Staw

#11
Słuchał jej uważnie przekręcając pyskiem a to w prawo, to w lewo. Zastanawiał się głęboko nad tym, co słowa tłumaczyły mu w jego zgniłym umyśle. Po chwili zaśmiał się tak głośno, że wszystkie ptaszyska odleciały błyskawicznie z gałęzi w postrachu. Uśmiechnąwszy się dziwnie do Shai, przekręcił łbem patrząc na jej poczynania, powoli zabierając głos w rozmowie.
- Któż powiedział, że to JA nie brzydzę się brutalną, czystą przemocą? - powiedział, tak szybko, że ledwo można było go zrozumieć ze względu na swój głęboki ton głosu - Oczywiście, że będę musiał zabijać, by nie zostać zabitym, to nieunikniona rzecz! Zaś nigdy robić tego nie będę dla radości z moich celów! - rzekł po zaczerpnięciu powietrza, dając niesamowicie wielki nacisk na słowo 'nieunikniona'.
,,Niebo kiedyś rozstąpi się, a spadnie na was deszcz krwi spowodowany wspaniałą brutalnością''. Przypomniały mu się te słowa, które raczył wypowiedzieć Radgha'ar, zabijając swoich sprzymierzeńców za zdradę jednego z Dualscarskich ogniw. Nigdy nie wybaczy... swojej zdrady ku plemieniu bliźniaczych blizn. Szamani mówili, że druga dusza osiedlona w wilczym ciele jest karą, za to, co wyrobił poprzedniemu alfie. Przepraszam, przepraszam, to było słuszne! Przecież te rządy to jakaś załamka była! Nawet poważniejsze od tego są gadania zwariowanego wilka zwanego Galdarem, no wiecie co! No kto kuźde każe się słuchać alfy, podczas napadów na inne ziemie, no! Uh... czekaj... tak robią raczej wszystkie watahy. To jest nienormalne dla tego wariata! W tym momencie jednak uświadomił sobie. Uświadomił, to, iż miliony marzeń zostawały rozdeptywane niczym zwykłe owady. Miliardy krzyków, na które nikt nie zareagował. Do tego dążył Galdar, aby zapewnić innym bezpieczeństwo, lecz druga strona medalu była Ręką Boga. Za taką siebie uważała, oczywiście, że Radgha'ar wiedział co jest najlepsze dla wilków. Kłótnia rozgrywała się w umyśle nie rozgarniętego zwierzęcia.
Pierwszy uważał, że nie potrzeba żadnego rządu, ani innego syfu! Potrzebny nam porządny przywódca, aby nasza chwała trwała na wieki! Drugi, kłócił się z tym, jego zdaniem jest za dużo dusz, aby doprowadzić to wszystko do porządku, a więc trza liczbę zmniejszyć, na tyle, by każdy zrozumiał prawdę. Roztargany na strzępy patrzył w staw, podchodząc do niego. Patrzył się pusto na swój obraz. Kim on się stał. Połowa uśmiechu Radga'ara, połowa wyrazu smutku Galdara gościło na jego pysku. Cichy chichot i szlochanie w jednym zagościło na tym miejscu. Można wreszcie było usłyszeć z jednej strony potęgę oraz szaleństwo, z drugiej powagę i rozpacz. Z każdym dniem tracił kontrolę nad swoim ciałem, nie chciałby, aby pierwszy władca tego apartamentu zwanego ciałem zaginął w nieskończonej nienawiści. Wreszcie, do zniszczonej osobowości basiora dotarły kolejne słowa, surfujące po powolnych powiewach wiatru. Spojrzał na nią błyskawicznie, zjadając ją wzrokiem.
- Samym nigdy nie jest się bezpiecznym, ma droga. Nawet, jeżeli miejsce móc wydawać się spokojne. - rzekł powolnie, próbując się przebić przez swoje myśli - Jak ktoś Ciebie zabije, bo wkroczyłaś przypadkiem na czyjeś ziemie... - zaczął ściszać ton głosu. - ...wtedy zrozumiesz, że bez przemocy nic nie załatwisz. A jak Ci się uda bez przemocy z niektórymi, to wielki cud spotkał Cię, Shai.
Znowu drgawki przeszły jego ciało, najeżył futro na karku, rozglądał się niepewnie. Jakby coś zobaczył. Zobaczył, lecz tylko on to mógł zauważyć. Nie mógł oderwać wzroku od krystalicznego odbicia, przerażało to go. Widział siebie, bez oka, cały w krwi, bez trzech kłów. Rozcięte usta przez potężne pazury. Flaki na wierzchu, wypływające potokiem z brzucha, brak jednego z palców przy lewej łapie. Podwinął ogon, oddech stawał się głębszy, szybszy niż powinien być.
- Boisz się swojego prawdziwego oblicza, nieprawdaż? - usłyszał głos chorego psychopaty, który miał zupełnie inne zamiary od niego.
Tak, to był wygląd jego duszy po tylu latach. Może to była klątwa, może nie. Usiadł w mniej podmokłym miejscu, gryząc niczym w transie swoją tylną łapę do krwi. Nigdy nie wybaczy tych obrażeń, od swego bliźniaka. Po chwili zaprzestał wszystkim swoim działaniom. Spojrzał na popielowatą samicę, w oczach była prośba o pomoc. Znowu chciał coś powiedzieć, lecz szybkie połykanie powietrza nie pozwalało mu na to. Po prostu schował się w cieniu, jakby w ogóle nic się nie stało.
- Jestem Radgha'ar, Boska ręka. - szept rozniósł się wokół wilka, po którym potrząsnął głową, poprawiając się. - Galdar. Po prostu Galdar. Nic więcej. Jak nigdy nic, w ogóle nikogo tutaj nie ma, nie, nigdy nie było. Samotnik, nic w ogóle go nie obserwuje, nie.
Skulił się w kłębek cały najeżony. Był pewien, że po takich akcjach wadera się obrzydzi tym widokiem i ucieknie.
The Devil and God,
They try to rip me apart,
Can someone come and help me,
'Cause I'm loosing my heart.



Staw

#12
Kompletnie nie potrafiła rozgryźć tego wilka. Raz jakby był spokojny i zachowywał się w sposób całkowicie opanowany, a to znowu w jego oczach widać bestię, która niepowstrzymana może w łatwy sposób zostać sprowokowana do rychłego ataku. Co siedziało w środku tego średniej wielkości ciała, nie miała pojęcia i chyba sama bała się tego dowiedzieć. Z drugiej strony było to dla niej fascynujące i zagadkowe, a jak wiadomo - zagadki są po to, żeby je rozgryźć. Jego słowa czasem brzmiały niedorzecznie, jakby sam się mógł usłyszeć, to pewnie miałby podobne reakcje do Shai.
- Obawiam się, że jak mnie zabiją to niewiele będę miała do powiedzenia na jakikolwiek temat…i do rozumienia, mój drogi towarzyszu niedoli, więc wybacz, że nie skorzystam z ostrzeżenia. Wbrew pozorom wiem o śmierci całkiem sporo, lecz nie jest to Twoja sprawa. - odpowiedziała z nutą politowania w głosie. Przecież myśląc logicznie i racjonalnie, uwzględniając przy tym grawitację, opory powietrza, temperaturę otoczenia, prądy morskie i dylatację czasu - to jeżeli ją ktoś zabije, to nadal będzie jakby…hmm...martwa! No ale cóż, może jak jego zabiją, to nie umrze. "Krzyżyk więc Ci na drogę”.
Shai mało była zainteresowana polityką, więc nie miała zamiaru drążyć tego typu tematów. Wpatrywała się w wilka, który coraz częściej przejawiał objawy jakieś bliżej niezidentyfikowanej choroby („może sierocej, albo co…"), jakby sam ze sobą walczył. Miał dziwne tiki nerwowe i gapił się z przerażeniem w swe odbicie w stawie. ”Niee, on nie może być normalny…” pomyślała obserwując jego poczynania. Wyjrzała delikatnie zza jego ramienia, żeby zlustrować wodę swym ciekawskim spojrzeniem i dowiedzieć się co on w niej takiego widzi. Niestety, oprócz jego odbicia, nie udało jej się zaobserwować niczego dziwnego albo wykraczającego poza normę. Wlepiała w niego swoje złote ślepia, coraz bardziej zainteresowana rozmówcą. Normalnie mogłaby uciec i się nie użerać z kremowym basiorem - jego zachowanie tylko o to prosiło. Ale po co? Skoro można się jeszcze trochę „pobawić”?
Przeczucie jej nie myliło i jak się tego spodziewała, nie musiała pytać drugi raz o imię. Sam jej je zdradził. ”Wiedziałam! Szach mat, Galdarze.”. Cieszyła się, że jej kobieca intuicja dalej nie zawodziła. Jednak sposób w jaki to powiedział był pełen roztargnienia i chaosu, jakby bał się tego, że powie coś nie tak albo powie coś czego nie chciał powiedzieć. Do jej uszu dobiegły ciche szepty, należące zapewne do jakiegoś szaleńca, jednak nie umiała tego powiązać z Galdarem, bo przecież…niczego nie powiedział. Może ma jakieś magiczne zdolności, o których istnieniu jeszcze nie wiedziała? Wszystko było możliwe, jednak wolała na chwilę o tym zapomnieć…może jej się zwyczajnie przesłyszało.
- Bardzo mi miło…Galdarze. W końcu wiem, że nie jesteś bezimienny. - spojrzała na niego z dystansem. Basior jednak skulił się kilka metrów od niej, futro nastroszone, jakby coś go nagle złamało w pół.
- Nie chcę wyjść na wścibską, ale na pewno wszystko z Tobą w porządku? Bo na moje oko, coś wybitnie nie gra tak jak powinno. - rzuciła bezpośrednio. Nie było sensu się babrać i udawać, że nic się nie dzieje. Nie wiedziała czy chce mu pomóc, bo nawet go nie znała, ale zapytać zawsze można. Ziewnęła delikatnie i położyła swój pysk przywdziany w czarną maskę na popielatych łapach. Gdyby Galdar otworzył teraz oczy, ich spojrzenia z pewnością by się spotkały.
Obrazek


Over the edge, over again...

Staw

#13
Spojrzał na nią cały w drgawkach szczerząc kły czasami wystawiając język, jakby próbował coś powiedzieć. Powietrze łagodnie powiewało to w prawo, to w lewo kołysząc się wśród liści nad głową rozerwanego emocjonalnie wilka. Dziwiło go zaciekawienie samicy, brak większego strachu przed postacią Galdara. Po chwili wyciągnął łapy w przód, łapiąc się mokrej ziemi pazurami. Wstał powolnie, jakby nigdy nic. Spojrzał na nią wyczerpany, ledwo co udało mu się stworzyć uśmiech. Słuchał jej głosu, sapiąc głośno z łzą w oku. Cwaniacki wyraz twarzy zaczął rysować się na jego włochatym pysku. Przetarł swe łzawiące oko, ledwo co go nie wydrapując brudnym, silnym pazurem.
- Wszystko gra, tak, jak tańczyć powinienem. - powiedział spokojnie patrząc w zachodzące słońce swymi czekoladowymi oczętami. - Wiesz, trudne jeżeli patrzysz na każdy dzień jak kolejny sen. Niektóre koszmarem, inne baśnią. Modlisz się, by znaleźć osoby, które zrozumieją Twoją prawdziwie zwierzęcą naturę, od której możemy odrastać z każdą sekundą. Stałem się opanowany przez głód, którego nigdy nie zaspokoję.
Ślepiec, to ten, którym był ów basior. Rząd bogactwa i władzy napełniał chaos zwany Radgha'arem, a wilki, których myślał, że się pozbył tańczyły nad jego głową Taniec Śmierci. Zadaniem, do którego stworzony był Galdar było poprowadzenie do klucza historii Dualscarów, których trzeba odrodzić z skamielin. Dziwne ludy pragną klejnotów w jaskiniach, gdzie przebywają wesołe duchy na odpoczynek, pragną tych łupów ponad wszystko. Tym czasem inne ludy jak Dualscarzy spały niespokojnie, ich sny były nawiedzane przez cieniste kształty kopiące w ich duszach. Każdego dnia członkowie watahy chcieli obudzić się i wpatrywać w górę, z radością, która przenikała w ich duchowych zakamarkach. Chciał to wszystko opowiedzieć, lecz nie starczyłoby słów, nie starczyłoby czasu do zrozumienia historii tego, do czego dążył kremowy basior.
Spojrzawszy na popielatą waderę uśmiechnął się dziwacznie. Widział w niej waderę, w której mógłby podarować wszystko, cóż mógł posiadać, lecz ona wolała pozostawać ślepą, podążającą za swoim malutkim celem, którego nigdy nie zrealizuje, przez przeszkody, których sama nie zdoła pokonać. Postanowił więcej nie biadolić o wybawieniu, które mógłby jej dać, wiedział, że nie zrozumie. Chciałby wybić niepokorne narody, a później uczyć miłosierdzia. Tylko jakby to działało? Położył się koło niej, ich jeszcze żywe ciała stykały się powolnie, wśród uciekających promieni światła wokół koron wysokich drzew. Obdarował ją litościwym wzrokiem swoich czekoladowych oczu, bez uśmiechów czy smutku. Zero emocji. Oparł się o nią, jakby się znali bardzo dobrze, nie oczekując na nic.
- Może jeszcze zmienisz zdanie co do towarzyszenia mi i całego powstania. - szepnął, patrząc w umierające dzienne niebo.
To był na niego czas. Wstał, i podążył za zapachem marzeń, uciekając w nicość cieni.
The Devil and God,
They try to rip me apart,
Can someone come and help me,
'Cause I'm loosing my heart.



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron