Skalne półki

#11
Minęła kępkę tymianku, którego odrobinę udało jej się pozyskać w niższych partiach gór. Po kilku krokach zatrzymała się, zawróciła i zawisła nad zielskiem. Lekki grymas zdradzał wahanie. Czy potrzebowała więcej? Pacnęła na zadzie, wciąż uparcie świdrując wzrokiem kilka lichych gałązek, wyrastających z niezbyt sprzyjającego wzrostowi roślin gruntu. Rwać, czy nie rwać? Blade ślepia niemalże pożerały krzaczek, rozwarte dziwnie szeroko.
Ostatecznie zatrzasnęła szczęki na tymianku, decydując się na zdobycie większej ilości ziela. Ostrożnie szarpnęła, ruchem wyuczonym i szlifowanym przez długie lata. Roślinkę zaczepiła o sznur oplatający jej kark, wykonany niegdyś z wierzbowych witek. Idealnie.
Wstała, otrzepała połyskujące kruczą czernią futro i kontynuowała wspinaczką, zwalniając nieznacznie. Grunt pod łapami stał się zdradziecki, kamienie obsuwały się, kawałki skał ukraszały. Jeden nieodpowiedni krok wystarczył, by stoczyć się w dół i w najlepszym wypadku lekko poobijać. /zt

Skalne półki

#12
Biegła przed siebie, krztusząc się własną krwią, byle jak najdalej od tego przeklętego niedźwiedzia. Ona, potężna wojowniczka, właśnie zachowała się jak ostatni tchórz. Teraz jednak nic już jej nie obchodziło, wiedziała bowiem, że powoli nadchodził koniec. Ryk niedźwiedzia spowodował u niej większe szkody, niż u innych wilków. Nie miała pojęcia jak, ale traciła więź z Kos. Była ona dla niej absolutnie oczywista, jak powietrze, a bez niej czuła się zupełnie bezbronna. Uczucie, które temu towarzyszyło, było przerażające, jakby nagle ktoś zacisnął kły na tchawicy Splamionej, o ile jeszcze mogła się tak nazywać. Jeśli straciła więź, mogła też stracić całkowicie dziedzictwo, a nie było w pobliżu żadnych chętnych Olch, które mogłyby je odnowić. Po raz pierwszy w życiu Zięba naprawdę nie miała pojęcia, co robić.
Nie zdążyła oddalić się zbyt daleko, gdy znów poczuła znajomą, lecz już dawno zwietrzałą woń. Revirell. Samo to słowo, będące niegdyś pieszczotą, teraz wywoływało u niej obrzydzenie. Zostawiła ją. Po prostu zostawiła, nawet nie próbowała walczyć z przerażającym rykiem. Odeszła i nie wróciła. Już na zawsze. Zięba zacisnęła mocno zęby, czując narastającą furię. Po raz pierwszy poczuła do kogoś coś innego niż nienawiść lub pogardę, po raz pierwszy chciała, by inny wilk był dla niej kimś innym niż kompanem w walce. I natychmiast tego pożałowała. Los postanowił się nią zabawić, jak bezwładną kukiełką.
- Revirell! - wrzasnęła chrapliwie, próbując wyrzucić z siebie pamięć o dawnej przywódczyni.
Iskry się rozpadły, a Dzierzba, zamiast próbować utrzymać watahę w ryzach, uciekła tutaj. Zostawiła nawet Lyvarris! A jeśli to wszystko wina Burej? Gdyby się nie pojawiła, może Banda dalej by istniała? Zięba nie nadawała się do watahy, nie powinna w ogóle przyjmować propozycji dołączenia. Niosła za sobą tylko nieszczęście i śmierć.
Splunęła, by zaraz zanieść się przeraźliwym, duszącym kaszlem. Potrzebowała pomocy, ale nie wiedziała, gdzie może jej szukać. Miała przy sobie parę ziół, ale to nie mogło wystarczyć. Nie była w stanie opatrzyć się sama, potrzebowała uzdrowiciela, ale miała świadomość, że w tym stanie nie zdoła go odnaleźć. Gdy niedźwiedź wpadł w szał, stała chyba najbliżej i poniosła tego konsekwencje. Pal licho rany na gardle, pal licho utykanie na jedną z łap! Niedoszła ofiara rozorała lewą stronę jej pyska i choć wtedy adrenalina była zbyt wielka, by cokolwiek poczuła, teraz rana paliła żywym ogniem. Od tamtego czasu jakoś dziwnie widziała i miała bardzo złe przeczucie, że jedno z oczu jest w tym momencie jedynie krwawą miazgą.
Może będzie lepiej, jeśli zdechnie? Przerażała ją myśl o tym, że stanie się jednookim kaleką, zdanym na łaskę innych. Skryła się przed zimnymi podmuchami wiatru pod jedną z skalnych półek, nie zwracając uwagi na to, że do jej legowiska prowadzi niewielka strużka krwi. Skuliła się, oddychając chrapliwie. Nigdy nie sądziła, że sczeźnie w jakiejś brudnej norze. Przymknęła oczy, wykrzywiając jeszcze wargi w pogardliwym uśmieszku. Czym pogardzała? Nie miała pojęcia. Prawdopodobnie śmiercią. Teraz pozostało jej tylko czekać. Na łut szczęścia nie było co liczyć.

Skalne półki

#13
Szedł powoli przed siebie, lecz nijak nie przypominało to owego nieśpiesznego, dostojnego marszu, jakim zazwyczaj się poruszał. Stawiał chwiejnie kolejne kroki i utykał na tylną łapę. Przygarbiony, z wysiłkiem pokonywał kolejne metry, z ponurą miną, a w ślepiach dało się dostrzec zmęczenie i posępny gniew.
Nie prezentował się najlepiej. Do starych blizn dołączyły nowe rany, doskonale odznaczając się na tle jego czarnej, teraz niemiłosiernie zmierzwionej i miejscami przybrudzonej sierści. Część z nich zadał mu niedźwiedź, inne powstały już podczas późniejszej ucieczki. Bowiem umykając na oślep, w panice Maelvius kilkukrotnie potknął się i runął na kamieniste podłoże, co skończyło się kolejnymi skaleczeniami i siniakami. Szaleńczy bieg skończył się na sturlaniu ze stromego zbocza, u którego stóp przez kilka kolejnych chwil miotał się jak opętany, wrzeszcząc, wykrzykując przekleństwa i kłapiąc wściekle szczękami na widziadła, które miał przed oczyma. Stały nad nim i szydziły z niego, czekając, aż umrze. Rzucał się i warczał, próbując je przepędzić, póki przywidzenia w końcu nie ustały, a on sam zdał sobie sprawę z tego, gdzie jest i co właściwie się stało.
Wszystkie te rany oraz sierść posklejana zaschniętą krwią i brudem, których nie był w stanie do końca z siebie zmyć dobitnie podkreślały teraz brzydotę basiora, upodabniając go jeszcze bardziej do przeklętego ducha skazanego na wieczną tułaczkę po świecie. Ponury, bezsilny gniew płonący w ciemnych ślepiach jeszcze bardziej pogłębiał to wrażenie. Wnętrze basiora wypełniała nieprzyjemna mieszanina rozmaitych uczuć, które znał zbyt dobrze.
Znów był sam. Ponownie opuszczony przez tych, którym ufał. Zdradzony przez swych najbliższych. Rodzinę.
Kłapnął niecierpliwie szczękami, kiedy jakiś natrętny głosik w jego głowie zaczął mu wypominać, że to tylko i wyłącznie jego wina. Był głupi, nie powinien nikomu ufać. Wyburczał pod nosem kilka przekleństw, choć sam już nie wiedział, czy obraża Revirell, ów głos, czy siebie samego i swą bezgraniczną głupotę, przez którą popełnił ponownie ten sam błąd.
Przystanął, unosząc nieznacznie łeb, by się rozejrzeć. Dostrzegł, iż zawędrował w okolice skalnych półek, miejsca, które niegdyś należało do nich. Przybył tu w poszukiwaniu schronienia, jakiejś choćby niedużej dziury, do której mógłby wpełznąć i odpocząć choć odrobinę, zregenerować siły, zanim ruszy w dalszą drogę. Nie był co prawda pewien, czy pozostawanie w górach było dobrym pomysłem. W końcu od jakiegoś czasu kręciło się tu sporo obcych, a on był zbyt słaby, by stawić im czoła. Z drugiej jednak strony, nie miał również sił, by ruszyć dalej.
Nagle ujrzał coś, co od razu przykuło jego uwagę. Krew. Strużka posoki, prowadząca do jednego ze skalnych zagłębień. Pod nim spoczywało nieruchomo skulone, bure cielsko obficie splamione świeżą juchą, które wydawało się aż nazbyt znajome. Czyżby...?
Przykuśtykał bliżej, ostrożnie krocząc po niepewnym gruncie, by znowu się nie potknąć. Jeżeli jego oczy ponownie go nie myliły, pod tym kamieniem spoczywała jedna z jego dawnych towarzyszy. Zięba. Może jednak nie wszyscy uciekli... A może po prostu nie miała sił, by biec dalej? Tak rozmyślając powoli, lecz konsekwentnie zbliżał się do nieruchomego wilka. Dotarłszy na miejsce odetchnął z niejaką ulgą, widząc, iż boki samicy unoszą się i opadają w nieregularnym oddechu, jednocześnie krzywiąc się nieznacznie, gdy dostrzegł jej okaleczony pysk.
Gdy obserwował ją w milczeniu, nagle uderzyło go, jak bardzo ona teraz przypomina jego samego wtedy, gdy sam został poważnie ranny, a jego los zależał od jego brata. Gdyby teraz odszedł, skazałby ją na śmierć. Jednakże zostając i opatrując jej rany być może był w stanie wyrwać ją z objęć kostuchy.
W tym właśnie momencie jej życie zależy wyłącznie ode mnie. Od mojej decyzji, czy zdecyduję się jej pomóc, czy odejdę w swoją stronę. W tej chwili mam władzę nad życiem i śmiercią, przemknęło mu przez myśl, co wywołało wykrzywienie warg w krzywym uśmiechu.
Po chwili wahania powoli zbliżył się bardziej, by wreszcie wsunąć się pod skalną półkę w pobliżu wadery.
- Ziębo, to ja - odezwał się nieco bardziej ochrypniętym, niż zazwyczaj, niezmiennie wypranym z emocji głosem. Owszem, ucieszył się, że ujrzał kogoś z byłych Iskier żywego, lecz po prostu nie był w stanie tego okazać. - Nic nie mów, najlepiej postaraj się w ogóle nie poruszać. Zaraz coś na to poradzę.
Nie zważając na ewentualne protesty samicy, przystąpił do dokładnego oczyszczania jej ran. Trącił kilkukrotnie nosem jej bok, chcąc sprawdzić, czy ma gorączkę, uważnie obejrzał poranione ciało, fuknął kilkukrotnie, wymamrotał coś pod nosem, by na koniec wyplątać z sierści nieco lawendy i mięty. Przeżuwszy zioła dokładnie, rozprowadził powstałą w ten sposób papkę po zranionych miejscach. Skończywszy odsunął się nieco, by usiąść nieopodal i znieruchomieć z oczyma wbitymi w samicę.

//Maelvius zużywa lawenda x 1, mięta x 1

Skalne półki

#14
Żal, rozgoryczenie, gniew i ból, który rozrywał ciało jak i dusze wadery. Miała żal, do Revirell zwłaszcza. Jak mogła uciec? A reszta? Ona sama z resztą lepsza nie była, ale podążyła po prostu za stadem...
Pamiętała tylko, jak chciała pomóc Maelviusowi, pamiętała wzrok Lyv. Zanim niedźwiedź padł zdołał pokiereszować pysk i bok wadery, przez co, już nie połowa, ale większość jej kufy zdobiły teraz rany, które w przyszłości będą pokaźnymi bliznami. Na boku zaś zostaną podłożne pręgi po cięciach.
Szła potykając się i utykajac. Z ran na pysku sączyła się krew, zalewająca lico Sury i ograniczając jej wzrok. Miała ochotę płakać, z bezsilności, jednak duma jej tego zabraniała. Czuła jak jej futro lepi się od jej własnej, jak i niedźwiedzia posoki. Weszła na skraj skalnych półek, wyczuwając nosem znajome wonie. Czy jej szukali? A może była jednak nic nie wartym dla nich wilkiem?
Szła powoli, kulejąc na tylną łapę, podążając za zapachem. Gdy dostrzegła dwie sylwetki zbliżyła się na odległość dwóch metrów. Patrzyła na Maelviusa chwilę, by skierować wzrok na Ziębe, leżąca i wyglądającą z daleka jak trup. Jednak oddychała, co Czarną podnosiło lekko na duchu.
-co z nią?- powiedziała dosyć cicho, jej głos był pusty, a wargi lepiły się od krwi. Wydawała się martwa w środku. Drugo raz w swoim życiu.


Skalne półki

#15
Nie wiedziała, ile czasu minęło, odkąd położyła się pod jedną z skalnych półek i zamknęła oczy. Czuła jedynie ból i wielką nienawiść. Nienawiść do Revirell, ale też nienawiść do samej siebie. Jak mogła być tak głupia? Gdyby nie to całe zamieszanie z watahą, Kos dawno by już nie żyła, a sama Zięba byłaby już daleko stąd. Teraz zaś zdechnie tutaj, nie wypełniając jedynego i największego w jej życiu celu. Dała się omamić, skusić obietnicom Herszta i teraz ponosiła tego konsekwencje. Jakaś jej część chciała po prostu osunąć się w kojącą czerń, zostawić wszelkie problemy za sobą i odejść. Nie pozwalał jednak na to gorejący płomień furii i żalu. Musiała wstać i przeżyć za wszelką cenę, by w końcu dopaść Revirell i odpłacić się jej za wszystko, co uczyniła. Ach, gdyby tylko nie straciła więzi! Bywała w gorszych sytuacjach i zawsze wykorzystywała Splamionych do uleczenia samej siebie. Na pewno któryś z nich przeżył, nawet nie zawahałaby się przed sięgnięciem po siły życiowe, ale nie mogła tego uczynić. Ta myśl doprowadzała ją do szału, uświadamiając, jak bardzo jest w tym momencie bezsilna.
Z półsnu przebudził ją znajomy głos. Maelvius. Jak mogła być tak nieostrożna? Była przeraźliwie widoczna i dowolny obcy mógł niemile wykorzystać jej słabość. Poczuła ukłucie wstydu, że dawny towarzysz widzi ją w takim stanie. To uwłaczało jej dumie. Nie wiedziała co robić, czy nie powinna uciekać? Może on obwinia ją za to co się stało? Uświadomiła sobie, że nie ma szans. Nawet gdyby bardzo chciała, z pewnością by ją dogonił.
Zięba uniosła delikatnie łeb, obdarzając przybysza niepewnym spojrzeniem. Dopiero po chwili dotarły do niej słowa basiora. Głowa posłusznie opadła na łapy wbrew woli swej właścicielki. Pozwoliła mu się zbadać i opatrzyć rany, nie reagując w żaden sposób na dotyk. Skupiła się na swoim nierównym, chrapliwym oddechu. Muszę przeżyć. Była całkowicie zdana na jego łaskę, równie dobrze mógł ją w tym otruć albo dobić. Ta ostatnia perspektywa w gruncie rzeczy nie była taka zła. Gdyby nie paląca nienawiść do Revirell pewnie by go o to poprosiła.
Usłyszała kolejny głos. Sura. A więc jej nie zostawili. Jako jedyni z Iskier po prostu nie rozeszli się w swoje strony. Co więcej, martwili się o nią. Nie wiedziała, czy zdoła im po raz drugi im bezgranicznie zaufać, co nie wykluczało wdzięczności, którą teraz czuła.
- Dziękuję...Nie sądziłam, że tu przyjdziecie... Myślałam, że wszyscy po prostu uciekną... jak Revirell... - wymamrotała niewyraźnie, ostatnio słowo wypowiadając z wyraźnym niesmakiem.
Musieli się trzymać razem, przynajmniej na początku. Wieści szybko się rozchodzą i nie zdziwiłaby się, gdyby okoliczne wilki wiedziały już o upadku watahy z gór. Nie widziała dokładnie, w jakim stanie byli Sura i Maelvius, ale prawdopodobnie również nie najlepszym. Byli w tym momencie łatwym celem i powinni jak najszybciej się stąd wynieść. Rozdzielenie się oznaczało śmierć.
Zebrała się w sobie i wstała powoli, nie zważając na to, że jej łapy trzęsą się jak galareta. Z rozcięcia u nasady karku sączyła się krew. Dam radę. Wytrzymam. Kaszlnęła z dwa razy, dokładnie oglądając siebie i dawne Iskry. Pole widzenia było takie... inne, jakby ograniczone. Nie, tylko nie to. Owszem, przypuszczała, że... ale na pewno tak się nie stało!
- Moje oko... co z nim? - spytała cicho, wbijając przerażony wzrok w Surę.

Skalne półki

#16
Sylvam mógł wiedzieć już od samego początku, że rwanie się na niedźwiedzia nie będzie dobrym pomysłem. Cholera, powinien był pomyśleć jeszcze zanim rzucił się do walki przeciwko miśkowi z innymi, mimo, że po swojej stronie mieli Revirell, Ziębę i wszystkie inne Iskry. Powinien był być świadom tego, iż nie skończy się to dobrze, bo teraz skończył poobijany, na wpół ogłuszony i z bolącą jak jasny piorun głową. Nie wspominając już o tym, jak musiał wyglądać. Nawet nie chciał myśleć ani próbować oglądać swojego odbicia w jakiejkolwiek kałuży, bo byłoby to tylko kolejnym gwoździem do jego emocjonalnej trumny. Jednego był pewien, nie zamierzał pozostawać sam i być bezradnym, zbitym nieudacznikiem. Zwłaszcza, że ta szara, piekielna wadera mogła być gdzieś w pobliżu, a on miał u niej ewidentnie przesrane na wieki wieków, amen.
Zżył się poza tym z członkami Iskier. Lubił Maelviusa, Surę, Ziębę i innych, ba, ufał im i chciał z nimi trwać dalej, choć chwilowo ich losy były dość niepewne. Po Revirell i innej waderze nie było ani śladu, a polowanie na niedźwiedzia zakończyło się fiaskiem. Mimo wszystko, nie było sensu porzucać tego, co już mieli i wspólnie zbudowali.
Dlatego też srebrzysty, mimo tego, że dopiero co zwiewał gdzie pieprz rośnie po starciu z niedźwiedziem, zdecydował się odnaleźć ślady innych znajomych wilków i podążyć za nimi. Krok po kroku pewnie wszyscy by się nawzajem poodnajdywali. I tak było rzeczywiście, bo już po jakimś czasie napotkał gromadę znanych sobie wilków. Coś jednak działo się między nimi i samiec poczuł zdenerwowanie. Szybko zbliżył się do nich, aby zrozumieć o co może chodzić.
Oczy samca rozszerzyły się do nietuzinkowych rozmiarów kiedy ten zauważył stan, w jakim było jedno z oczu Zięby - zapewne główny powód całego tego zamieszania.
- Mam poszukać medyka? Jasna cholera, gdzie jest Revirell kiedy jest potrzebna?
Wiedział dobrze, że był w tej sytuacji całkiem bezużyteczny, ale usiłował jednak mimo wszystko wymyślić jakiś sposób, w jaki mógłby pomóc.

Skalne półki

#17
Czarny na dłuższą chwilę popadł w dziwne odrętwienie, a po jego umyśle plątały się rozmaite myśli. Trudna do opisania satysfakcja, jaką odczuł zorientowawszy się jak wiele teraz zależy od jego decyzji mieszała się z niegasnącym gniewem i rozgoryczeniem, które zazwyczaj towarzyszyło mu, gdy poniósł klęskę. Od czasu do czasu do głosy dochodził lęk, choć niepodobny do niedawnej paniki to wciąż paraliżujący. W jednej chwili ponownie stracił całkowicie poczucie bezpieczeństwa, które odzyskał w watasze. Teraz znów dobitnie zdał sobie sprawę z tego, jak wiele niebezpieczeństw czyha na niego w tej krainie.
Przez dłuższy czas siedział w kompletnym bezruchu. Dopiero przybycie kolejnego wilka odwróciło jego uwagę na tyle, by wyrwać go z dziwacznego zamyślenia. Drgnął, nieco zaniepokojony i rozejrzał się dziko dookoła. Jednakże równie szybko się uspokoił, kiedy przez duszący odór krwi przebił się doskonale znany mu zapach, a przy jego boku znalazła się żółtooka wadera. Na widok Sury kąciki warg drgnęły nieznacznie, jakby czarny już miał się uśmiechnąć, lecz jedynie na tym się skończyło. Jednakże w ciemnych ślepiach basiora na chwilę coś błysnęło, jak światło księżyca przebijające się przez chmury.
- Jest ranna i wyczerpana, jak my wszyscy. Musiała stracić dużo krwi... - mruknął bezbarwnym tonem, jednocześnie przyglądając się uważnie i Surze. Wzrok samca prześlizgnął się po sylwetce samicy, zatrzymując na świeżych ranach. Przez dłuższą chwilę tak ją obserwował w milczeniu, po czym sięgnął po kolejną łodyżkę lawendy i podał samicy. - Najpierw oczyść swoje rany, a potem to przeżuj i tym posmaruj. Jeżeli będziesz potrzebować z czymś pomocy, powiedz.
Westchnął, zerknąwszy z powrotem na Ziębę. Ledwie powstrzymał się przed prychnięciem. Cudownie. Wszyscy wyglądali jak ledwo żywi, poruszali się z trudnością, cuchnęli krwią i brudem. Gdyby teraz w te okolice zawędrowała ledwie jakaś banda awanturniczych podrostków, mieliby duże szanse ich pokonać. Tyle pozostało z ich dawnej rodziny. Zacisnął mocniej szczęki, a w ślepiach na nowo rozgorzał gniew.
Odwrócił się ku Ziębie nieco zbyt gwałtownie, co wywołało ból w poobijanym karku. Powstrzymał się od wydania jakiegokolwiek dźwięku, czy skrzywienia pyska.
- To naprawdę byłby cud, gdyby pazury nie uszkodziły tego oka. Ciesz się, że tylko jedno - mruknął ponuro. Zdecydowanie nie był w nastroju na żadne subtelności. Być może w połączeniu z jego beznamiętnym głosem zabrzmiało to niemalże okrutnie, lecz na chwilę obecną niezbyt się tym przejął.
Umilkł, postanawiając wreszcie zająć się oczyszczeniem własnych ran. Jednakże ledwie zdążył odkazić swoją śliną zaledwie część z nich, zbliżył się kolejny wilk. Równie szybko, co w przypadku Sury rozpoznał w nim dawnego towarzysza, c odrobinę poprawiło mu nastrój. Więc nie wszyscy uciekli... Z drugiej jednak strony, przerażała go łatwość z jaką inne wilki znajdowały tę kryjówkę.
Prychnął ni to gniewnie, ni to pogardliwie, słysząc słowa srebrzystego.
- Revirell? Zapewne teraz jest już daleko stąd i szydzi z bandy idiotów, którzy jej zaufali. Oczywiście zakładając, że już o nas nie zapomniała. Bądź też uznała za martwych - mruknął, kierując ponure ślepia na drugiego samca. - Opatrzyłem już jej rany na tyle, ile byłem w stanie. Jeżeli sam również potrzebujesz pomocy, powiedz. Jeżeli nie, proponowałbym poszukać wody, bądź też odpocząć a dopiero potem to uczynić. Jedno z dwojga.
Ostatnio zmieniony niedziela 12 mar 2017, 23:41 przez Maelvius, łącznie zmieniany 1 raz.

Skalne półki

#18
Obserwowała Ziębę uważnie. Skubana, wciąż się nie poddawała. Jednak gdy usłyszała imię dawnej przywódczyni, dreszcz przeszedł ją po plecach, a serce płonęło z gniewu. Przeniosła wzrok na Granatowookiego, a oczy wadery zdawały się uspokoić. Czuła się w miarę bezpieczna przy nich. Choć niewątpliwie dobra znajomość z Maelviusem wpływała pozytywnie na samopoczucie samicy. Jednak temu do idealnego stanu było jeszcze bardzo daleko. Wysłuchała "diagnozy" Splamionej, po czym drgnęła gdy ten począł jej się przyglądać. Uśmiechnęła się delikatnie gdy ten podał jej lawendę. Sięgnęła sama po swoje zapasy i wyjęła 6 sztuk krwawnika, z czego dwa nie nadawały się już do użytku z powodu czasu, jak i ostatnich wydarzeń. -Weź je, lepiej je teraz wykorzystasz ode mnie. I dziękuję. - skinęła łbem, gdy Zięba ponownie się odezwała. Jej oko.... A raczej jego brak, lekko zszokował Surę. Słowa Maelviusa jednak dobitnie opisały sytuację, zbyt dobitnie. Ciekawiło ją, co go opętało tam, podczas walki...

Wtem do uszu dobiegł dźwięk kolejnego wilka. Sylvan! Spojrzała na basiora, a kita mimowolnie zakołysała się, ukazując, że Czarna cieszy się na widok kolejnej z dawnych Iskier. Cieszyła się, że się odnaleźli, choć potrzebowali znaleźć lepszą kryjówkę. Trzeba na pewno przenieść Ziębę, reszcie też przyda się odpoczynek.

- Revirell zapłaci nam kiedyś za to. Będzie błagała o śmierć. - Rzuciła oschle, w dość agresywny i nietypowy sposób dla siebie. Czuła wstręt do Kruczycy całą sobą. Jednak po chwili wyprostowała się z powagą na pysku. W oczach tlił się ogień, gotów pochłonąć wszystko w okolicy, jednak póki co Czarna jeszcze nad nim panowała.

Przeniosła wzrok na Sylvana lustrując go, następnie na Ziębe, by znowu spojrzeć na Maelviusa. - Ja ogarnę się za chwilę. Musi być tu jakieś miejsce, byśmy mogli spokojnie się skryć i odpocząć. Tego teraz potrzebujemy. Musimy też pomyśleć co dalej. - zastrzygła uchem, po czym wplątała lawendę w swoją sierść. Najpierw obowiązki, potem zajmie się swoimi ranami. - Ziębo, dasz radę, w razie czego, przejść kawałek?


Skalne półki

#19
Przez chwilę targnął nią przeraźliwy strach o to, co będzie dalej. A więc jednak. Właśnie spełniły się jej najgorsze obawy. Jakaś jej część chciała krzyczeć, wyć z bezsilności i żalu za utraconą sprawnością. Nie mogła jednak tego okazać, nie mogła sobie pozwolić na chwilę słabości. Z powrotem rozgorzała w niej furia. Gdyby nie ucieczka Revirell, z pewnością nie doszło by do czegoś takiego. To wszystko tylko i wyłącznie jej wina. Nie mogę się złamać, pokażę wszystkim, że to mnie nie powstrzyma. Była wdzięczna Maelowi za szybkie przedstawienie sprawy. Wolała już pozorną oschłość niż podszyte pogardą fałszywe współczucie.
- Cuda nie istnieją - warknęła sucho, starając się opanować rozszalałe emocje.
Zakaszlała, zwracając wreszcie uwagę na srebrzystego basiora. Jego niewinność i brak pojęcia o tym, co dopiero się stało, rozbawiło ją znacznie, Mimowolnie uniosła kąciki ust, wbijając spojrzenie w przybysza. Jak on miał na imię? Zawsze wydawał się jej jakiś dziwny i nie przywiązywała do niego zbyt wielkiej uwagi. Wtedy miała ważniejsze sprawy na głowie, a dziś nie miała już okazji zapytać Revirell, na cholerę była jej obecność tego samca w watasze? Musiała jednak odłożyć na bok wszelkie uprzedzenia, w tym momencie przyda im się każda dodatkowa para kłów.
- Nie ma potrzeby szukać medyka, bo jest nim obecny tu Maelvius, za co jestem mu wdzięczna. Nie potrzebna nam żadna Revirell, doskonale poradzimy sobie bez niej. Wykorzystała nas wszystkich i porachujemy się z nią przy najbliższej okazji - mruknęła.
Lewa część pyska paliła żywym ogniem i musiała naprawdę mocno się powstrzymać, żeby nie jęknąć z bólu. Jeszcze nigdy w życiu nie czuła się tak źle. Wytrzymaj, Ziębo. Zaraz odpoczniesz. Byle tylko wydostać się z tych przeklętych gór, byle zejść niżej, gdzie nie będą aż tak widoczni.
- Wieści szybko się rozchodzą i nie zdziwiłabym się, gdybyśmy spotkali niedługo tutaj paru awanturniczych osobników. Proponuję chwilowo opuścić nasze pasmo i zaszyć się gdzieś u podnóży. I tak nie utrzymamy terenów, nie w tym stanie. Trzeba znaleźć jakieś spokojne miejsce, odpocząć i pomyśleć, co dalej - powiedziała, marszcząc pysk w jakimś dziwnym grymasie bólu i gniewu.
Nie zamierzała się kłócić. Gdyby Maelvius uznał, że prawdopodobnie nie da rady przebyć tak długiej drogi, nie oponowałaby. Miała świadomość, że prawdopodobnie będzie wlec się na końcu i rzygać co dwa kroki, zostawiając za sobą niezatarte wrażenia i ślady. Ale musiała dać radę, do cholery! Nie po to przecież doczołgała się aż tutaj, żeby teraz po prostu odpuścić. Ocalałe oko poczęło powoli wodzić po byłych Iskrach.
- Nie tak łatwo wpędzić mnie do grobu. Dam radę - wychrypiała.

Skalne półki

#20
Ciężko jej było logicznie wytłumaczyć co się wydarzyło, z resztą nie miała czasu się zastanawiać, pobiegła za wilkami z watahy nie zwalniając ani na moment. Pierwszy raz miała styczność z niedźwiedziem, ale nie chciało jej się wierzyć, że tak właśnie wygląda starcie z tym ssakiem. Drugą sprawą była jej opiekunka, która uciekła jako pierwsza i nawet na Lyv nie spojrzała, teraz też mimo iż waderka siedziała w towarzystwie kilka chwil Ziębę nie interesowała jej osoba, młoda obstawiała nawet, że jakby tam padła to i tak dla Burej byłoby to tylko pozbycie się zbędnego ciężaru z głowy, a nie problem i powód do rozpaczy. Oczy białej wypełniły się łzami, nie mogąc jednak pozwolić by ktokolwiek to zobaczył przetarła szybko ślepka łapą. Czy była problemem? Czemu każdy usilnie próbował się jej pozbyć? Może nie zasługiwała na życie i jej przeznaczeniem było zdechnąć z rąk wuja kilka miesięcy temu? Lyvarris zaczęła obwiniać się o rozpad Iskier, o ucieczkę Revirell, nawet brak oka Zięby. Schowała się w cieniu i przyglądała z daleka całej sytuacji, nikt nie traktował jej jak członka stada, nikt o niej nie wspominał, nikt nie patrzył, czuła się jak duch. Mimo iż z powodu łez mała nie widziała wyraźnie to siedziała dumnie wyprostowana. Mimo żalu do Zięby czekała by upewnić się, że ta przeżyje. Mimo przykrości jaką sprawiły jej Iskry trwała u ich boku. Nienawidziła siebie w tej chwili, za tą słabość i cholerną potrzebę czucia się kochaną, posiadania rodziny. Uwierzyła Ziębie, że ta zapewni jej dom i radość, której szukała od miesięcy, powierzyła jej swoje życie i serce, starała się dla niej podczas pierwszej walki i niedźwiedzia też atakowała dla Burej, a ona ją tak oszukała. Twarz szczenięcia coraz bardziej wypełniał grymas bólu i żalu. I choć bardzo mocno nienawidziła swojej opiekunki nie pozwalała sobie na płacz, by Splamiona dalej mogła być z niej dumna, nawet jak jej dłużej nie chciała.
Obrazek

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron