Staw

#1
Źródło: Wikipedia


Pośród rozległych bagiennych obszarów powstałych u zbiegu dwóch rzek niewiele jest zbiorników wody zdatnej do picia. Największym z nich jest średnich rozmiarów staw położony w sąsiedztwie zagajnika wierzb. Towarzystwo licznych roślin pozwoliło na odseparowanie tego uroczego miejsca od szkodliwej, pełnej rozkładu aury reszty trzęsawiska. Grunt jest tu mniej zdradliwy niż w bardziej podmokłych okolicach, toteż odwiedzający to miejsce nie muszą się lękać o swe życie. Nie są to jednak tereny pozbawione wad, o czym przypomnieć mogą wszechobecne na bagnach komary.



Rośliny: mniszek lekarski, ostrokrzew kolczasty, pokrzywa, tatarak zwyczajny
Zwierzęta: ryby

Staw

#2
Lekki wiatr kołysał koronami drzew i otulał je swym zachodnim ciepłem kiedy Shaireen kroczyła powoli mogąc wsłuchiwać się w graną na liściach melodię. Wiele minęło czasu odkąd mogła spokojnie się przechadzać nie zważając na wrogość otoczenia. Po ośmiu miesiącach wędrówek pragnęła w końcu jakiejś odmiany, uznała, że w końcu nastał czas aby gdzieś osiąść i zregenerować siły. Jako że zawsze marzyła, żeby zatrzymać się w ciepłym, spokojnym miejscu kierunkiem jej wyprawy stał się południowy zachód i nieustannie właśnie tam podążała. Głównie przemieszczała się ostrożnie za dnia, w świetle słońca, kiedy nikt ani nic nie mogło umknąć jej uwadze. W nocy bardzo często właziła na drzewa, aby tam bezpiecznie móc spędzić noc nie obawiając się o niespodziewany atak. Wspomnienia wyrządziły wiele szkód na jej psychice, choć samej trudno jest jej się do tego przyznać, ale jak to mówią „ostrożności nigdy za wiele”.
Przybyła do miejsca gdzie, miała wrażenie, życie zwalnia rytm, a czas biegnie wolniej. Rozejrzała się dookoła. Delikatne popołudniowe promienie słońca przedzierały się subtelnie przez wierzby, których było tutaj bez liku i oświetlały jej ciemny pysk. Wędrówka do tego miejsca zajęła jej kilka godzin i nagle przypomniała sobie jak bardzo była spragniona. W oddali usłyszała szum rzeki…albo potoku…sama do końca nie była pewna. Ale co to oznaczało? Wodę! Już była gotowa zmienić kierunek marszu kiedy jej oczom ukazał się mały staw, ukryty wśród zarośli i drzew. Ziemia, bardzo podmokła i wszystko co na niej leżało przylepiało się do łap, w powietrzu czuć delikatny mało przyjemny zapach bagna, do jej uszu dobiegało upierdliwe bzyczenie komara, a mucha usiadła jej centralnie na nosie nic sobie z tego nie robiąc - to wszystko w tej jednej chwili nie miało dla niej żadnego znaczenia. Po prostu rzuciła się biegiem w stronę stawu. Był on zdecydowanie mniej mulisty niż się tego spodziewała. Woda, ku jej uciesze, okazała się czysta i wprost zachęcała aby się jej napić. I tak też zrobiła. Piła tak długo dopóki nie zaspokoiła swojego olbrzymiego pragnienia. Złapała oddech i z uczuciem pełnej błogości położyła się na trawie, tak że jej przednie łapy dalej lekko dotykały wody. Przymknęła na chwilę oczy i pozwoliła sobie na odrobinę relaksu przysłuchując się rechoczącym żabom, które skrywały się gdzieś w kępach trawy...
Obrazek


Over the edge, over again...

Staw

#3
Pragnienie. Pragnienie wody narastało z każdą sekundą bicia serca dorosłego basiora. Błoto kleiło się do jego idealnego, puszystego owłosienia o kolorze kremu, a sam smród potu i innych wydzielin obrzydzał, mimo bajecznego wyglądu futra. Kilka starych liści zaplątało się w jego sierść, co zupełnie nie przeszkadzało Galdarowi. Zgarbiony szedł prostym, może trochę chwiejnym ze zmęczenia krokiem ku większych krzaków. Jakoś przykuły jego uwagę, ładnie się bujały w szepty dzikiego wiatru. Ruszał głową na boki rozglądając się błyskawicznie po równinie. Poległ swe ciało na ziemię koło drzewa patrząc się na... samicę. Tak, nie sądził, że spotka tutaj kogoś o takiej urodzie, jaką została obdarowana wadera w jego oczach. Zawsze miał skłonność do wyolbrzymiania w jego myślach niektórych rzeczy. Jego oczy zaczęły się błyszczeć od promieni radosnego słońca, któreż miało zaszczyt tańczyć z wiatrem wokół liści potężnych drzewców. Słyszał mlaskanie, które znacznie uspokajało jego nadpobudliwą tożsamość. Oparł swój brudny łeb o łapy, chowając się w cieniach. Chciał do niej podejść i naskoczyć na nią... i... zaspokoić swoje najskrytsze potrzeby, lecz nie. Jakoś nie korciło go do tego, jak zawsze. Czuł przytłaczający go spokój, spokój który jednakowo zabijał Radgha'ara.
W głowie były warknięcia, krzyki, dźwięki rozrywającej się skóry, lecz... lecz na zewnątrz istny spokój. Jakby zahipnotyzowanie. Patrzył ciągle na to, co robił obcy wilk.
- Dawaj mnie ją, dawaj! - usłyszał rozszarpany, haczący o literę 'R' głos Galdar.
Nie reagował na nieustanne tupanie lewą, tylną łapą spowodowane przez drugą osobowość wilka. Przekręcił łbem patrząc w jej oczy. Wstał natychmiast powoli podchodząc do samicy. Widział to, czego chciał w gałkach ocznych istoty. Ogień, wojna, łupy, złoto... aż nareszcie spokój oraz harmonia. Wyszczerzył zęby oblizując się. Nagle wilczyca na chwilę zamknęła patrzały. Zatrzymawszy się z podniesioną prawą łapą znowu się zgarbił jakby przestraszony.
- To pułapka, Galdar, to pułapka! - dziki, szalony głos zaszeptał, przejmując chwilową kontrolę nad głosem basiora. - Pamiętasz, co się z Tobą stało poprzednim razem? Zabiliśmy ich. Razem. Wiesz, że możesz tylko na mnie polegać, a to... że ona ma swoją klasę, zaś ta klasa nie osiągalną dla Ciebie ma być! Jak zawsze, Galdar, jak cholernie zawsze!
Po chwili wilk spojrzał na niewiastę nad stawem ze strachem, że mogła coś usłyszeć, co było bardzo prawdopodobnie. Cofnął się o krok, lecz po chwili wyprostował się patrząc na nią. Ukłonił się, pokazując, że nie ma on złych zamiarów bezustannie patrząc w źrenice. On, i tylko on. Nadal widział bogactwo oraz chwałę, która tylko ciekawiła go bardziej i bardziej, bez końca. Głęboki oddech, bicie serca - to tworzyło podkład do może krwawego tańca kobiety z Radgha'arem. Nie chciał tego, więc nie podchodził. Wiedział, że jest bestią, która nie zna uczuć. Podszedł tylko do drugiej strony małego stawu i zaczął pić, powoli, patrząc się na nieznajomą jak na zwierzynę do zaatakowania. Nie umiał inaczej już patrzeć na innych, czuł jakby był jedynym lojalnym ogniwem na tych ziemiach. Jego oddech tylko przyśpieszał, czując wiatr na karku. Przypomniał sobie dawną drogę, którą obrał za czasów swojej watahy. Zaczął się trząść, ni z zimna, ni ze strachu. Po prostu. Oblizał się ponownie, po czym podrapał długi pysk. Czekał tylko na jej ruch. Mogłaby zawsze uciec, mogłaby zagadać, mogłaby przyjść i przytulić roztarganą duszę głupiego psa. To, co się zacznie - zależy tylko od niej.
The Devil and God,
They try to rip me apart,
Can someone come and help me,
'Cause I'm loosing my heart.



Staw

#4
Obdarzony brązową sierścią, żółtooki basior przemierzał błotniste tereny w poszukiwaniu jeziora lub jakiegokolwiek innego zbiornika wodnego w którym mógłby obmyć posklejaną w wielu miejscach niedźwiedzią krwią sierść. Właściwie po opuszczeniu przełęczy miał zamiar wrócić już w znajome sobie strony, kończąc tym samym wycieczkę po części pobliskich ziem i właśnie z tego powodu nie użył do wspomnianego wcześniej celu wody z rzeki, którą miał okazję przekraczać po drodze. Chciał bowiem skorzystać z dobrodziejstw wodospadu znajdującego się nie tak daleko znajomych jam, uważanych przez burego już niemal za coś na kształt domu.
Niestety w trakcie podróży do tego jakże malowniczego miejsca odrobinę go poniosło i ... wylądował tutaj. Wystarczyła tylko jedna nadzwyczaj interesująca rzecz - która niestety po dłuższych poszukiwaniach okazała się nie warta jego uwagi - aby całkowicie zniweczyć dotychczasowe plany basiora na dalsze spędzanie wolnego czasu.
Teraz przedzierał się przez wysokie chaszcze wabiony wilgotnym powietrzem oraz zapachem pewnej przydatnej rośliny, której jeszcze nie posiadał w swej pokaźnej kolekcji. Po kilku minutach torowania sobie drogi pośród zarośli jego jasnożółtym ślepiom w oddali ukazała się wreszcie przeźroczysta, życiodajna ciecz - a konkretniej staw, który przysłaniały mu pnie wysokich wierzb rosnących w pobliżu. Prawdopodobnie bez większego zastanowienia od razu wbiegłby do wody, lecz w oddali mignęła mu popielata sierść, a gdy przyjrzał się bliżej dostrzegł wilczycę kładącą się na trawie, zaraz przy niezmąconej niczym tafli wody.
Spojrzał na swoją sierść, którą teraz przyozdabiała nie tylko niedźwiedzia jucha, ale także nieliczne liście, gałązki, no i oczywiście pozostałość po przeprawie przez bagna, która oblepiała część jego łap oraz końcówkę ogona - błoto. Na szczęście jednak zdążyło już zaschnąć przez co pozbycie się go - przynajmniej częściowo - okazało się wyjątkowo proste. Pozostałe mankamenty zrzucił z siebie porządnie się otrzepując, co przy okazji odgoniło chmarę oblegających go komarów - tylko w sprawie krwi nie mógł na razie nic poradzić. Na razie. Bo w końcu w stawie czekała na niego woda.
Już miał ruszać do celu, gdy nagle dostrzegł, ze w cieniu jednego z pobliskich drzew leży inny wilk. Leży i obserwuje popielatą. Evrett przekrzywił lekko łeb, lecz już po chwili jego pysk rozjaśnił łobuzerski uśmiech. Podglądacz? - to było pierwsze co w tym momencie wpadło mu na myśl. W sumie tamten mógł być tu po prostu razem z nią, lecz ... ta pierwsza opcja wydała mu się bardziej zabawna. Szykował się właśnie aby podkraść się do nieznajomego basiora i rzucić tekst w stylu " - Ładne widoki, nieprawdaż?", lecz ku jego rozczarowaniu obcy postanowił podnieść swoje ciało z ziemi. Brązowy przyglądał się jeszcze przez chwilę działaniom kremowego, które na dłuższą metę wydały mu się nieco ... dziwne? Nietypowe? Tak, chyba tak można było to określić.
Postanowił jednak nie czekać aż tamtych dwoje załatwi swoje sprawy, jakiekolwiek by one nie były. Chciał w końcu dostać się do wody i zmyć wreszcie zaschniętą ciecz, która po tak długim czasie przybrała niemal bordowy kolor. Ruszył więc przed siebie niespiesznie pokonując pozostały dystans.
- Witajcie. Jak leci? - Rzucił na powitanie, za nic mając sobie ostrożność i przystanął zaraz przy brzegu. - Mam nadzieję, że nie przeszkadzam. Muszę to w końcu z siebie zmyć. - nosem wskazał czerwoną plamę na sierści. Jednak na wszelki wypadek nie wchodził jeszcze do wody, zamiast tego czekał na reakcje obecnych tu wilków.
“If you don’t know exactly where you’re going, how will you know when you get there?”
~Steve Maraboli

Staw

#5
Leżała na trawie otulona źdźbłami, które zabawnie muskały jej skórę. Dało jej to pewnego rodzaju poczucie…bliskości? Zupełnie jakby znowu poczuła, że ma przy sobie rodzinę, choć nie było to w żaden sposób wytłumaczalne. Ciężar powiek przysłonił jej widok na urokliwy staw, a słońce pieściło jej ciało niczym puchowa kołdra. Taka chwila błogości była zdecydowanie czymś co w tym momencie było jej potrzebne. Czuła zmęczenie, wyczerpanie wręcz i nie marzyła o niczym innym jak o tym, żeby oddać się objęcia Morfeusza.
„Co ja teraz zrobię z tak dużą ilością spokoju i wolnego czasu?” pomyślała, lekko wykrzywiając zęby w uśmiechu. Lecz odpowiedź na to pytanie szybko zahuczała jej w prawym uchu, kiedy to usłyszała czyjeś kroki kilkadziesiąt metrów od niej z dopiskiem w jej głowie „Pojebało cię Shai? Jaki spokój?”. Szczerze mówiąc to nie spodziewała się tutaj specjalnego towarzystwa, miejsce wydawało jej się dosyć odosobnione i opustoszałe. Oaza dla tutejszej zwierzyny, Nie chcąc specjalnie zwrócić na siebie uwagi, najpierw wolała rozsądnie ocenić sytuację - lepiej się podnieść i spieprzać gdzie pieprz rośnie czy też leżeć i udawać martwą? Obie opcje wydawały się tak samo kuszące, więc w związku z tym nie zrobiła…nic…typowa Shai. W końcu przecież lepiej leżeć plackiem i nic nie robić, prawda? Ale ryzyko napadu nadal przechodziło jej z tyłu głowy, więc delikatnie uchyliła powieki, aby przynajmniej wiedzieć z czym ma do czynienia. Raz przestraszyła się dzikiej wiewiórki, która latała z pianą w pysku po drzewach. Zamiast ogarnąć sytuację i pozwolić jej latać po tych drzewach, Shai uciekała jak pomylona myśląc, że to jakiś drapieżnik czyhający na jej życie. Całe szczęście, że nikt tego nie widział, bo w tym momencie zapaść się pod ziemię to mało. Kiedy otworzyła oczy, ujrzała basiora o pięknym kremowym futrze, a jego czekoladowe ślepia były skierowane wprost na nią. Coś w jego spojrzeniu ją przerażało. Jej futro od razu zjeżyło się na karku od mocy tego spojrzenia. Było w nim coś niesamowitego, coś czego dawno nie widziała u nikogo innego.
”Wygląda zupełnie tak jakby zaraz miał się na mnie rzucić. Może jednak powinnam ruszyć dupę w troki i uciekać?” pomyślała od razu. Naprężyła łapy, aby w razie potrzeby móc szybko się z nich wybić i ruszyć biegiem w przeciwną stronę. Wiedziała, że dzięki swojej zręczności i szybkości byłaby w stanie mu uciec gdyby tylko chciała. Basior jednak stał koło wody, nie spuszczał z niej wzroku i wyglądał jakby sam się wahał co ma zrobić w tej sytuacji. Chwilę późnej wilk ukłonił się.
„Uff”.
Nie to żeby jej ulżyło, ale tak - ulżyło jej. To był dobry znak. Rozluźniła mięśnie w swoich łapach i ponownie zaczęła oddychać. Nawet sobie nie zdawała sprawy, że przez cały czas się od tego wstrzymywała. Pierwszy ruch był jego. Teraz kolej na nią. ”Ale co ja mam zrobić? Nadal patrzy na mnie jak na zwierzynę do upolowania! Dobra, będzie tego Shai, weź się ogarnij.”. To myśląc, podniosła się i odkłoniła nieznajomemu na znak, że również nie ma złych zamiarów.
”Zagadać…? Czy nie zagadać…?”. Nie lubiła przeciągać tego co nieuniknione, któreś z nich musiało zacząć.
- Witaj nieznajomy.
Powiedziała swym aksamitnym głosem spoglądając na niego zawadiacko, może nawet trochę zaczepnie, ale w końcu taka już była jej natura. Mimo tego z trudem trzymała nerwy na wodzy. Dalej była nieufna w stosunku do basiora. Po głosie można wiele się dowiedzieć o swoim rozmówcy - o jego nastroju, podejściu do innych czy też o pewnych cechach charakteru, dlatego też wystarczyło poczekać.
”Pion na H3, basiorze…"

Chwilę później zza wysokiej trawy wyskoczył, niczym królik z kapelusza, brązowy basior o żółtych oczach, które Shai zauważyła już z daleka. Naprawdę przyciągały uwagę. Jego sierść była umazana krwią, jednak nie ujmowało to niczego jego wyglądowi. Jak gdyby nigdy nic podszedł do wody i po prostu…zaczął gadać. ”To ja się tak długo zbierałam w sobie, żeby pysk otworzyć, a ten już? Tak po prostu?”. Było to co najmniej imponujące, zważywszy na to, że nawet Shai nie udało się jeszcze ustalić zamiarów kremowego basiora. ”Jeszcze przypadkiem wyjdzie z tego niezła jatka…może jednak się zawijać stąd?”. Chętnie by mu odpowiedziała z grzeczności, wydawał się kimś z kim można spokojnie porozmawiać, jednak z obawy o własne bezpieczeństwo, wolała poczekać na reakcję kremowego…nie zamierzała pakować się w bezsensowne walki.
Obrazek


Over the edge, over again...

Staw

#6
Uśmiechnął się, kiedy ów wadera wstała i ukłoniła się ku Galdarowi. Usłyszał jej głos. Piękny, jedwabisty oraz przenikliwy jak łza na deszczu. Oblizał mokry pysk od krystalicznej wody po czym wyprostował się.
- Witaj, nieznajomy. Nawet nie wiem jak na imię masz. Patrzę na Ciebie i myślę... - westchnął cicho, nadając powietrzu wokół niego inny bieg. - ...czy to ja za kilka lat?
Uśmiech powoli zamieniał się w zwykły, nie poruszony emocją, ani zarysem chociaż jednej. Oczyska powoli mrugały, aż z nie chęcią do zguby tego wspaniałego widoku nawet na setną sekundy. Oczarowany został wyglądem wilczycy, bez opamiętania widział w niej potęgę jak i zrozumienie. Nie mądrość, aż zrozumienie. Pomiędzy dwoma tymi słowami jest wielka przepaść, która jest tak chaniebnie zapominana przez nowe pokolenia.
Poczuł zapach krwi. Zastygniętej, ale krwi. Instynkt zaczął szaleć, co było zauważalne przez częste ruchy uszami, którymi chciał wysłuchać ostatnie wydechy dwutlenku węgla.
- Tak, tak, tak! To jest to, to czego potrzeba naszym duszom! Chcemy tego, przecież dobrze o tym wiemy obaj, Galdarze. - słowa ledwo co przedzierały się zza kurtyny dźwięków i krzyków zamieszkanych w mózgu basiora.
Zgrzyt kłów zaczął drażnić uszy, jeżeli można tak to nazwać, ptaków na najbliższym z spokojnych drzew, przez co niektóre sztuki odleciały z dala. Adrenalina, ah... Nagle naprężył mięśnie, gotowość do sprintu.
Trzy... Dwa... Jeden...
Popędził jak piorun, roztrzaskujący niebiosa. Krzaki oraz pobliskie wysokie trawy uginały się, próbując uciec od pędzącego wilka. Zauważył brązowego samca, wyczuł go na odległość. Sus, już znajdował się przy popielatej istocie, przed nią. Pochylił swe ciało, rozszerzone łapska i najeżona sierść na karku oraz oczywiście wyprostowany ogon. Stał przed waderą, trząsł się jak najęty patrząc w czyste, żółte gałki zranionego przybysza. Swoją postawą mówił, że będzie chronił tego, co zastał. Nie rzucał się na brązowego, obserwował go bacznie.
- Kim Ty raczyć być? Czego chcieć to zagubione ogniwo?! Jakiś cel obrał? - rzucił swym dzikim tonem Radgha'ar szczerząc kły - Ona jest moja, nie będziesz prawa miał do tknięcia jej, nigdy, nigdy, aż do końca Twego marnego żywota! Eheheheh! - przekręcił łbem.
Ów kobieta, którą miał zamiar chronić mogła się domysleć, że to nie było to samo wcielenie, które miało radość z przywitania się. Po chwili raczył dostać przyjazne słowa od obcego, co... sprawiło, iż Galdar wrócił w swe dostojne, dojrzałe cielsko. Sierść opadła, ogon też. Oczy nie były pełne szaleństwa, lecz spokoju - jak kilka powiewów temu. Spojrzawszy spod byka na zranionego, podszedł do niego bardzo powolnym krokiem, jakby nagle łapy zostały przylepione miodem do podmokłego gruntu. Podszedł jeszcze bliżej, dając mężczyźnie dosyć poważny wzrok, lecz nadal objęty pustą melanholią. Obwąchał ranę nowego, ocierając swoim tułowiem o jego ciało, jakby chciał oprzeć głowę na jego ramieniu.
- ...niedźwiedź. - rzucił słowem natychmiastowo - Czego Ci trza do regeneracji? - polizał namolnie jego ranę, wsuwając lepki język wgłąb jego mięsiwa chwilowo zatrzymując tam jęzor, po czym wreszcie zabrał to, co wsunął w krwawiące mięcho i odsunął się na trzy kroki patrząc w dalekie zielsko zastanawiając się nad ziołami leczniczymi. Nigdy się na nich nie znał. Nie czuł zakłopotania daną sytuacją, przyzwyczaił się do wspólnych występków z Radgha'arem. Oblizawszy pysk spojrzał jeszcze raz głęboko w oczy samicy, uśmiechając się lekko, zaś kiedy chwila zaszczyt miała się zakończyć znów uraczył wzrokiem nicość rozmyślając jakby nigdy nic. Jakby w ogóle nie stał pomiędzy dwoma obcymi duszami.
The Devil and God,
They try to rip me apart,
Can someone come and help me,
'Cause I'm loosing my heart.



Staw

#7
Bacznie przyglądał się nieznajomemu osobnikowi, zastanawiając się czy aby na pewno wszystko jest z nim całkowicie w porządku - wzbudzał on w brązowym pewnego rodzaju trudny do opisania niepokój. Popielata wadera jednak wydawała się tym wszystkim niewzruszona, na jej obliczu nie ujrzał ni krzty strachu czy też chociażby zaniepokojenia - nie potrafił tego pojąć. Zaczął żałować, że nie zdecydował się jednak na powrót do puszczy, gdzie czekał na niego wodospad - najpewniej nie było teraz przy nim żywej duszy. Cóż, wypadało jednak dokończyć to co się zaczęło.
Nagły spokój wymalowany na licu kremowego wyjątkowo go zadziwił, bo czy zaledwie chwilę wcześniej nie odnosił wrażenia, że tamten chce mu się rzucić do gardła? Wyglądał wtedy jakby miał zamiar coś chronić... czyżby chodziło o stojącą za nim wilczycę? Chociaż, z tego co udało mu się dosłyszeć wynikało, że tamci dopiero co się poznali, czyż nie?
Nie miał bladego pojęcia o co w tym wszystkim tak naprawdę chodziło i chyba nawet pomimo wrodzonej ciekawości, która nie raz przysporzyła mu wiele kłopotów, tym razem nie chciał się niczego dowiedzieć.
Poczuł nieprzyjemne pieczenie, gdy język kremowego samca wsunął się w ranę przyozdabiającą grzbiet burego. Odruchowo zrobił krok do przodu, chcąc skrócić kontakt z Galdarem, przez co jego łapy, noszące na sobie jeszcze delikatne ślady po przebrnięciu przez bagniste tereny trzęsawiska, zanurzyły się w wodzie.
- Po niedźwiedziu jest tylko krew. - Odezwał się, wchodząc głębiej w odmęty stawu. Ta - na jego szczęście - niezbyt głęboka rana powstała podczas przeprawy przez zachodnie pasmo górskie w miejscu w którym spadające kawałki skał nie są niestety rzadkością. Wystarczył do tego zaledwie krótki moment nieuwagi poświęcony zapierającym dech w piersiach widokom, tak bliskim jego sercu. - Wszystko, czego potrzebuję do regeneracji mam tutaj. - Dotknął nosem pokaźnej kolekcji różnego rodzaju ziół wplątanej w futro na karku. - Ale dziękuję za dobre chęci.
Ustawiwszy się w sposób, dzięki któremu nie moczył za bardzo zgromadzonych roślin, dał namięknąć zaschniętej krwi. Stał tak przez chwilę obserwując to pływające pod powierzchnią wody ryby, to zebranych na brzegu i gdy uznał już, że poświęcił temu zadaniu wystarczającą ilość czasu wyszedł z wody aby po raz kolejny w przeciągu kilku minut, otrzepać sierść.
Dojrzawszy niedaleko charakterystyczne żółte kwiaty mniszka lekarskiego nie omieszkał do nich podejść uprzednio zerkając dyskretnie w stronę obecnej tu dwójki. Zastanawiał się czy nie odejść od razu, lecz potrzeba zebrania tej konkretnej roślinki zdecydowanie przeważyła.
- Bywajcie, na mnie już czas. - W sumie to było wszystko co tak naprawdę miał tutaj do załatwienia, a oba wilki najwyraźniej dość dobrze czuły się w swoim towarzystwie - przynajmniej takie odnosił wrażenie. Więc mimo specyficznego zachowania obcego basiora nie miał oporów przed zostawieniem ich tutaj samych. Skinął łbem na pożegnanie, po czym ruszył w drogę powrotną. Odchodząc zerwał jeszcze kilka pokrzyw - nigdy nie wiadomo w końcu czy nie przydadzą się w przyszłości.
/zt
“If you don’t know exactly where you’re going, how will you know when you get there?”
~Steve Maraboli

Staw

#8
Shai stała jak osłupiała kiedy basiory prowadziły rozmowę. Uznała, że zdecydowanie nie powinna się wtrącać w „męskie” sprawy. Cała sytuacja wyglądała zresztą dość komicznie i pod maską opanowania i niewzruszenia, Shai z trudem hamowała łzy śmiechu. Czy kremowemu faktycznie zależało na pomocy brązowemu? Na pierwszy rzut oka widać było, iż rana na grzbiecie nie jest zbyt poważna. Więc w jakim celu to zrobił? Ten świat chyba nigdy nie przestanie jej zaskakiwać. Przez ogólne wybicie z rytmu, wadera nawet nie wsłuchiwała się szczegółowo w ich dialog i nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, brązowego basiora już nie było.
”Nie no, jasne, przecież dam sobie radę sama, nie? dzięki brunatny! A idź…jak mnie ten kremowy zabije to wiedz, że będę do ciebie przychodzić każdej nocy i cię straszyć!” pomyślała przeklinając się w duchu, że sama nie zmyła się wcześniej. Ten basior wydawał jej się jakiś dziwny, i to na tyle dziwny, że przebywanie w jego towarzystwie wprawiało ją co najmniej w zakłopotanie i niekontrolowane drgania prawego oka. ”Wspaniale. Jeszcze to ja wyjdę na jakąś niezrównoważoną psychicznie, emocjonalnie czy bóg wie jaką jeszcze”. Pomimo mętliku w jej głowie była w stanie z siebie wydobyć krótkie:
- Jestem Shaireen - „zaraz, chwila moment…że jak?!”. - Ale wiesz, raczej mów do mnie Shai… - szybko się poprawiła.
Sytuacja trochę za bardzo wymykała jej się spod kontroli. Nie pamięta kiedy ostatni raz użyła swojego pełnego imienia w towarzystwie kogoś innego niż członka rodziny. Ha! No przecież, jakby w ogóle o czymś pamiętała to byłoby fajnie. ”Shaaaai, nie czas teraz na twoje rozkminy, gość cię zaraz zje!”. Właśnie! Co działa najlepiej na płeć przeciwną? Urok osobisty! W przypadku Shai może to być drobny problem, ale jak się nie ma co się lubi…to się lubi co się nie lubi. Trzeba skorzystać z arsenału tekstów, które pozwolą jej na rozpatrzenie sytuacji.
- Mogę poznać Twoje imię? - powiedziała tonem a’la zobacz-jaka-ze-mnie-femme-fatale i dodała:
- I co Cię w ogóle sprowadza w te strony? - akurat tego to w sumie była ciekawa, bo miejsce nie wydaje się zapraszające na pierwszy rzut oka. "Mokro, śmierdzi i komary. Czegóż chcieć więcej, prawda?”.
- Ja przybywam z północy i szczerze powiedziawszy nawet nie wiem gdzie się obecnie znajduję. Nie mam pojęcia co to za miejsce, ale mam nadzieję, że jak się pójdzie dalej na południe to będzie cieplej...I odrobinę mniej wilgotno - dodała, kiedy spostrzegła, że jej przednie łapy właśnie prawie całe zanurzyły się w stawie pod naporem jej ciała. Wyszła na stabilny grunt, jednak i tu ziemia była dość grząska i kiedy przystawała z łapy na łapę można było usłyszeć ciche chlupotanie wody. Spojrzała na nieboskłon. Słońce zaczynało się chylić ku zachodowi, a jego barwa przypomina dojrzałą pomarańczę emanującą swym blaskiem ponad wszelkie przeszkody jakie napotyka na swojej drodze. Delikatny wiatr smagał jej futro i dawał przyjemną ulgę dla jej nagrzanego ciała.
Obrazek


Over the edge, over again...

Staw

#9
Pierwsza myśl to czy Galdar wystraszył brązowego gościa, czy ten miał już go dość? Patrzył ciągle w nicość nasłuchując dźwięki ptaków. Znowu ktoś się do niego odezwał. Szybko skierował wzrok na waderę cały uśmiechnięty. Słysząc jej imię tylko raczył przytaknąć głową, zatapiając się w swoich ideałach. Zauważył, że ów Shai może nie przepadać jak ktoś nazywa ją pełnym imieniem. Padło pytanie do samca. Zapadła chwila ciszy, powtarzał w głowie te pytanie, które zadała w stronę Galdara.
- Możesz wiedzieć, lecz nie musisz. - skierował łeb ku ziemi patrząc prosto w jej oczęta, jakby chciał je za chwilę wyrwać i zachować dla siebie. Podchodził do niej powoli, podążając za jej zgrabnymi ruchami, a swą posturą sprawiał wrażenie groźnego gostka (z Ulic Nowego Sącza).
- Co mnie tu sprowadza? - zaśmiał się powolnie, oblizując wargi oraz zgrzytając swą szczęką - Marzenie. Na lepsze jutro. Wiesz, watahy są bardziej groźne od takiego mnie, Samotnika. I co taki samotnik może począć? Wyrywać innym uszy, aby wreszcie go słuchano? Oh, nie, nie, OCZYWIŚCIE, ŻE NIE. Szukam sprzymierzeńców, którzy chcieli by głosić prawdę, nawet jeżeli musieliby użyć aktów przemocy. Ktoś musi być ponownie sprawiedliwy na tych ziemiach. - rzekł powolnie o swoich zamiarach na przyszłość, był pewien, że samica nie stanowiłaby większego problemu w przyszłości.
Po chwili przerwy w mowie, słuchał uważnie słów popielatej, jakby się znali z... Dwie wiosny, co naprawdę jest sporym wynikiem.
- Jak chcesz możesz pójść kiedyś ze mną. Będzie Ci ciepło, jak i... - zachichotał pod nosem nadal poruszając się w przód, przybliżając do Shaireen. - ...wilgotno, lecz może bardziej.
Zaczął się chichrać jak szalony. Oh, przepraszam, on jest szalony. Kto od razu waliłby sprośnymi żartami? Oczywiście, że Galdar!
Jak szarawa dziewucha zatrzymała się na bardziej stabilnej ziemi, basior usiadł przed nią na tyle blisko, że można było poczuć wszystko. Pot, krew, łzy, padlinę, nieświeży oddech jak i niespokojny oddech. Podążył za jej wzrokiem patrząc ku zachodzącemu słońcu, lecz nagle... Nagle coś przykuło jego uwagę. Drgawki w oku. Jak to się nie zaczął śmiać, jak to się nie zadławił śliną! To było dla Radgha'ara najzabawniejsza rzecz jaką mógł sobie wyobrazić.
- Mówił ktoś Ci, że Twoje ciało jest... Niesamowite?! - powiedziała druga osobowość wilka - Najchętniej wyrwałbym Twoje kochane wnętrzności... - przybliżył swe cielsko jeszcze bardziej, aż zaczął szeptać ku prawemu uchu samicy - ...a niesamowicie delikatne futro zostawiłbym dla siebie i nikomu bym nie oddał. Nosiłbym je. Całymi dniami. Jest moje... Tylko. - podgryzł lekko jej ucho śmiejąc się pod nosem, lecz nagle się odsunął mówiąc coś do siebie.
Spojrzał na nią niezręcznie, odsuwając się o dwa kroki. Już słowa nie mógł z siebie wydusić, nawet małego przepraszam. Był przytłoczony dźwiękami rozlegającymi się po jego chorym, można powiedzieć zdechłym umyśle. Krzyki, wrzaski, płacze, rozrywanie skóry, by się pożywić... To było za dużo jak na jednego, ogółem spokojnego wilka. Słońce powoli zachodziło, a gdzie światło tam i bezpieczeństwo.
The Devil and God,
They try to rip me apart,
Can someone come and help me,
'Cause I'm loosing my heart.



Staw

#10
Basior nie chciał zdradzić Shai swego imienia. ”Tak ze mną pogrywasz? O nie nie kolego!”. W dodatku patrzył na nią tak władczo i pożądliwie, że uciekała wzrokiem po niebie, żeby nie musieć znosić jego wzroku. Nie zamierzała pytać ponownie o jego imię, była na to zbyt dumna. „Nie, to nie. Łaski bez”. Nie podobało jej się też to w jaki sposób się do niej zbliżał. Nadal nie czuła się bezpiecznie i komfortowo w jego towarzystwie i wolała go trzymać na dystans, dlatego z każdym jego krokiem w jej stronę, Shai powoli, niezauważalnie zaczęła się wycofywać.
Jego teoria o idealnym porządku świata (według niego), samotnikach, watahach, sprawiedliwości…bla bla bla. Wszystko fajnie ale…:
- Nie no, ogólnie to ciekawe plany na przyszłość, lecz ja brzydzę się przemocą. Siły i ataku używam tylko i wyłącznie wtedy kiedy jest to konieczne. - odpowiedziała mu stanowczo, patrząc na niego wręcz wychowawczo. Szukała spokojnego miejsca, w którym w końcu będzie szczęśliwa i nie będzie musiała się martwić o swoją przyszłość. Bratanie się z wilkiem, który potencjalnie marzy o stworzeniu własnej watahy, którym głównym mottem będzie „jesteś z nami, a jak nie to już po tobie, bo moja prawda jest lepsza niż twoja” nie za bardzo wpisywała się w kanony jej ideałów i potrzeb. Nie chciała, aby kremowy poczuł, że ma nad nią jakąkolwiek władzę (bo przecież tak nie jest…i nie będzie na pewno!”. Wie, że w najbliższej przyszłości będzie musiała komuś zaufać, bo życie w pojedynkę jest naprawdę trudne i męczące, jednak On…sama nie wiedziała co o Nim myśleć. W jej głowie wciąż gnieździły się brutalne wspomnienia sprzed kilku miesięcy oraz jej ukochany, którego utraciła. Tęskniła za nim. Tęskniła tak bardzo. Gdyby nie doszło do tamtego wypadku dalej byłby przy niej i ją chronił, a zalotników przeganiałby w mgnieniu oka. Nie był zazdrosny, ale nie pozwoliłby nikomu jej skrzywdzić. Kiedy tak zaczęła go wspominać mała łza zakręciła się jej w oku, ale nie chciała po sobie pokazać, że się zamyśliła, więc szybko podniosła prawą łapę i przetarła oko, jakby mucha jej wpadła. Szybko musiała wpaść w ponowny rytm rozmowy, żeby otrząsnąć się z własnych myśli.
- Więc nie sądzę, żebym była kimś kogo szukasz. Wydaje mi się, że na razie muszę sobie jeszcze radzić sama. Może osiądę gdzieś w pobliżu, zadomowię się tutaj…chciałabym poznać to miejsce. Lubię znać wszystkie zakamarki i czuję, że już niedługo będę się tu poruszać jak u siebie. - wypaliła z taką szybkością i pewnością siebie, że sama była zaskoczona.
Wpatrywała się dalej w słońce, które teraz przybrało barwę jej oczu, a zachodni wiatr ustał zupełnie. Lubiła wiatr, był nieodłącznym elementem jej życia. Kiedy nagle odczuła jego brak, zrobiło jej się za gorąco. Podniosła zgrabne ciało na swych silnych łapach i poczłapała po wilgotnym podłożu w stronę rozłożystej wierzby wznoszącej się wysoko ponad ziemię kilka metrów za nią. Przeszła ostrożnie przez firanę z liści wierzby i usiadła na kępie zielonej trawy (dookoła trawa była już dość pożółkła od słońca). Usłyszała za sobą sprośny żart basiora, jednak ten nie mógł widzieć wyrazu jej pyska. Uśmiechnęła się delikatnie, była przyzwyczajona do tego typu zachowania basiorów w jej otoczeniu. Jednak mimo to, taktownie nic mu na to nie odpowiedziała. ”Myśli sobie, że jest jakimś bogiem czy co?”. Wiedziała, że jeżeli basior będzie uparty to pójdzie za jej śladem, jeżeli natomiast weźmie sobie jej wcześniejsze słowa do serca, to odejdzie i zwyczajnie ją oleje. Nie miała zamiaru zabiegać o jego towarzystwo, bo niby…dlaczego by miała?
Obrazek


Over the edge, over again...

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron