Rozłożysta wierzba

#81
Flegmatyczność Elyrii dała się z łatwością poznać, kiedy ich grono poszerzyło się o kolejną duszę. Nadejścia obcej wilczycy popielata nawet nie zauważyła, zbytnio skupiona na rozmowie z Cis, z którą niedawno walczył Sinhardin.
- Wiem - odpowiedziała, dając wyraz temu, że miała pojęcie do czego służą pokrzywy i w ogóle wszelakie zioła - Ale nie jestem chora. Zachowam ją na później, dla kogoś, kto będzie jej bardziej potrzebował - wyjaśniła, starając się nieco udobruchać samicę. Co jak co, ale chciała jej pomóc i zaopiekować się popielatą, za co tamta była jej wdzięczna i nie chciała odpłacać jej obrazą.
Na wzmianki o bliznach Elyria z kolei nie była pewna jak powinna zareagować, sytuacja jednak dała jej podstawy do myślenia, że Cis oczekuje od niej i na to jakiejś odpowiedzi. - Dziękuję - zdołała tylko wykrztusić, nieco zdumiona, że komuś stan jej szyi może się podobać.
Największą ulgę przyniosły jej słowa Sinhardina. Skoro nie musiała polować i inni nie czuliby się tym urażeni, mogła żyć dalej w zgodzie ze swoimi przekonaniami. Poza tym nie będzie w ten sposób dla nich ciężarem podczas polowania. Ostatnim, co chciałaby, aby ich spotkało było zderzenie się z nią lub potknięcie o jej kończyny, gdyby popielatej jakoś udało się przewrócić lub niechcący przeciąć drogę innego wilka.
Dopiero po jakimś czasie zebrała się na odwagę aby spojrzeć na najnowszą nieznajomą, która niedawno dołączyła do ich grona. Stała tak chyba od jakiegoś czasu, ale Elyria jak zwykle nie była pewna jak powinna zareagować. W końcu wykrztusiła ciche słowa w jej kierunku.
- Witaj.. Nie obawiaj się, nic ci z naszej strony nie grozi. - powiedziała do niej swoim zachrypniętym głosem.

Rozłożysta wierzba

#82

Wróciła na bagna, znowu. Znajome podłoże i tereny dawały poczucie pewności, jednocześnie łatwiej było podążać wyznaczonym tropem. Była ich grupka, minimum trójka. Tyle widziała ze śladów. Cienie drzew dawały przyjemny kontrast z obnażeniem oazy. Tam wszystko było nieosłonięte. W pewien sposób to jej odpowiadało, nikt nie mógł się ukryć. Z drugiej jednak strony wilgoć była miłą odmianą. Wsłuchiwała się w szum drzew. W miarę podążania tą samą ścieżką pnie przylegały do siebie co raz bliżej, w końcu tworząc równy szereg za szeregiem. Po chwili Khal zorientowała się iż nie jest to zwykła ściana roślin, a swoiste skupisko wierzb. Promieniowało ono w kształcie okręgu od najdorodniejszego okazu. Pośród języków liści dostrzegła tych, których dotąd znała tylko z zapachu i kształtu łapy. Nabrała powietrza w płuca by skupić się na ofierze. Pośród trzech samic i samca, tylko on wydawał się odpowiedni. Szara emanowała smutkiem tak szeroko i dosadnie, że Khal musiała powstrzymać się od współczucia tak mocnej emocji. Wadera z oklapniętym uchem mogła stawiać opór, ale nie zależało fiołkowookiej nie zależało na jej śmierci, wręcz przeciwnie. Miała nadzieję, że uda jej się uniknąć niepotrzebnego rozlewu krwi. Wilkowi z pewnością nie spodobałby się taki niekontrolowany skok w bok. Wolała trzymać się wcześniej zaplanowanego schematu, najpierw skupić się na zrobieniu jednej rzeczy. Obserwowała go przez chwilę. Ułamek sekundy poświęciła nawet na zawahanie. Czy to on jest godny? Wydawał się idealny do tej roli. Postawny, jasny i nieskażony na myśli. Zginie szybko, bez cierpienia a swoje życie poświęci w darze bóstwu. Dla Niespalonej był to uczynek godny, chwalebny. Nie brała pod uwagę marginesu błędu, ale jednocześnie ziemskie poczucie winy targało nią na wszystkie strony. Nie mogę się wahać. On nie tego oczekuje. Zniosła głowę niżej, ugięła łapy by móc zbliżyć się do poziomu ziemi, pozostać nie widoczną dla oczu wędrujących. Czuła na sobie wiotkie podmuchy wiatru, który choć słaby ujawniał jej obecność. Musiała działać szybko. Po wykonaniu niewielkiego półkola znalazła się na linii prostej z plecami basiora. Nabierając rozpędu szybko, sprawnie chciała dosięgnąć kłami futra, a głębiej skóry i mięsa. Czas na modlitwę będzie później.

Rozłożysta wierzba

#83
Zmarszczył nos, przysłuchując się kolejnemu wartkiemu potokowi słów, który opuścił usta Cis. Jak ona za tym wszystkim nadążała? Paplała o jednym, by nagle swobodnie zmienić temat na inny. Była pełna młodzieńczej energii, nie przejmowała się konsekwencjami... On tak nie umiał. Chyba zbyt wiele przeżył, by teraz nagle odrzucić całą przeszłość i zachowywać się tak pewnie jak Różnooka. - C-co? To nie moja córka. Nie mam dziecka. Znaczy... Kiedyś miałem. Teraz nie mam... - zaoponował bez wielkiego przekonania. Minęło tyle lat, a on wciąż nie potrafił się do końca pogodzić ze śmiercią najbliższych. Uśmiechnął się smutno do nowoprzybyłej, starając się jakoś zapomnieć o rozdrapanych ranach. Rzeczywiście, wyglądała trochę jak... jak... Westchnął ciężko. To nie był odpowiedni moment na wspominanie przeszłości. Nie czuł się na siłach. Czuł, że ktoś chce mu coś przekazać, przed czymś ostrzec. Tylko przed czym? - Dzień dobry - przywitał się grzecznie, wyraźnie przybity i przygnębiony. Nawet silne emocje nigdy nie przesłoniły mu szacunku wobec wader. Przymknął oczy i odetchnął głęboko. Musiał się odprężyć, zrelaksować. To było dawno, nic nie mógł zrobić. Musiał zapomnieć i żyć dalej. Tylko dlatego jeszcze się nie załamał. Wymazać z pamięci, wyprzeć się tego. Nadchodzą złe sny. Rzeczywiście, teraz mógł nieco lepiej wyczuć czyjąś obecność. Wiedział nawet kogo. Jednej z nich. Córki lub żony. Co to miało oznaczać? Nie wiedział. Czuł jednak, że coś się zbliża. Coś niepokojącego, emanującego złem. Spiesz się. A więc jego los został przesądzony. Wszystko skończy się tu, w miejscu gdzie zatrzymał się po raz pierwszy. Początek i koniec. To było przeznaczenie. Może jednak uda mu się uratować kogoś innego? Kogoś droższego mu, bardziej cennego niż on. - Cis, Elyrio i ty, nieznajoma. To koniec, musicie uciekać. Natychmiast, jak najdalej stąd. Dbajcie o siebie nawzajem, proszę. A teraz ratujcie siebie, nie macie zbyt wiele czasu - powiedział cicho, ale stanowczo. Nadchodzi śmierć. Nie zwlekając, ruszył na spotkanie przeznaczeniu. Nie bronił się, chciał to już jak najszybciej zakończyć. Byle dać im czas, byle one były bezpieczne. Byle Elyria przeżyła.
I'm ready to go, I’m ready to go
Can't do it alone, can’t do it alone
I’m ready to run through the heat of the sun
Can’t do it alone, can't do it alone


Obrazek

theme

Rozłożysta wierzba

#84
Ophelia podniosła wzrok. Nieznajomi zauważyli ją. Zerknęła po nich. Dwie wilczyce, jedna spokojna, druga była jej całkowitym przeciwieństwem. Przyjrzała się im nieufnie. Zwróciła uwagę na jedynego wilka w towarzystwie. Był ogromny i śnieżnobiały. Jej zmysł obserwacji był tego dnia naprawdę w beznadziejnym stanie, to wszystko co udało jej się odczytać. Podniosła się, gdy usłyszała słowa jednej z wilczyc, nazywającej się chyba... Cisława? (cóż to za absurdalne imię). Potrząsnęła łbem. Musiała być niespełna rozumu. Zrobiła krok w kierunku wilków.
- Nazywam się Ophelia - powiedziała i usiadła na ziemi - I nie jestem jego córką.
Kiedy druga z samic odezwała się do niej, zobaczyła ogromne blizny na jej szyi. Przeraziła się. Zaczęła zastanawiać się, kto mógł uczynić coś tak strasznego. Z samotności i współczucia, które ją nagle ogarnęło, postanowiła podejść bliżej i rozpocząć jakąś sensowną konwersację. Zachęciło ją do tego jeszcze grzeczne przywitanie samca. Była już może z trzy kroki od nieznajomych, aż nagle, na śnieżnobiałego wilka rzuciła się jakaś bestia. Wgryzła się w niego. Ophelia zamarła. Gdy usłyszała ponowne kłapnięcie szczęk odwróciła się i zaczęła uciekać najdalej i najszybciej jak się da. Tak jak kiedyś, zanim tu przybyła. Biegła ile sił w łapach, w oddali słysząc jedynie niewyraźne, ostatnie słowa białego, konającego wilka.

/zt.

Rozłożysta wierzba

#85
Nic nie mogło w żaden sposób przepowiedzieć, przygotować Elyrii na ponowne wydarzenia, jakie w mig po nadejściu Ophelii miały swoje miejsce niedaleko sędziwej wierzby. Już chciała rozmawiać dalej z nową znajomą, dokończyć pogawędkę z Cis, poznać je bliżej, być może podzielić się nadziejami na spokojne życie w stadzie, jakiego widok nakreślił przed nimi niedawno Sinhardin..
Wtem w powietrzu poczuła zmianę. Niosły ją dziwniejsze niż przedtem powiewy wiatru, przesiąknięta nią była gleba, w pysku poczuła smak popiołu, gorzki, kojarzący się z końcem czegoś ważnego, z jakaś zmianą, nad która nie panowała.
Na krawędzi wzroku zauważyła kształt, biały, nieskalany, oraz ruch. Coś na pozór obleczone w anielskiej bieli poruszało się prędko, groźnie, a tor jego ruchu był jednoznaczny - to coś, ta obca obecność, to nowe zagrożenie, gdyż jak na razie tylko to zmysły Elyrii zdążyły jej przekazać o intruzie, celowało w jej kompana. Popielata aż podskoczyła, nieomal stając dęba na tylnych łapach jak wierzchowiec, cudem unikając zderzenia i odskakując dalej, byle tylko oddalić się od wrogiej osoby.
Wilk, bo teraz Elyria widziała już, że był to wilk, usiłował zatopić kły w ciele Sinhardina. Samica nie wiedziała, czy zapach i obrzydliwy smak posoki jaki nagle poczuła był wytworem jej wyobraźni, czy jej przyjaciel istotnie odniósł rany. Cofnęła się jeszcze o kilka kroków, kiedy usłyszała wyraźną prośbę. Nie rozkaz, a rozpaczliwy nakaz, prośbę, której nie dało się w żaden sposób odrzucić ani zaprzeczyć. W jej uszach zabrzmiała jak marsz pogrzebowy, finalnie, smutno, poważnie.
"uciekaj"
Do jej oczu napłynęły łzy i polały się niemal od razu gorącym strumieniem wzdłuż jej kufy. Chciała krzyknąć, chciała się mu postawić, zaprzeczyć, może nawet osłonić, ale jej własne ciało ją zdradziło. Jej gardło ścisnęło się z żalu nie pozwalając wydobyć z siebie ni słowa, a ciało znieruchomiało, nie pozwalając się rzucić w jego stronę, w ich stronę, teraz zwartych w pojedynku na śmierć i życie.
Spróbowała krzyknąć ponownie i tym razem też mowa ją opuściła, zdołała tylko głośniej wciągnąć powietrze przez pooraną bliznami szyję. Sam los wsadził jej knebel w usta i nie potrafiła się go pozbyć. Jej oczy znalazły jego wzrok, pełne emocji, żalu, że nie może być z nim w tej chwili, że nie może mu pomóc, nie może go obronić, choć tak bardzo jej na nim zależało. Życie nie było sprawiedliwe i teraz wiedza ta raniła ją o wiele bardziej niż wcześniej, bo znowu musiała stracić wszystko to, co miała i uciekać. Czy ona nigdy nie przestanie uciekać? Czy całe jej życie będzie wielką gonitwą przed nieznanym oprawcą?
Trzeci raz podjęła próbę krzyknięcia do niego, zmuszenia, żeby uciekał z nimi, ale z jej mordy dobył się tylko cichy szloch, strach miał ją w swoich żelaznych objęciach, i z trudem była w stanie poruszać swoim przerażonym ciałem. Ostatnim wysiłkiem woli zrobiła krok, i następny, i kolejny, aż w końcu przeszła w trucht a trucht przerodził się w bieg, podczas którego usiłowała zerkać w stronę Sinhardina. Miała nadzieję, że samiec ucieknie, przeżyje i za chwilę do nich dołączy.

z.t.

Rozłożysta wierzba

#86
Patrzyła to na mieszankę Sina i Elyrii to na ich samych, dla niej było logiczne, że nowoprzybyła to ich dziecko, a mimo tego oni jednak się wypierali. Pokiwała pyskiem na boki z rozczarowaniem wymalowanym na pysku. - Pewnie jej teraz przykro, że tak mówisz! Przesadziłeś dziad... - nie dokończył zdania ze względu na zimny dreszcz, który przebiegł po jej ciele. Gwałtownie obróciła łeb w stronę krzewów z których dobiegał szelest, ktoś się zbliżał, ktoś pełen energii i z bardzo złymi zamiarami. Ostatnia myśl sprawiła, że na pysku Ciska zawitał szalony uśmiech, szybko jednak zniknął ze względu na słowa które wypowiedział dziadek.. - No kuuuurde, dziadek! Jaja se robisz? Niby co? Ja baba jestem, że mam uciekać? - po swoich słowach uniosła pyska z dumną i pokręciła łebkiem. - Nieeeee. - żwawym krokiem podeszła do Elyrii. - Uciekaj, proszę uciekaj, ja mu pomogę. Jestem to winna za wcześniej. - odskoczyła od samicy i stanęła u boku białofutrego.
Wystarczyły sekundy by fiołkowooka zaatakowała, Cis postanowiła nie zostać jej dłużna, nie rozumiała jednak tylko jednego.. - Sin!! Do choler broń się, a nie stoisz jak, e no to, no kurde drzewo! - kłapnęła pyskiem w kierunku samca, była wściekła, z nią był gotów walczyć na śmierć i życie, a z białą? Ciska jednak taka nie była, Ciska się niczego nie bała. Warknęła przeciągle, a różnokolorowe ślepia błysnęły groźnie. - Jak śmiesz go dotykać?! - nie zastanawiając się dłużej bura za cel obrała bok samicy by odpowiednio ją poszarpać i odsunąć od Sinhardina, wciąż jednak była gotowa uniknąć ataku nienormalnej samicy.

/Cis używa Poświęcenia na Khalessi.

Rozłożysta wierzba

#87
Atak Khaleesi
Wynik rzutu: 1
Krytyczna porażka.
Khaleesi przyjmuje 2 punkty obrażeń.

Unik Sinhardina
Nie unika.
Brak konieczności uniku.

Atak Cis
Użycie umiejętności Poświęcenie.
Cis przyjmuje 10 punktów obrażeń.
Khaleesi przyjmuje 20 punktów obrażeń.


Stan po I turze
Sinhardin 80 PŻ
Khaleesi 78 PŻ
Cis 100 PŻ 80E

W pełni skupiona nad wykonaniem swego pierwszego zadania Khaleesi nie spodziewała się, iż pojawi się ktoś, kto postanowi pokrzyżować jej plany. Znajdując się tuż przy Sinhardinie, wciąż w locie po wykonaniu długiego susa i niemalże zanurzając pysk wśród białego włosia, została brutalnie odepchnięta. Wyznawczyni z hukiem wylądowała na zwilżonej glebie, a następnie przeturlała kilka metrów. Wystające z ziemi kamienie rozcięły skórę samicy, powodując nieznaczne pieczenie. Nim zdążyła wstać, Cis już była nad nią i z łatwością zacisnęła mocne szczęki na karku leżącej, fatalnie rozrywając przy tym skórę. Dogryzła się do samego mięsa, przysparzając Niespalonej niemałego bólu. Gorący karmin oprószył śnieżne futro, dodając mu koloru.

Rozłożysta wierzba

#88

Zaorała plecami wilgotną glebę, dobitnie odczuwając każde przecięcie kamieni na jej skórze, niczym gmeranie łapą w mokrym piasku. Wtem dopadła ją jedna z samic. Nie miało jej tu być. Khaleesi wiedziała teraz o śmierci znacznie więcej niż powinna i całym sercem czuła iż nie jest to dzień zagłady dla tej wadery. Sama nie poczuła bólu, a jedynie zobaczyła imponujące strumienie szkarłatu spływające po jej pięknym futrze. Niespodziewany atak osłabił ją znacznie bardziej niż miała w planach, ale nie zrobiło to na niej większego wrażenia. Myśleniem funkcjonowała w innym wymiarze, nieodwołalnie skupiona na celu, który już wkrótce powinien być martwy – różnooki basior musi dziś umrzeć. Zdążyła się mu już przyjrzeć, nie odparował ciosu, czyżby sam znał własne przeznaczenie? Nie, to nie możliwe. Jedyną osobą znającą osąd Wilka była ona, Khaleesi. Szybko oceniła sytuację. Brązowa gotowała się do kolejnego ugryzienia, więc fiołkowooka musiała działać szybko, ale zarazem rozważnie. Czuła silne drżenie podekscytowania w kończynach, łeb buzował od natłoku emocji i stresu. Spodziewała się tego, wiedziała iż nie opuści ją. W około Niespalonej ziemia zaczęła niepokojącą się trząść, a powietrze nabrało delikatnej, niebieskawej barwy. Obłok otoczył ją, przylgnął do ran, do rozcięć na grzbiecie pochłaniając w siebie rozlaną posokę. Energia magiczna dodała sił poranionemu ciału, jednocześnie zasklepiła obrażenia. Przeturlała się w przeciwnym kierunku ustawienia do obcej – tylnymi nogami miała nadzieję dosięgnąć ciała tamtej i jednocześnie uniknąć chapsnięcia kłami. Jeśli manewr odniósłby sukces zdążyłaby doskoczyć do basiora kontynuując swoje dzieło.
Takie piękne miejsce na śmierć. Spokojne, łagodne. Gdyby wśród odgłosów nie przeważały ich warknięcia i stęki pewnie usłyszałaby świergot ptaków pośród zielonych warkoczy drzewa. Najwyraźniej idylla ta miała zostać naznaczona rubinem tak jak poświęcona Wilkowi została oaza. Khaleesi nie wiedziała co myśleć o tym jednocześnie radosnej i smutnej refleksji. Coś w głębi niej wciąż jeszcze staczało opór z brutalną skutecznością światła bóstwa. Tak bezwzględne? Czy tak dokładne w wyznaczaniu celów? Nic nie działo się bez przyczyny, a o ile Zrodzona z Burzy sama służyła za wysłannika Śmierci, nie mogła przecież zostać jej ofiarą.


/Khaleesi używa umiejętności "Lecznicza aura"

Rozłożysta wierzba

#89
Stał jak kołek, z półotwartym pyskiem przyglądając się szarżującej na niego Fiołkowookiej. Nie reagował, nie potrafił. Nie uczynił żadnego ruchu, by pomóc broniącej go Cis. Chciał krzyknąć, jeszcze raz poprosić by uciekała, ale nie potrafił wydusić ani słowa. Pogrążył się w absolutnej rozpaczy, niezdolny do jakiejkolwiek reakcji. On, który zawsze bronił słabszych teraz nagle nie potrafił obronić samego siebie. Nie chciał nawet pomocy ze strony Cis, po części był nawet zły za to, co zrobiła. Powinna uciekać, tak jak inni, a nie stawać do tej bezsensownej walki. Dlaczego? Dopiero co się poznali, a teraz ona walczyła za niego, ryzykowała własnym życiem. Tak nie powinno być, wiedział o tym doskonale. Wszystko było mu już obojętne. Chciał tylko jak najszybszego zakończenia tej żałosnej farsy.
Po białej kufie polały się obfite łzy. Stał w absolutnym bezruchu, jak marmurowy posąg, patrząc, jak rany napastniczki magicznie się zasklepiają. Tylko jedna osoba i jej banda umiała coś takiego. Co prawda w ich przypadku aura była czerwonawa, ale czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Musiała go śledzić, dać mu nadzieję na normalne życie, po czym bezlitośnie dopaść. Tak, to byłoby dla niej typowe. Podobne pogardliwe działania odczuł już raz na własnej na skórze, zresztą bardzo boleśnie, tamtego dnia, kiedy zabiła mu rodzinę.
Uśmiechnął się żałośnie, wlepiając puste, matowe spojrzenie w postać Fiołkowookiej. Zaśmiał się nerwowo, patrząc na zbliżające się przeznaczenie. Zbliżająca się śmierć nie wpływała dobrze na psychikę basiora.
- Czekam - wymamrotał niewyraźnie i kompletnie bez sensu.
I'm ready to go, I’m ready to go
Can't do it alone, can’t do it alone
I’m ready to run through the heat of the sun
Can’t do it alone, can't do it alone


Obrazek

theme

Rozłożysta wierzba

#90
- AHAHAHAHAHA. - głos wadery był ochrypły, z krzywym uśmiech zdobiącym wychudzony pysk szkaradna postać wlepiała różnokolorowe ślepia w białą szukając wytłumaczenia na obecną sytuację. Widziała zachowanie Sina, jego wątpliwości, jego strach. Mimo, iż nic nie mówił ona rozumiała wszystko, widziała w nim starą siebie, pewną śmierci, gotową na przeznaczony jej los. Może powinna się wycofać. Z przeznaczeniem nie wolno igrać, tylko samiec może zmienić osąd "sił wyższych" nie Cis. - Sin.. Powstrzymam ją na trochę, a Ty przemyśl swoją decyzję. Nie chcę w nic ingerować, będę po prostu walczyć. - zaśmiała się pod nosem, mimo iż czuła niepokój, wiedziała, że biały już od początku zna zakończenie tej historii, chciała jednak by przekazał jej to co powinna powiedzieć Elyrii, nie mogła w końcu pozwolić samicy by znalazła ciało Sinhardina pierwsza. Poprzechylała pysk na boki po czym oblizała czarne wargi. - Nie chce ingerować w przeznaczenie, chcę się zabawić, więc jak widzisz na razie nie zamierzam odpuszczać. W końcu co to za przyjemność walczyć bez walki, prawda? - nie czekając na odpowiedź samicy wyrwała przed siebie nie obierając konkretnego celu, atak z zaskoczenia zawsze lepiej się sprawdza, mimo wszystko wciąż starała się być gotowa na uniki.

/Cis używa Wściekłość na Khalessi.

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron