykorzystać element zaskoczenia - zamiast tego pogrążył się w błocie jeszcze bardziej i nic nie zapowiadało sie na to, by szybko z niego się wydostał.
- Nie...Nie mam pojęcia kim jest Nadir - zdradzający strach skrzek, który wydobył się z jego gardła był tak żałosny, że nie zdziwiłby się, gdyby samice wybuchnęły niepowstrzymanym rechotem. Zwłaszcza, ze zapomniał o kim mowa i wymyślił naprędce podobnie brzmiące imie.

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron