Rozłożysta wierzba

#91
Unik Khaleesi
Unik nie jest możliwy.

Atak Khaleesi
Wynik rzutu: 10 + 1
Cios krytyczny, nałożenie krwawienia (-2PŻ/tura).
Khaleesi zadaje 11 punktów obrażeń.

Użycie umiejętności Lecznicza Aura.
Khaleesi odzyskuje 10 punktów życia.

Unik Sinhardina
Nie unika.
Sinhardin przyjmuje 11 punktów obrażeń.
Sinhardin przyjmuje 2 punkty obrażeń (krwawienia).


Atak Cis
Użycie umiejętności Wściekłość.
Cis zadaje 10 punktów obrażeń.

Unik Khaleesi
Unik nie jest możliwy.
Khaleesi przyjmuje 10 punktów obrażeń.

Stan po II turze
Sinhardin 67 PŻ
Khaleesi 78 PŻ
Cis 100 PŻ 55E

Uniknięcie żelaznego uścisku szczęk, w który wpadła Khaleesi okazało się niemożliwe. Bura wciąż wbijała zębiska w kark białofutrej, coraz bardziej rozrywając poważną już ranę. Blask towarzyszący leczniczemu zaklęciu delikatnie zdekoncentrował przeciwniczkę, przez co wyznawczyni zdołała wyrwać się, ale nie obeszło się bez dodatkowych szkód. W pysku córki Kos pozostała spora kępka futra oraz kawałek mięsa z uleczonego już ciała przeciwniczki. Stojący sztywno, w żaden sposób nie próbujący się obronić Sinhardin znacznie ułatwiał zadanie fiołkowookiej - bez problemu chwyciła jego kark, tworząc rozległą, pieczącą ranę. Nadciągająca brązowa rzuciła się na bok Niespalonej, w znacznym stopniu rozrywając skórę.
Przebywająca w tej lokacji trójka przebywała właśnie w makabrycznym uścisku, brudząc rosnącą wokół trawę świeżą posoką.

Rozłożysta wierzba

#92

Zabawić? Khaleesi z zewnątrz wciąż zachowywała spokój, ale w duszy czuła się coraz bardziej rozkojarzona. Czuła w sobie tętniącą moc Wilka, dlatego nic nie było w stanie zachwiać jej bojowego skupienia. Wzięła mocny rozpęd w nadziei, że uda jej się skoczyć w odpowiednim momencie, zarazem uchylając się od ciosu. Nie szukała odpowiedniego punktu do ataku, musiała jedynie zadać samicy obrażenia. Żałowała tego, mimo jej dziwnych słów. Nie tej waderze przeznaczone było dziś umrzeć, Khal wiedziała o tym najlepiej. Wyciągnęła szyję możliwie najdalej przed siebie, by w porę dosięgnąć skóry przeciwniczki. Brązowa nie zamierzała chyba zbyt szybko dać za wygraną, co budziło w fiołkowookiej pewne wątpliwości. Owszem, nie planowała tego, ale bardziej przejmowała ją taka strata czasu, w postaci zbędnej walki. Chciała dać basiorowi honorową śmierć w ofierze, ale jego towarzyszka skutecznie zniweczyła plany Wyznawczyni. W takim przypadku pozostała tylko możliwie jak najszybsza walka. Khal chciała już zakończyć, ten w jej opinii, błąd i zająć się składaniem ofiary. Nawet najsłabszy wilk mógł wyczuć powolne zmiany idące niczym ociężałe chmury w stronę tych ziem. Biała posiadała niezachwianą pewność, że to właśnie jej działania stanowiły jeden z kluczowych punktów zapalnych.

Rozłożysta wierzba

#93
Bura z chwili na chwilę czuła się coraz bardziej znudzona sytuacją. Walczyła o dobro, można by rzec, przyjaciela, a on zupełnie ignorował jej starania. Nie była jedną z tych co porzucają potrzebujących kompanów, tym razem jednak nie było sensu się starć, skoro Sin prędzej czy później znalazłby inny sposób na śmierć. Wadera puściła kark białofutrej by od niej odskoczyć. - Idę odnaleźć Elyrię. - mruknęła pod nosem, odwracając się od całego przedstawienia. - Twoja wola Sin, ale przemyśl to jeszcze. - dodała półgłosem, po czym zniknęła w zaroślach nie obracając się więcej ani na moment.

/ Cis z.t.

Rozłożysta wierzba

#94
Wilk obserwował całą walkę jaką toczyła jego wyznawczyni z dwoma wilkami. W powietrzu dało się wyczuć moc wypełniającą ciało Khaleesi, wzmacniającą jej ciosy i dodającą jej agresji. Wilczyca zdawała się być ucieleśnieniem chaosu i chęci rozdarcia wszelkiego życia w tej krainie.
Cis miała niesamowite szczęście uchodząc akurat teraz ze sceny walki. Gdyby wciąż stała między Sinhardinem a Khaleesi, między ofiarą a myśliwym, między martwym a ciemiężcą, przypłaciłaby to swoim własnym życiem, a o zajściu nie dowiedziałby się nikt.
W wyznawczynię wstąpiły nagle nieziemskie siły, a jej ciosy zaczęły trafiać dokładnie tam, gdzie wadera sobie życzyła. Mogła poczuć, jak wypełnia ją moc Wilka. Stała się narzędziem, nie, nośnikiem woli, szaleństwa i żądzy krwi bóstwa, które teraz szalało z radości.
Ostatni cios, jaki padł na Sinhardinie z rąk Khaleesi był tak silny, że ciało Sinhardina padło bezwładnie na ziemię, poruszały się tylko jego boki, a jego płuca i serce z ledwością spełniały swoje powinności. Ziemia splamiona była posoką, podobnie jak rosnąca wokół roślinność.

/Sinhardin 0hp, kona

Rozłożysta wierzba

#95
W ostatnich minutach życia Sinhardina coś w nim pękło. Nie stał już bez ruchu, nie przyjmował pokornie ciosów. I choć każda rana sprawiała mu niemiłosierny ból, postanowił walczyć. Wydał z siebie przeraźliwy, gardłowy okrzyk i rzucił się na Khaleesi, próbując zadać choć jeden cios. Zaraz jednak przekonał się, że próbuje w pojedynkę powstrzymać nawałnicę. Każdy jego ruch stawał się coraz bardziej rozpaczliwy, wadera nie robiła sobie jednak nic z jego - w większości nietrafionych - uderzeń. Trafiała tam, gdzie chciała, coraz bardziej plamiąc białe futro karminem. Sinhardin słabł, i choć pogodził się już ze swym losem, jakaś jego część wciąż pragnęła walczyć.
Czy to miało sens? Nie wiedział. Sam wydał na siebie wyrok. Zrobił to jednak dla Elyrii, gdyż to ona zasługiwała na życie bardziej od niego. Sinhardin przeżył nieco szczęśliwych chwil w swoim życiu, szara wadera takiej szansy nigdy nie miała. Nie bał się jednak odejść. Po śmierci rodziny zawsze czuł w sercu przeraźliwą pustkę, którą jedynie maskował wrodzoną grzecznością i życzliwością. Nie wierzył w życie pozagrobowe, miał jednak nadzieję wreszcie odnaleźć ukojenie po stracie bliskich.
W końcu nadszedł finalny cios. Sinhardin zawył rozpaczliwie po raz ostatni, opadając bezwładnie na ziemię. Uciekało z niego życie. Każdy kolejny oddech stawał się katorgą. Powiódł wzrokiem po znajomej okolicy, zatrzymując go na sylwetce smukłej wierzby. Początek i koniec. Tu zamierzał odpocząć na początku swojej wędrówki, tu zazna też owego odpoczynku, tym razem jednak wiecznego. Sinhardin uśmiechnął się błogo, spadając w niebyt.
- Elyrio... - wyrzęził jeszcze.
I skonał.
I'm ready to go, I’m ready to go
Can't do it alone, can’t do it alone
I’m ready to run through the heat of the sun
Can’t do it alone, can't do it alone


Obrazek

theme

Rozłożysta wierzba

#96

Powinna była zwrócić uwagę na coś innego, ale zainteresowało ją to imię. Elyria. Wypowiedział je z taką nabożną czcią, niczym sakrament wyszeptany do ucha szamana. A potem... Nic, skonał. Podeszła bliżej do truchła i zamoczyła przednią łapę w jeszcze tętniącej życiem posoce. Najpierw oznaczyła jego łeb. Delikatnie, prawie czule przejechała po policzkach i czole. Zlepione futro nie stawiało oporu przed mazią, a białej zależało na tym by krew rytualna nie zmieszała się ze świeżymi ranami. Kiedy skończyła tworzyć wzór wróciła do miejsca, w którym przerwała walkę. Stanęła wyprostowana jak struna, spoglądając na niewielką polanę i rozłożystą wierzbę, która teraz swój płacz miała poświęcić różnookiemu – Sinhardinowi. Chociaż utracił dla Niespalonej już swoje imię, na zawsze pozostanie w jej pamięci, w jej sumieniu. Powoli przekształcało się ono w swego rodzaju smutną kronikę złego. Nie była z tego dumna, nie chodziło o śmierć bezmyślną. Chodziło o to co było słuszne. A ona słuszność znalazła w prawdzie głoszonej przez Wilka. Pochyliła w skupieniu łeb
i wyszeptała słowa modlitwy:

Zdobywco, powierzam ci tą oto tutaj obecną ofiarę.
Zostanie ona złożona na ołtarzu, dla twej chwały.
Polegnie w walce, obronie nędznego życia,
znaczeniem przysłużywszy się dla twego zwycięstwa.
Przyjmij ją, od swojej wiernej poplecznicy i daruj jej wszelkie inne przewinienia.

Wiatr cicho szumiał, on też wydawał się speszony zaistniałą sytuacją. A może przerażony? Khal roześmiała się z goryczą. Nawet on nie mógłby się czuć przy niej bezpieczny, skoro sama wadera bała się swojego nowego przerażającego oblicza. Nie miała jednak wyboru, musiała to zaakceptować. Bała się jedynie pozostania w tej dziwnej strefie Międzyświatów. Z jednej strony ostatnie nici cichej dobroci, którą może kiedyś posiadała, pękały z ogromnym bólem, ale z drugiej pochłaniała jej duszę ciemność. Ciemność nieprzeparta, czarna jak smoła, ale niegroźna. Nie, to nie był lęk. Raczej smutna rzeczywistość, po granicy której balansowała Zrodzona z Burzy. Jeden krok w nieodpowiedni kierunek mógł sprawić, że cały balans zniknie. Teraz jednak należało go poczynić. Odwróciła wzrok od trupa, a rozważaniem nad jego śmiercią zajęła inną część umysłu. Czekała na nią cała kraina, a w niej bracia i siostry – Wyznawcy Wilka.


/zt

Rozłożysta wierzba

#97
Nie sądziła, że kiedykolwiek tu wróci, a już na pewno nie sądziła, że wróci tu tak szybko. Powoli stawiając kroki z wysoko uniesionym pyskiem starała upewnić się, że biała dziwka opuściła ten teren. Miała żal do Sina, do tej samicy, do całego świata. Choć nie była typem który się smucił, czy denerwował, teraz musiała mieć po prostu gorszy dzień. Splunęła nie kryjąc irytacji. Z czasem każdy kolejny krok był wieńczony soczystym wulgaryzmem, który bądź co bądź, damie nie przystoi.
Po dotarciu do samczego ciała przymknęła ślepia i skłoniła się lekko oddając Sinowi cześć. Nie znała żadnych formułek, ani innych głupich gadek więc postanowiła tylko trochę pomilczeć. Wiedziała, że kolejnym punktem jej wyprawy będzie odnalezienie Elyrii, sprowadzenie jej tutaj i pochówek basiora. Może lepiej jej tu nie sprowadzać? Cis westchnęła głośno dając do zrozumienia, że bije się z myślami. Tylko komu? Przecież nikogo tu nie było, nawet ptaki nie ćwierkały. Zapach krwi. Nie licząc truchła i zapachu krwi była tutaj sama. Cholernie sama.
Czy to był przypadek, że ten cholerny deszcz zaczął padać?

Rozłożysta wierzba

#98
Śmierć Sina jak i brak woli życia jakim się wykazał były dla Cis wielkim szokiem. Sytuacja jaka miała miejsce prócz nerwów przyniosła waderze ból głowy. Nic wielkiego, gdyby nie fakt, że towarzyszyły mu mdłości i wrażliwość na światło co znacznie zaczęło utrudnać normalne funkcjonowanie. Tylko wywar z bukwicy zwyczajnej, bądź czarnego bzu będzie w stanie ukoić ból i pomoże samicy powrócić do życia.

/Cis dostaje migrenę.

Rozłożysta wierzba

#99
Z uniesionym wysoko pyskiem patrzyła w niebo delikatnie wywijając kąciki ust w uśmiechu. Z czasem uśmiech przerodził się w histeryczny śmiech. Zwijając się w pół na przemian śmiała się i kaszlała zaczynając nawet dusić. Po wyrzuceniu z siebie wszelkich emocji podeszła ponownie do truchła Sina uśmiechając się. Dopiero teraz zobaczyła, że ślepia samca wciąż były otwarte. Delikatnie dotykając łapą jego pyska zamknęła powieki ostatni raz zerkając w mętne patrzałki. - I tak krótko Cię znałam, czym się przejmuję?! Wszyscy zdechniemy!! - jej piskliwy głos zdawał się odbijać od okolicznych drzew i wracać do niej ze zdwojoną siłą. Niby nic, a jednak ból głowy który nagle się odezwał sprawił, że wadera aż jęknęła pochylając się nisko. Migrenie towarzyszyły mdłości i wrażliwość na światło, pierwszy raz czuła coś takiego i w żadnym wypadku nie mogła nazwać tego przyjemnym. Delikatnie kulejąc i garbiąc się powoli opuszczała wierzbowy zagajnik w poszukiwaniu czegoś co da jej ulgę.

/z.t.

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

cron