Rzeczne meandry

#71
Kły wbiły się u nasady szyi Dzierzby. Czuła ciepło posoki w pysku. Wzmacniając uścisk, postanowiła spróbować przygwoździć waderę do ziemi, zniżyć ją do parteru. Łapy z pazurami drapały jej ciało, a z gardła wydobywał się warkot. Wiedziała, że nie może czuć się zbyt pewnie. Jednak nie miała ochoty teraz uciekać. Uważała tylko, by rywalka czasem nie przechyliła szali zwycięstwa w swoją stronę. Starała sie zachować czujność, by móc w razie czego uniknąć ciosu z jej strony. Jednak chęć wygranej wzburzała krew płynącą w jej żyłach. Czuła się jak dawniej. Nie da jej wygrać.


Rzeczne meandry

#72
Co? Jak to? Jak mogła nie trafić! Jak? Była niezwykle wściekła na samą siebie. Dlaczego jej matką musiała być Kos? Dlaczego musiała przejąć złe geny? Dlaczego los odwracał się od niej w kluczowym momencie walki! Czemu musiała odziedziczyć tę niesłychanie przydatną umiejętność nietrafiania w cel? Mimowolnie szukała jakiejkolwiek wymówki, choćby najgłupszej. Niby wiedziała, że to głupie i całkowicie nieprawdziwe... Ale nie znosiła przegrywać i szaleńczo wierzyła w to, że każde niepowodzenie nie jest jej winą. Poczuła waderę uwieszoną u jej szyi. Dobre zagranie, ale ona umiała wybrnąć z problemu. Wszystko stoczone pojedynki - a było ich sporo - sprawiły, że nawet nie zastanawiała się nad tym, co czyni. Nie szarpała się, próbując się uwolnić z kłów przeciwniczki. W ten sposób tylko pogłębiłaby ranę. Zamiast tego nadepnęła na jedną z łap wadery i przeniosła na nią ciężar swojego olbrzymiego cielska, jakby chciała ją wgnieść w ziemię. Miała nadzieję, że nagły ostry ból sprawi, że Sura na chwilę poluzuje ucisk. Nie pozostawała też bierna w ataku. Pozwoliła waderze przyciągnąć się do ziemi, sama wykonując ten ruch, by nie pogłębiać rany. Musiała wygrać, nadrobić utraconą przewagę. Teraz każdy cios się liczył. Kły błysnęły nagle, gdy Dzierzba z impetem uderzyła na kark przeciwniczki, chcąc poranić ją przy możliwie najmniejszych stratach.

Rzeczne meandry

#73
Sura - atak na Ziębę 10+1
Zięba - unik 7 - powodzenie
% unikniętych obrażeń 5 - razem 54%
Zięba przyjmuje na siebie 7 obrażeń
Zięba otrzymuje krwawienie [-2pż/turę]


Zięba - atak na Surę 10+1
Sura - unik 5 - porażka
Sura przyjmuje na siebie 13 obrażeń
Sura otrzymuje krwawienie [-2pż/turę]


Stan obecny postaci:
Sura 63pż 100e
Zięba 69pż 100e
[uwzględniono krwawienie]


Obydwie samice zaatakowały z taką wielką werwą i siłą, że ich kły wbiły się głębiej w ciało przeciwniczek niż dotąd i przerwały wiele naczyń krwionośnych, wywołując krwawienie. Rany roniły jeszcze więcej krwawych łez a posoka sklejała niegdyś dumne i piękne futra, wadery jednak zdawały się nie zwracać na to większej uwagi i kontynuowały walkę. O ile Ziębie udało się nieco wyrwać z uścisku szczęk Sury i złagodzić przeprowadzony na nią atak, Sura już nie miała tyle szczęścia. Jej ciałem wstrząsnęła moc ataku Zięby, który tym razem utoczył jej wiele krwi.

Rzeczne meandry

#74
Ból w łapie spowodował, że wygięła się wręcz nienaturalnie, co pozwoliło Dzierzbie ją zaatakować. Czuła jak jej własna posoka, jak i wadery coraz mocniej wypływają z ich ciał. Wywróciła się na plecy, by łapami odrzucić ją od siebie. Wystarczyło już tego dobrego. Rozgrzały mięśnie.
-Wystarczy.-powiedziała stanowczo, nawiązując kontakt wzrokowy. Nie można dopuścić do tego, by pozabijały się nawzajem. Ale cóż, przynajmniej Maelvius miał darmowe przedstawienie.
Kurz i krew oszpeciły krucze futro, jednak pysk wykrzywił się w uśmiechu. Nie miała zamiaru atakować. Prędko odskoczyła od wilczycy, uważnie przypatrując się, czy ta nie będzie jednak chciała utoczyć jeszcze więcej krwi.


Rzeczne meandry

#75
Krew. Była wszędzie. Cała postać wadery była upstrzona plamami posoki. Odpowiadało to jej, bo to w otoczeniu karminu czuła się najbezpieczniej. W dodatku wyglądało na to, że znów wygrywała. Odskoczyła szybko po druzgocącym ciosie, który zadała Surze, wciąż nabuzowana emocjami. To było wspaniale... jeden z lepszych ruchów w jej życiu. Kątem oka zauważyła, że przeciwniczka się przewraca. Zaśmiała się i ruszyła na nią, całkowicie ignorując próby nawiązania kontaktu wzrokowego. Będąc w ferworze w walki, wciąż patrzyła się w nicość, zaślepiona furią, całkowicie przeoczyła sygnał wadery. Ignorując promieniujący z ran ból skoczyła na Surę, chcąc przygnieść ją do ziemi... I wtedy właśnie, w locie, dotarły do niej słowa wilczycy. Co miała zrobić? Wyprężyła się jak struna, próbując zmienić trajektorię skoku i przeskoczyć przeciwniczkę. Na szczęście, tym razem udało jej się. Wylądowała nieco za Surą, opadając miękko na cztery łapy. Na jej pysku wykwitł paskudny uśmiech. Wygrała. Pokazała swoją wartość. Wyszczerzona Splamiona powolnym i dumnym krokiem podeszła do wadery, by znaleźć się na przeciw niej.
- Wystarczy - powtórzyła, patrząc przeciwniczce prosto w oczy. Oddychała spokojnie i miarowo.
- Wygrałam - stwierdziła po chwili, kiedy jej wnętrze się uspokoiło, a cały szał bitewny wyparował. Jeśli Sura nie będzie chciała tego przyjąć, była gotowa na kolejną potyczkę.

Rzeczne meandry

#76
Wstała, otrzepawszy futro z kurzu. Na szczęście Dzierzba nie wylądowała na niej, bo nie skończyłoby się to zbyt dobrze. Czuła jak ból rozchodzi się po jej ciele, a krew zaczęła lekko parzyć. Jednak nie dawała po sobie tego znać. Następnym razem, odpoczynek przed sparingiem. Uśmiechnęła się do siebie w duchu. Wtem do jej uszu doleciało słowo "wygrałam."
Odwróciła łeb w stronę wadery, mierząc ją wzrokiem. Zwycięstwo? Pomyślała. -Niech ci będzie.-powiedziała spokojnie, po czym uśmiechnęła się kącikiem pyska. Niech Dzierzba zaspokoi swoją próżność.- Choć nie jest wielkim sukcesem, pokonać kogoś świeżo po polowaniu.- wzruszyła łopatkami. Spojrzała na rany Dzierzby. Wyrównana walka. No cóż. Ciekawe jak by było, gdyby ciosy sarny nie dawały się we znaki. Wyplątała z sierści jeden krwawnik i położyła przed waderą. -Ponoć pomaga na krwawienie..- powiedziała po czym wyjęła drugi i poczęła go żuć. - Smakuje lepiej jak mieszanka Oriona- spojrzała na Maelviusa, który swoją obecnością dalej raczył ich towarzystwo.


Rzeczne meandry

#77
Zmarszczyła lekko nos, słysząc słowa wadery. Przez chwilę znów targnęły nią silne emocje, ale tym razem zamaskowała je całkowicie. Musiała naprawdę mocno się wysilić, by nie dać się ponieść swojej porywczości i nie palnąć czegoś głupiego.
- Owszem, pokonanie kogoś po polowaniu nie jest zbyt wielkim osiągnięciem... o ile rany tego kogoś sprawiają, że jest niezdolny do walki. Podziwiam to, że mimo ciosów sarny walka była tak wyrównana. To dobrze świadczy o twoich umiejętnościach bojowych. W innym wypadku nie chełpiłabym się zwycięstwem - powiedziała w końcu.
Dopiero teraz poczuła ból, promieniujący z wszelkich ran. Oczywiście - jak na Dzierzbę przystało - zbagatelizowała go zupełnie. Nigdy nie przejmowała się obrażeniami, toteż ruch Sury nieco ją zdziwił. Z zakłopotaniem patrzyła na jej poczynania. Widać było, że nie wie, co wyczynia druga samica. W końcu jednak poszła w jej ślady i zaczęła powoli przeżuwać zioło. Badała jego smak i fakturę najdłużej jak się dało. W końcu krwawnik stał się tylko bezkształtną masą, przełknęła więc , czekając na efekty.
- Dziękuję za walkę i pomoc, sama bowiem nie znam się zbytnio na ziołach... - skinęła lekko głową w ramach podziękowań, po czym przysiadła i spojrzała wyczekująco na samca.

Rzeczne meandry

#78
Przez cały ten czas Maelvius leżał nieruchomo w pobliskich zaroślach, nie spuszczając swych granatowych ślepi z walczących samic, wydając się przy tym wręcz upajać widokiem rozlewu krwi. Obserwował bacznie każdy ich ruch, wsłuchując się w ich warkot i wdychając głęboko w płuca powietrze przesiąknięte wonią wilczej posoki. Choć nie walczyły na śmierć i życie, obie robiły to niezwykle zaciekle, pragnąc zwycięstwa.
Trzeba przyznać, że to swoiste przedstawienie ponownie poprawiło humor basiora, na nowo uciszając palący gniew, który z rozszalałego pożaru znów zmienił się w delikatny płomień, żarzący się gdzieś na dnie jego duszy. Nie mógł on zgasnąć całkowicie, wciąż tam pozostawał, powoli, lecz skutecznie zatruwając jego umysł. Przez wiele lat palił się nieustannie, pogłębiając czające się w jego wnętrzu lęki i nienawiść, powoli, lecz nieubłaganie spychając go w odmęty szaleństwa, w ślad za własną matką, tą samą, która ukochała go bardziej niż wszystko inne na tym świecie, wliczając w to i jego braci.
Czerpał przyjemność z samego widoku rozrywających skórę kłów i woni krwi. Było to widoczne aż nazbyt w roziskrzonych granatowych ślepiach i błąkającym się na wargach cieniu uśmiechu. Śledził wzrokiem każdą strużkę karminu, ściekającą po czarnej bądź burej sierści, jaką był w stanie dostrzec. Nie chciał przerywać walki, lecz gdzieś tam na skraju umysłu czarnego czaiła się myśl, iż będzie zmuszony to uczynić, jeżeli samice posuną się zbyt daleko. Nie mógł narażać życia jakiegokolwiek członka jego stada.
Na szczęście nie musiał tego robić, bowiem wadery wkrótce postanowiły przerwać potyczkę. Na jego oko, walka była dosyć wyrównana, z nieznaczną przewagą Dzierzby, co wynikało zapewne z jej większej siły, jak i zmęczenia Sury po niedawnym polowaniu.
Skłamałby, gdyby powiedział, że gdzieś tam na dnie serca nie poczuł delikatnego ukłucia żalu, kiedy walka się skończyła.
Niemniej wstał i wpierw się przeciągnął, chcąc rozprostować zdrętwiałe od dłuższego bezruchu kończyny. Dostrzegając spojrzenie samic, nieśpiesznym krokiem skierował się z powrotem ku nim, z typowym dla siebie, obojętnym wyrazem lica. Jedynie w granatowych oczach dało się dostrzec przygasające powoli dziwne ogniki.
Zatrzymał się nieopodal samic, wykrzywiając wargi w krzywym uśmiechu.
- To była bardzo wyrównana walka. Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem - mruknął, obrzuciwszy obie uważnym spojrzeniem. Dostrzegł, iż Sura już wcześniej zdecydowała się użyć krwawnika aby opatrzyć swoje i przeciwniczki rany, co poniekąd go ucieszyło, gdyż nie musiał znacznie uszczuplać swych własnych zapasów. Jednakże mimo to zdecydował się na wyplątanie ze swej sierści dwóch liści aloesu, po czym podał po jednym każdej z samic. - Aloes. - wyjaśnił. - Ma działanie odkażające, zapobiega infekcjom. Rozprowadźcie jego sok po zranionych miejscach - polecił krótko, rzeczowym tonem.
Następnie rozejrzał się wokół, jakby chcąc się upewnić, czy odgłosy i woń walki nie zwabiły tutaj jakiś nieproszonych gości. Na szczęście byli sami. Zerknął z powrotem na samice.

Rzeczne meandry

#79
-Też zbytnio się na nich nie znam.- uśmiechnęła się kącikiem pyska po nieoszpeconej stronie głowy. -Dlatego dobrze, że mamy Maelviusa.- zarechotała gardłowo, skierowując na chwilę wzrok na basiora, by ponownie skupić wzrok na Dzierzbie.- Również dziękuję za walkę. Kiedyś trzeba będzie to powtórzyć.- uśmiechnęła się łobuzersko, żując przy tym krwawnik i połykając go w końcu.
To musiała przyznać, Dzierzba była dobrym wojownikiem. Na pewno nie raz przysłuży się watasze, wiec jest dobrze. Na pewno lepiej mieć ją za sojusznika, niż za wroga. Choć chętnie zobaczyłaby waderę walcząc na śmierć i życie. Na wojnie. Ta myśl wywołała lekki cień uśmiechu na pysku, który szybko stłamsiła. Rany zaczęły szczypać.
Wysłuchała co Maelvius miał do powiedzenia, przytakując mu. Wzięła jeden aloes wchłaniając jego woń. Warto zapamiętać tak cenne rady dotyczące ziół. Wyłożyła się trzymając w pysku liść i poczęła rozsmarowywać sok po ranach, zgodnie z poleceniami Granatowo okiego. Humor jej dopisywał. Walka była naprawdę świetna, dodatkowo, obyło się bez większych szkód.
-Niedaleko stąd jest rzeczka. Chyba dobrze byłoby obmyć te rany, co?- spojrzała na Dzierzbę, a później na Maelviusa jakby czekając na jego aprobatę. W jej oczach urósł do rangi medyka, a nie tylko kogoś, kto był razem z nią ofiara boskich chorób.


Rzeczne meandry

#80
Nie był do końca pewien, jaka była w ogóle pora dnia. Słońce może i oświetlało ziemię, ale mógł być to jednocześnie ranek, jak i późne popołudnie. Wiedział, że wyruszył wieczorem. Tylko... skąd wyruszył? I co ważniejsze, dokąd zmierzał? Czy kogoś szukał? Zupełnie, jakby urodził się poprzedniego wieczora. Ale nie mały, bezwłosy i ślepy. Tylko taki, jakim był teraz, wysoki, szczupły i czarny, jak węgiel. Nie pamiętał nic, co było przed poprzednim wieczorem. Wiedział tylko, że na początku łupało go w głowie i że z jakiegoś powodu zdecydował się wyruszyć podróż. Nie wiedział tylko dokąd i w jakim celu. A kim właściwie był? Jak miał na imię, gdzie jego rodzice i rodzeństwo? W jego głowie pojawił się narastający powoli niepokój. Naprawdę był tylko samotnym, głodnym szczenięciem, które może paść ofiarą niemal każdego drapieżnika. Choćby borsuka. Powinien czym prędzej znaleźć kogoś, kto stanie w jego obronie i przede wszystkim, kogoś kto go nakarmi. I ogrzeje. Szczeniak czuł się słaby i bezbronny.
Ponure rozmyślania pełne niewiadomych przerwała nieznana woń, która dotarła do jego nosa. Jako urodzony łowca, już w tym wieku miał niesamowicie wyczulony węch, co pozwoliło mu stwierdzić, że zbliża się do małej grupy wilków. Wydawało mu się, że wiatr wiał w jego stronę, toteż wilki miały nie dowiedzieć się o jego obecności, dopóki nie pojawi się i nie wyda wyraźniejszego dźwięku. Słyszał rozmowę, ale jej nie rozumiał, mając do dyspozycji tylko urywki.
Brak w nim było strachu, tak charakterystycznego dla szczeniąt. Z dumnie uniesionym czarnym łbem wysunął się z zarośli i czujnie zlustrował samice. Samcowi posłał osobne, pełne wątpliwości spojrzenie.
- Dzień dobry. - przemówił, starając się brzmieć poważnie, co w rzeczywistości mogło zabrzmieć nieco komicznie. Wtedy to jakby na zawołanie, podrostka opuściły wszystkie siły i cała pewność siebie. Nagle jakby zwiędnął i skulił się. Oklapły mu uszy i uświadomił sobie, jak bardzo bolą go łapy i jak bardzo jest mu zimno. - Nie macie czasem czegoś do jedzenia? Zupełnie się zgubiłem i... zmarzłem. - wyznał ze skruchą, czując podświadomie, że młodzieniec jego rozmiaru i w jego wieku nie powinien się tak skarżyć. Ale wiedział też, że to jedyny sposób, w jaki na razie mógł zdobyć pożywienie,
Obrazek

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron