Bagienny bór

#21
Zięba - rzut na unik: 3 --> niepowodzenie
Zięba otrzymuje 16 obrażeń
Zięba - rzut na atak : 4+1 = 5
dzik - rzut na unik: 9 --> powodzenie
dzik - zniwelowane obrażenia: 2 --> 20+8 = 28%
Dzik przyjmuje na siebie 3 obrażeń

Kos - rzut na atak: 8+1=9
dzik - rzut na unik: 1 --> niepowodzenie
Dzik przyjmuje na siebie 9 obrażeń

Revirell - rzut na atak: 8+1+5 = 14
dzik - rzut na unik: 7 --> powodzenie
dzik - zniwelowane obrażenia: 5--> 50+8=58%
Dzik przyjmuje na siebie 6 obrażeń

Dzik - atak na Revirell: 9+6=15
Dzik zadaje Revirell 15 obrażeń

Podsumowanie po 4 turze:
Zięba 84pż
Kos 77pż
Revirell 100pż 40e
dzik 4pż

Wysiłki Zięby nie zdały się na zbyt wiele. Rozpędzona locha bez większych trudności zdołała udaremnić waderze próbę odskoku, by zaraz potem z całą swą siłą cisnąć nią o pień drzewa. Ostra fala bólu wnet rozeszła się po całym ciele wilczycy, być może skutkując nawet jakimiś poważniejszymi obrażeniami. Buzująca jednak w żyłach samicy adrenalina zdołała jeszcze niejako zmusić ją do kolejnej próby ataku, która jednakowoż nie przysporzyła dzikowi większych problemów. Zwierz zarobił wówczas jedynie kilka drobnych otarć, i wypuściwszy tryumfalnie powietrze nosem, zapewne przymierzała się do ponownego przygwożdżenia przeciwniczki do drzewa, gdyby nie nagły atak na szyję, którego kompletnie się nie spodziewała.
Ostre, wilcze zębiska natychmiast zacisnęły się na gardle ofiary, rozdzierając niebezpiecznie wierzchnie połacie skóry. Locha miała szczęście, że gruba tkanka tłuszczowa zdołała niejako uchronić ją przed przebiciem tętnicy, jednakże w błyskawicznie krótkim czasie straciła nad wyraz dużo krwi. Jak długo jeszcze wytrzyma...?
Ostatkami sił odepchnęła jakoś drapieżnika, lecz nie jej swoboda nie trwała długo; nadeszło bowiem kolejne natarcie, choć tym razem dzik kątem oka zdołał odpowiednio szybko dostrzec szarżującą waderę, w związku z czym wykonał próbę nieudolnego uniku. Udało mu się w ten sposób zmniejszyć niejako impet uderzenia, lecz jego znaczna część wciąż dosięgła poharatanego ciała zwierzęcia. Zarywszy racicą o ziemię niczym byk na corridzie, locha podjęła się ostatniej próby desperackiej obrony; nie mając już nic do stracenia, ruszyła w kierunku Revirell, celując w nią swymi zabójczymi szablami.

Bagienny bór

#22
Och, ależ oczywiście, że spróbowała usunąć się sprzed szarżującego zwierza. Uskok w bok, z równoczesną manipulacją pobliskimi żyjątkami, mógł, acz nie musiał być skuteczny, wolała jednak spróbować swoich sił. Jeśli się jednak nie uda… Cóż, ona przypłaci to kilkoma siniakami, może nawet głębszą raną, locha jednak skona. Wyzionie ducha na oczach niewielkiej, czarnowłosej waderki i jej towarzyszek, stając się upragnionym pokarmem. Jakkolwiek by nie próbowała walczyć, los został już przypieczętowany.
Revirell bardziej skupiła się na formowaniu uroku, co nie oznaczało, że nie przyłożyła się do uniku. Ba, zareagowała szybko, lecz nie mogła wiedzieć, czy to wystarczy. W międzyczasie obserwowała gryzonie i ptaki kąsające ofiarę, wyszarpujące boleśnie kawałki futra wraz ze skórą, którą skrzętnie porastało. Nie chcąc pozostać bierną, dopadła dzika w celu odebrania ostatniego oddechu, zatrzaskując na szyi zabójcze szczęki. Obraz konającego w męczarniach przeciwnika może i był przyjemny, ale skurczony głodem żołądek domagał się strawy.

/użycie umiejętności -> zew natury

Bagienny bór

#23
Revirell - rzut na unik: 10 --> powodzenie
Revirell - zniwelowane obrażenia: 5 --> 50+4 = 54%
Revirell przyjmuje na siebie 6 obrażeń

Podsumowanie:
Revirell 94pż 25e

Kiedy mniejsze zwierzęta znów zaczęły go bezwzględnie kąsać, dzik zakwiczał z bólu, na oślep zataczając coraz mniejsze okręgi. Nic z tego nie rozumiał... Dlaczego? Dlaczego wszyscy tak pragnęli jego śmierci?
Nim jednak zdołał znaleźć odpowiedź na to pytanie, szczęki Revirell bezlitośnie zacisnęły się na krtani lochy. Charknąwszy gardłowo, jej wyłupiaste oczyska zawisły na błękitnym nieboskłonie, zaś dotychczas napięte mięśnie rozluźniły się. Wieprz upadł na ziemię, czując, jak opuszczają go resztki sił... To koniec. Przegrał. Życie wnet uleciało z jego ślepiów, natomiast z płuc wydobyło się długie, ostatnie tchnienie.

Bagienny bór

#24
No cóż, podstawowym błędem Zięby było przecenianie swoich możliwości.
Łupniecie. Trzask. I szelest.
Odgłosy, jakie wydaje upadające drzewo.
Albo wilk, który ma pecha i zostaje rzucony o to nieszczęsne drzewo.
- O khurrwghra - zdołała wydusić z siebie.
To nawet nie chodziło o ból, tylko o siłę uderzenia. Szok był zbyt wielki, by mogła po prostu wstać i zaatakować.
Dlatego więc leżała pod drzewem przez chwilę, próbując rozpaczliwie złapać oddech. Wreszcie udało jej się podnieść. Nogi miała jak z galarety, ale adrenalina była zbyt wielka, żeby miała nie zaatakować. Dlatego rzuciła się na dzika, próbując drapnąć go w podbrzusze.
No właśnie. Próbowała.
Po jej pseudo-ataku locha nawet się nie skrzywiła.
Co? Nie! Nie, nie, nie... Musiała szybko zwalić na coś winę. Nie mogła dopuścić do siebie myśli, że nawet nie zraniła ofiary. To... To wina szoku! To wina wszystkiego, tylko nie Zięby. Ta myśl nieco ją uspokoiła.
Zamiast zranić, Zięba spojrzała w małe, nabrzmiałe krwią oczka. Spojrzała w oczka pełne szaleństwa. Była celem. Znowu.
Już była przygotowana na kolejny cios, ale wtedy zaatakowała Revirell. Musiała przyznać, że wadera znała się na rzeczy.
Chwilę później dzik leżał martwy. Dały radę. Upolowały go. Uśmiechnęła się mimowolnie.
Jej żołądek też się uśmiechnął.

Bagienny bór

#25
Udało im się. Uśmiechnęła się niewidocznie, patrząc przy tym na martwe zwłoki dzika. Stanęła prosto na łapach, wyprostowana. Potem zerknęła na swoją córkę, nieco poobijaną, oszołomioną. I tak stała, przyglądała się. Nie wiedziała co myśleć. I choć starała się, naprawdę starała, nie była w stanie wykrzesać z siebie pozytywniejszych uczuć. Szok minął. Pozostała teraz sama Kos, która, mimo podobieństwa, nie uznawała jej w stu procentach za dziecko.
Nie. Ona nie miała dzieci.
Pokręciła łbem na własne myśli, potem zerknęła na Revirell. Uśmiechnęła się lekko. Cholera, polubiła tą samicę. Nawet po swojej porażce i stania się jej własnością na okres... Ilu? Dwóch tygodni? Coś w ten deseń. Ale... Nie teraz. Przygotuje się. Tak, właśnie tak. Wypełni swój "obowiązek". Miała w sobie jeszcze jakieś resztki honoru, czegokolwiek. Nie było opcji wywinąć się z czegoś takiego. Podeszła do Revirell, nachyliła się lekko w jej stronę.
- Będę czekać w grocie - wymamrotała prosto do jej ucha, po czym uśmiechnęła się krzywo, wiedząc, że samica doskonale zrozumie o którą grotę chodziło. Mrugnęła do niej, a potem wyprostowała się, odwróciła, by widzieć i swoją córkę. - Idę - oznajmiła krótko, zwięźle, nie rzucając żadnym wytłumaczeniem. - Do zobaczenia - dodała, po czym już jej nie było.
Musiała odpocząć.

/zt


Miałam znów sen, łamiesz mi kości
Wyrywasz włosy, uderzasz głową
a ja kocham być z Tobą
kocham być z Tobą
kocham być z Tobą

voice & theme

Bagienny bór

#26
Zaciskała szczęki dopóty, dopóki nie ustały szarpiące martwym dzikiem, agonalne dreszcze, ni to powarkując, mi pomrukując lubieżnie, gdy ciepły karmin wypełniał wnętrze paszczęki. Nadmiar posoki wyciekał między zatrzaśniętymi zębiskami, znacząc pysk i jego okolice miłym dla oka, żywym odcieniem czerwieni. Nie drgnęła, kiedy Kos zbliżyła się i, szepnąwszy kilka słów na ucho, oddaliła niemrawo. Kruczyca rozchyliwszy mordę, spode łba zerknęła na Dzierzbę, równocześnie przesuwając powoli jęzorem po szablach kłów. Zrobiła krok w tył, by odsunąć się od głowy martwej zwierzyny, przesuwając niżej, ku odsłoniętemu brzuchowi. Bez namysłu, jakby zupełnie ignorując pozostałą wilczycę, rozszarpała warstwy skóry ochraniające bebechy, żeby bezceremonialnie zanurzyć w nich nos, szukając co lepszych kawałków. Wątpiła, aby próbowała się jej postawić. Nie teraz, kiedy spożywała posiłek, nastroszona i leniwie kołysząca zadartym nad zadem sierpem ogona. Nie, gdy po owocnych łowach była w znacznie lepszej kondycji.
Nie była świadoma postawy, którą odruchowo przybrała, wiedziała jednak, że jest gotowa bronić wątroby, serca, a nawet nerek ofiary. Instynkt, podszyty głodem, natenczas odebrał Revirell zdolność jasnego myślenia. Nie, żeby zupełnie nie pozwoliła Ciemnowłosej się zbliżyć – mogła ucapić mięsisty udziec, lub obeżreć łopatkę do samej, gładkiej kości, lecz wnętrzności… Och, nie zamierzała ich odstąpić. Nie bez walki. Pożerała szybko, nawet nie przykładając się do przeżuwania łykanego pokarmu, nic dziwnego więc, iż niedługo później było po wszystkim. Odeszła na pewną odległość, by legnąć wśród kępki wysokich traw, gdzie zajęła się obmywaniem łap.
- Masz jakieś dalsze plany? – Zagaiła, między kolejnymi smagnięciami jęzora.

Bagienny bór

#27
Kiedy Kos zaczęła się w nią wpatrywać, odpowiedziała jej butnym spojrzeniem, wyzutym ze wszelkich emocji. Jednak we wnętrzu wadera szalała. Każdy, nawet jej najdrobniejszy mięsień krzyczał, żeby już dłużej nie czekała i zakończyła to marne istnienie. Ale nie zrobiła tego - ze względu na Revirell. Ona wręcz emanowała siłą i potęgą, Dzierzba czuła, że powinna jej się trzymać. Poza tym, gdyby zaatakowała teraz Kos, wadera mogłaby spróbować ją powstrzymać. Nie zamierzała walczyć przeciwko dwóm wilkom, nawet jeśli jeden z nich wyjątkowo nie umiał atakować. Z obojętną miną przyglądała się, jak matka odchodzi. Nie czuła żalu ani potrzeby zatrzymania jej, ba, nie chciała nawet mówić do niej "mamo". Ich więzy rodzinne był jej obojętne. Życzyła tej waderze śmierci i nie żywiła do niej żadnych pozytywnych uczuć. Kiedyś z nią skończy. Dzierzba była cierpliwa.
Mogła poczekać. Miała czas.
Już miała zatopić kły w sercu ofiary i wyszarpnąć z niego olbrzymi kawał, kiedy zorientowała się... Że w sumie serca nie ma. Że właśnie znajduje się w żołądku Revirell.
Ale jak to? Nie będzie jej dane zjeść tego, co zawsze przysługiwało jej jako przywódcy Splamionych? Po raz kolejny już chciała zaatakować. I po raz kolejny tego dnia z bólem musiała uznać wyższość Revirell. Pozwoliła więc wyjeść jej wnętrzności, choć było jej ciężko powstrzymać rozszalałe, rządne krwi zmysły. W końcu, gdy druga wadera już się najadła, Dzierzba zbliżyła się i zaczęła chłeptać ciepłą jeszcze krew. Dopiero gdy karminowa posoka wypełniła jej pysk i żołądek, zatopiła kły w soczystym udzie dzika. Jadła drapieżnie i agresywnie, jakby wciąż atakowała lochę. Przestała dopiero wtedy, gdy całkowicie zaspokoiła swój głód. Odsunęła się trochę od zwierzyny i usiadła, oblizując splamione karminem kły.
- Niezbyt sprecyzowane - odpowiedziała na pytanie Revirell. Co prawda, plany miała... Ale taka odpowiedź była właśnie ich częścią.

Bagienny bór

#28
Z pozoru zupełnie pochłonięta obmywaniem kruczego futra, ukradkiem spoglądała ku posilającej się Dzierzbie. Ciepły, miękki język z wolna sunął wzdłuż łap, zlizując resztki przysychającego karminu, pozostawiając za sobą jedynie wilgotne ścieżki, nieodcinające się na tle ciemnego włosia. Wyluzowana, beztroska postawa zdradzała, iż Revirell nie widzi w towarzyszce zagrożenia, lecz niełatwo było dociec, co było tego przyczyną. Najpewniej albo nie doceniała jej zdolności bojowych, albo… Uznawała za sojusznika, który nie zdecyduje się na atak. Jakby nie było, leniwie czyściła hebanowy aksamit futra, niby niezainteresowana otaczającym ją światem. Trwało to dobrych paręnaście minut. Z nieskrywanym zadowoleniem przyjrzała się własnym kończynom, nim… Przystąpiła do mycia facjaty, trochę bardziej po kociemu, niż po wilczemu. Czas mijał, córka Kos już dawno napełniła żołądek, a Herszt z upartością godną rasowego osła pozbywała się śladów zbrodni. Krew, co prawda, należała jedynie do dzika, lecz stare nawyki okazały się silniejsze. Rozmówczyni nie mogła być nawet pewna, czy jej odpowiedź dosięgła uszu Jasnookiej. Skończywszy, wstała. Bliźniacze księżyce szybko odnalazły sylwetkę wilczycy, ku której ruszyła, krokiem giętkim i płynnym, przywodzącym na myśl polującego drapieżcę. Klin łba zawisł na wysokości łopatek, sierp ogona zaś znów zakołysał się złowróżbnie nad zadem. Dystans zmniejszał się nieuniknienie, a Kruczyca ani myślała przystanąć. Zatrzymała się, oczywiście, acz zdecydowanie zbyt blisko. Pozwoliła, aby jej własne, czarne kosmyki zmieszały się z nieco jaśniejszą, wpadającą w brąz sierścią Zięby.
- Niezbyt sprecyzowane? - Z powodu niskiego wzrostu musiała zadrzeć głowę ku górze, aby zajrzeć w bursztynowe soczewki. W jej własnych znikome rozbawienie przeplatało się z satysfakcją oraz nutą zaciekawienia. Nie czekając na odpowiedź, smagnęła językiem pysk Ciemnowłosej, niby przypadkiem zahaczając o wargę, gdy zlizywała odrobinę szkarłatu, w geście równie opiekuńczym, co prowokacyjnym.

Bagienny bór

#29
Z niewzruszoną miną przyglądała się przybliżającej się waderze. Bacznie obserwowała każdy jej krok, i choć mogło wydawać się,że kompletnie lekceważy potencjalną przeciwniczkę, w rzeczywistości tak nie było. Każdy jej mięsień był gotowy do skoku, kły domagały się jeszcze więcej krwi. Była Splamioną i nie lękała się śmierci, gotowa drogo sprzedać swoją skórę. W końcu wadera przystanęła. Blisko. Zbyt blisko. Zięba nie lubiła, gdy ktoś nie zachowywał odpowiedniej odległości. Mimo to, powstrzymała grymas złości, który chciał pojawić się na jej pysku. Nie mogła pozwolić sobie na prowokowanie walk czy lekceważenie drobnej przeciwniczki. Ale potem, gdy Revirell musiała zadrzeć pysk do góry, by spojrzeć jej w oczy, mimowolnie uśmiechnęła się. Było to dziwne uczucie, tym razem nie czuła bowiem pogardy - a zazwyczaj wtedy się uśmiechała. Zanim jednak zdołała sprecyzować swoją odpowiedź, poczuła na sobie język Revirell. Tego już było dla niej za wiele. Uśmiech wyparował, ona sama spięła się jeszcze bardziej, a kły błysnęły na chwilę, gdy z jej gardła wydał się cichy, ostrzegawczy warkot. Na razie nie był on agresywny, chciała raczej ostrzec, żeby wadera nie posunęła się zbyt daleko. Po chwili jednak, gdy wadera nie naruszyła po raz kolejny jej prywatności, na jej oblicze powrócił chłodny spokój z nutką zaciekawienia.
- Mój jedyny plan to przetrwać - dopowiedziała, pochylając lekko głowę, by znaleźć się na poziomie oczu Revirell.

Bagienny bór

#30
W odpowiedzi na odgłos sprzeciwu, zastrzygła jedynie krótkimi uszkami, jednak nie wyglądała na speszoną. Rozbawienie zakradło się do bladych ocząt, czarne wargi zaś podjechały ku górze w szczerym, rozjaśniającym oblicze uśmiechu. Revirell nie powstrzymała cichego chichotu, przyjemnego i niepodszytego złośliwością, której można by się po niej spodziewać. Jakby usatysfakcjonowana reakcją Ciemnowłosej, cofnęła się o pół kroku, uparcie świdrując płomiennej barwy tęczówki. Oj, nie wstydź się, mówiły jej własne, lecz nie wypowiedziała tego na głos. Pociągnęła wcześniejszy wątek, uznając możliwość zwerbowania nowej persony za ważniejszą od zabaw.
- Przetrwać. – Powtórzyła na wzór echa, minimalnie potakując. – Samotnie? Do krainy wciąż napływają kolejne drapieżniki, pewnie nietrudno byłoby znaleźć kogoś, kto również poszukuje wsparcia. Jeśli jednak zdecydowałabyś się na dołączenie do już istniejącej watahy, to wiedz, że wśród Iskier byłabyś mile widziana. Miałam okazję widzieć cię podczas łowów i muszę przyznać, że twe zdolności są na imponującym poziomie. – Zrobiła pauzę, dając waderze chwilę na przeanalizowanie posłyszanych informacji, nim kontynuowała. – Iskier, fakt faktem, nie określiłabym mianem typowej watahy. Jesteśmy raczej luźną bandą, której teoretycznie przewodzę. W praktyce jednak niczego nikomu nie narzucam. Żadnej wiary, żadnych wyidealizowanych wartości. Każdy żyje, jak chce. Jedynym warunkiem jest nie rzucanie się zbytnio w oczy, nie robienie bajzlu, nie prowokowanie innych, nie robienie sobie, a zarazem nam wszystkim, wrogów. Ot, zapewnienie kruchej neutralności. Przynajmniej na chwilę obecną, kiedy wciąż nie jest nas wielu.

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron