Cmentarzysko

#1
Źródło: Wikipedia


Pośród piasków powstałej na zachodzie krainy pustyni dostrzec można miejsce, które wyraźnie odcina się od otaczającego krajobrazu. Cmentarzysko zyskało swoją nazwę dopiero po latach, zaczynając jako miejsce śmierci jednego ze stad kopytnych, które zamieszkiwały te ziemie, zanim susza obróciła je w okolicę nieprzyjazną wszelkiemu życiu. Z biegiem czasu stało się celem pielgrzymek starych osobników, poszukujących ostatecznego miejsca niezakłóconego spoczynku. Tą wyschniętą, naznaczoną spękaną ziemią, płaską równinę pokrywają szczątki niezliczonych szkieletów jeleni i innych dużych roślinożernych ssaków.



Rośliny: Brak
Zwierzęta: mysz, żmija

Cmentarzysko

#2
Snuł się ospale, łapę za łapą stawiając ciężko, opornie, jak gdyby otaczający go eter nabrał gęstości cieczy. Zwieszony luźno łeb o szlachetnych, delikatnych rysach i połyskujących fioletem oczętach, poruszał się ledwie zauważalnie w rytm leniwych kroków. Tempo narzucił powolne, gdyż nigdzie nie było mu spieszno. Dawno już zaprzestał poszukiwań matki, pewien, że oślizgłe robale pożarły truchło, kawałek po kawałeczku, a jeśli jednak gdzieś tam żyła, daleko stąd… To najwyraźniej już go nie chciała. Skrzywił się na tę myśl, rozciągając urodziwe lico w brzydkim grymasie niezadowolenia i złości. Nawet kapryśna, brzydka mina nie była w stanie ująć mu uroku. Był zwyczajnie piękny, niby chodzące dzieło sztuki, choć wciąż nieświadomy własnej urody. Nie licząc Faviryael, nie miał jeszcze sposobności, aby obcować z wilczym gatunkiem, uparcie unikając ścieżek uczęszczanych przez drapieżniki, a Ona… Ona nigdy nie powiedziała mu niczego miłego. Prychnął. Naturalnie, jakaś część jego jestestwa rodzicielkę kochała, wszakże był krwią z jej krwi, jedynym synem, jednak cała reszta darzyła Fiołkowooką płomienną nienawiścią. Jak śmiała odejść?! Przystanął, wykrzywiając smukłą sylwetkę w łuk, jakby porażony krótkim paraliżem. Śnieżnobiałe, długie włosie stanęło dęba, a z gardzieli dobył się nieokreślony dźwięk, na kształt warkotliwego skowytu. Zawtórował mu głuchy huk ciała uderzającego o twardy, suchy grunt. Podrostek skulił się, podwijając do tułowia wszystkie cztery kończyny, a także klin głowy. Jak śmiała?! JAK?! Hebanowy, wilgotny nos wtulił w sierść porastającą pierś. Wyobrażał sobie, że to puchate kosmyki matki. Były ciepłe i miękkie, zupełnie jak ona. Nawet pachniały tak samo. Zatrząsł się i mocno zacisnąwszy powieki, znieruchomiał na dobrych parę minut, zaciągając się własnym zapachem. Przyjemną wonią lawendy i jeżyn, kojącą zmysły i z lekka otumaniającą. Trwał tak, a świat zewnętrzny przestał dlań istnieć. Liczył uderzenia serca, a doszedłszy do stu, wyprostował kark i uchylił zatrzaśniętą dotychczas mordę, pozwalając zatrzymanemu w płucach powietrzu opuścić organizm. Powoli, ostrożnie i nieco niepewnie otworzył ślepia, w których purpura przeplatała się z lazurem. Maksymalnie rozszerzone źrenice głęboką czernią niemal dominowały cały obszar oka, nim skurczyły się, gdy języki słońca liznęły ich powierzchnię. Samczyk wziął kilka płytkich oddechów, w następnej zaś chwili wstał niespiesznie. Dopiero teraz powiódł wzrokiem, na powrót pełnym znużenia i chłodnej obojętności, po najbliższej okolicy. Porozrzucane w nieładzie szkielety obdarzył zdawkowym zainteresowaniem, zbliżając się do ładnie wyglądającej czaszki. Kąciki smukłego pyszczka momentalnie podjechały ku górze, gdy łapą trącał obiekt. Raz, drugi, trzeci. Cześć, przyjacielu. Co tu robisz? Obszedł znalezisko kilkukrotnie, zanim usadowił się naprzeciw. Widziałeś może kiedyś, jak śpiewają gwiazdy, gdy Księżyc nie patrzy? Przednie kończyny w akompaniamencie cichego szmeru przesunęły się po spękanym gruncie, gdy młodzian zsunął się do pozycji leżącej. Wciąż świdrował wzrokiem puste oczodoły. W tym samym momencie puszysta kita zakołysała się z lewa na prawo i z powrotem, zgarniając drobiny piachu. Pył oblepił białawe włosie, wplątując się między zmierzwione kosmyki i przyciemniając ich naturalny kolor o ton, albo i dwa. Nienazwany westchnął bezgłośnie, ponaglająco, acz nie doczekał się odpowiedzi ze strony kości. Minuty mijały bezlitośnie. Dlaczego czas nie mógłby stanąć w miejscu? Dlaczego wciąż pędzi naprzód? Zawiódłszy się po raz kolejny na istotach żywych, pokręcił łbem na boki, by następnie ułożyć go na ziemi i przymknąć do połowy swe nietuzinkowe patrzałki. Bez sensu. Wszystko jest bez sensu.
Słońce zawisło wysoko nad horyzontem, przypiekając jasne futerko. Podrostek zdawał się jednakowoż niewzruszony ni upałem, ni ciężkością unoszącego się nad cmentarzyskiem powietrza. Cichutko, w milczeniu leżał obok niezbyt rozmownego bytu, stykając się bokiem głowy z gładką powierzchnią masywnej czachy roślinożercy. Czy miał nadzieję, że dane mu będzie dosłyszeć głos z zaświatów? Och, chyba nawet nie zdawał sobie sprawy, że zwierzę nie żyje. Przynajmniej nie tak zupełnie. Pogrążony w splątanych ze sobą sieciach myśli, odpoczywał. Wszakże zasłużył na krótką przerwę. Nieduże, drobne ciałko otulone płaszczem sierści w barwach porannej mgły, nie odcinało się na tle szarawego krajobrazu, niemalże idealnie wpasowując w liczne, białe kształty, ścielące bury grunt. Czuł się teraz jednym z nich – tych, którzy usnęli na zawsze, nie mogąc opuścić pustych, martwych połaci terenu. Z tą różnicą, że on mógł po prostu wstać i ruszyć w dalszą drogę. Ich wędrówka już dobiegła końca. Tylko dlaczego, do cholery, nie mogli mówić?!

Cmentarzysko

#3
Poruszała się tak lekko, tak miękko i harmonijnie jak jej matka i gdyby nie te ślepia, byłyby nie do odróżnienia. Ona jednakże tego nie wiedziała, pamiętała matkę lecz nie na tyle dokładnie. Oczywiście, ojciec mawiał że jest jej wierną kopią jednakże to było dawno, dawno temu. Zanim ją opuścili. Nie wierzyła już w to, ażeby ktokolwiek z jej rodziny żył, pogodziła się z tym. Tęskniła, normalne, ale wmawiała sobie że przecież nie przeminęli. Żyją, jako ona. Ma przecież czarne ślepia swojego ojca i śnieżne futro matki, a głos Voulke był głosem, który słyszała zawsze kiedy do kogokolwiek się odzywała. Nawet pod tym względem była identyczna. Och, o ile już do kogoś się odzywała bo od dawna nie spotkała nikogo ze swego gatunku. Celowo. Dopiero teraz odważyła się wrócić i wkroczyła do krainy wokół której tak długo krążyła. Przystanęła na granicy cmentarzyska, niby wytwór wyobraźni, zwiewna fatamorgana bądź zagubiona dusza, zbyt drobna i smukła aby być rzeczywistością. Z urodziwego lica psując całkowicie przyjemne wrażenie patrzyły ślepia matowe, czarne i puste jakoby opustoszałe z uczuć. Co za ironia losu, kiedy młoda Vasija była tak pełna uczuć, wyszarpujących się z jej drobnej duszy nieomal boleśnie.
Teraz wątpiła, czy chce mieć kontakt z tamtym. Nie wyglądał zachęcająco, chociaż budził zainteresowanie i chyba współczucie. Nie potrafiła dobrze określić w jakim jest wieku, aczkolwiek dorosły nie był, to pewne. Nie postąpiła kroku dalej. Obserwowała.

Cmentarzysko

#4
Leżał. Leżał w zupełnym bezruchu. Mijały sekundy, minuty, może nawet długie godziny. Słońce przesunęło się, zawisło nisko nad horyzontem, gdy młodzian zdecydował się podnieść ciężką kurtynę powiek, równocześnie dźwigając nieco wyżej klin łba. Dwubarwne spojrzenie zawiesił na pustych oczodołach milczącego towarzysza, uparcie świdrując nicość, sięgającą daleko w głąb mieniącej się bielą, potężnej czachy. Dopiero po dłuższej chwili zdecydował się objąć wzrokiem najbliższą okolicę. Jakież było zdziwienie Nienazwanego, kiedy dostrzegł majaczącą w oddali sylwetkę! Aksamitne futro nastroszyło się nieznacznie, urodziwe lico zaś rozciągnęło w grymasie równie nieprzyjemnym, co w pewien sposób drwiącym. Błysnęły koniuszki szablastych kłów, wyłaniając się spod ciemnych warg, idealnie kontrastujących z mlecznym kolorem sierści.
Krótki paraliż uniemożliwił mu dźwignięcie się na łapach i podjęcie jakichkolwiek działań. Mieszanina strachu i dziwnej, nieuzasadnionej pogardy, skutecznie przytrzymała smukłe ciało Fiołkowookiego w miejscu, patrzył więc tylko ku nieznajomej, nie pozwalając żadnej z niechcianych emocji zaburzyć okrutnie doskonałej maski zobojętnienia, ściśle przylegającej do pyska. Dokładnie tak, jak uczyła go matka. Poza zdawkowym zainteresowaniem, nie zaszczycił wilczycy zupełnie niczym.
Wkrótce wstał, oswoiwszy się z obecnością przedstawiciela własnego gatunku. Czyżby nadszedł czas konfrontacji? Wszakże poza rodzicielką, nie było mu nigdy dane zaznać wilczego towarzystwa i choć – zdawać by się mogło – znał wszelkie zachowania od strony teoretycznej, oto po raz pierwszy miał zmierzyć się z praktyką. Zdziwił się niezmiernie, gdy serce zabiło mocniej z ekscytacji, a kosmyki nastroszyły się jeszcze bardziej. Z trudem zapanował nad puszystą kitą, chcącą zakołysać się mimowolnie łagodnym rytmem. W tym właśnie momencie z przerażeniem uświadomił sobie, jak ciężko jest zdominować własny organizm, zmuszając do bezruchu.
Przywołał w pamięci niezliczone razy, kiedy matka boleśnie uderzała go zębiskami, karcąc za każdy, choćby najdrobniejszy przejaw uczuć, odbijających się w reakcjach ciała, czy też malujących na powierzchni barwnych ocząt. Pomogło. Chłód, skrywany na dnie duszy rozlał się leniwie, wypełniając każdy zakamarek jego jestestwa. Stał więc tylko, niżej zwiesiwszy głowę, i przyglądał się Czarnookiej beznamiętnie, jakby w oczekiwaniu na jej ruch.

Cmentarzysko

#5
Dziwne spotkanie, on pierwszy raz w życiu spotykał inne wilcze istnienie, pomijając Faviryael, ona pierwszy raz od dłuższego czasu. Zastanawiała się nad sensem podchodzenia do osobnika, nie wyglądał zachęcająco ani miło, jego reakcja także nie pomogła jej w podjęciu decyzji. Nie była pewna na czyim terenie jest i czy nie oberwie za przekroczenie granic, ale młodzik nie wyglądał groźnie. Zawsze mogła uciekać, przekonała się nie raz że jest godną spadkobierczynią przydomka matki. Przestąpiła niepewnie z łapy na łapę co zepsuło urokliwe wrażenie fatamorgany, teraz była po prostu młodą wilczycą, jakąś małą, z śmiesznym ogonem i czarnymi ślepiami, ale jednak żywą i realną. Jeszcze ów nieszczęsny ogon zawinął się w malowniczy precel na grzbiet, Vasi chciała sobie w ten sposób dodać pewności, nie wiedziała jeszcze że wygląda to źle. Ostatecznie, ruszyła w kierunku Nienazwanego nie dając po sobie poznać ani trochę że czuje się niepewnie. Robiła wrażenie jakby teren znała, nawet jej precel ruszał się łagodnie z prawa do lewa wachlując nad grzbietem i mierzwiąc futro na nim. Kiedy stanęła na kilka kroków przed Nienazwanym, zamarła wpatrując się urzeczona w fiołkowe tęczówki, poznaczone błękitem. Nie mógł wiedzieć że właśnie na oczy tak się głupio gapi, bo przecież jej własne były tak ciemne, że nie sposób było odróżnić tęczówkę od źrenicy, aczkolwiek postawa sugerowała że coś młodą Voulke w napotkanym wilku fascynuje. Przywołała na dziewczęce lico uśmiech, który rozpromienił je czyniąc jeszcze bardziej urodziwym, postąpiła jeszcze odrobinę ku fiołkowookiemu.
- Ależ niesamowite ślepia... - wyszeptała zapominając o swoich zmartwieniach, dystansie jaki powinna utrzymać czy tym jak zachować się powinna. Jej młody umysł samoistnie przyjął iż ktoś tak piękny, nie może być zły. Ponadto, wszelakie barwne ślepia wprawiały ją w dobry nastrój, tak zwyczajnie swoim istnieniem gdyż we wszystkich widziała matkę. Pamiętała jak błękit i złoto migotały, wiły się i walczyły w ukochanych oczach rodzicielki o miejsce na tęczówkach. Nadal nie mogła pogodzić się z tym, że geny obdarowały ją akurat barwą oczu ojca. W porządku, kochała go i szanowała, lecz Sheneya, jak powinno się zwać Voulke, zajmowała w sercu swojej córki miejsce bardzo szczególne. Tak szczególne, że zachowaniami i usposobieniem Vasija upodobniła się do niej by zachować Voulke wśród żywych.

Cmentarzysko

#6
Wciągnąwszy ciężkie, gęste powietrze przez czarną truflę nosa, przetrzymał je w płucach, wstrzymując oddech w chwili, w której drobna, niewiele od niego niższa istota postąpiła pierwszy krok, tym samym stopniowo skracając dzielący ich dystans. Łapa za łapą, przysuwała się coraz bliżej, a on, pochłonięty zduszaniem niechcianych reakcji własnego ciała, jakby zapomniał o wydechu. Nie był gotów, aby przyznać przed samym sobą, że sposób, w jaki się poruszała, wywarł na nim wrażenie. Z długich, smukłych łap, dwubarwne spojrzenie przesunął wyżej, ku urodziwemu, zdecydowanie dziewczęcemu licu, by ostatecznie zawiesić je na czerni ocząt. Fascynacja krótko odbiła się napowierzchni jego własnych, fiołkowych tęczówek. Waderka w pewien sposób przypominała białawe szkielety o ziejących pustką, okropnie zimnych oczodołach. Z tą różnicą, że ona była żywa, całkiem namacalna. I mówiła.
Z dziwnego osłupienia wyszarpnęły go słowa. Wzdrygnąłby się, zorientowawszy o niespodziewanej bliskości, gdyby nie stalowa kontrola. Och, kiedy dzielące ich metry zniknęły? Skarcił się w myślach za ten moment słabości, nieuwagę i głupią, szczeniacką ekscytację, kiełkującą gdzieś głęboko, na dnie świadomości. Ostrożnie postąpił pół kroku w tył, pozwalając aksamitnym kosmykom nastroszyć się między łopatkami nieznacznie. Ot, w sposób subtelny i godny arystokraty, dał nieznajomej do zrozumienia, iż nie zamierza się zbytnio spoufalać. Ona także winna zachować ostrożność, wszakże byli sobie zupełnie obcy. Puszysta kita świsnęła cicho, przecinając eter, nim zawisła na wysokości grzbietu.
- Twoje również są… - Urwał na krótką chwilę, szukając w głowie odpowiedniego określenia. – Intrygujące. – Zmusił spięte nieprzyjemnie mięśnie do częściowego rozluźnienia się, co nadało sylwetce wyluzowanego, pewnego siebie wyrazu, z lekka przyprawionego niemym, jakby wiszącym w powietrzu ostrzeżeniem. Ani kroku bliżej. Dystans! Dystans, do cholery! Mimo wszystko, jakkolwiek by się nie starał, nie wyglądał niebezpiecznie. Ba, wręcz przeciwnie – całość zdawała się przyciągać, hipnotyzując, widmo kary zaś trudno było odróżnić od niejasnej, kuszącej przyjemnie obietnicy, zachęcającej do działania na przekór pozornie groźnej postawie młodzieńca.

Cmentarzysko

#7
O, jasna cholera, tak, dystans! Cofnęła się tak gwałtownie, że straciła równowagę i klapnęła na zadek, a tylne łapy rozjechały się w zabawny sposób. Ekspresja jej lica sugerowała że była równie wystraszona co zdezorientowana reakcją młodzika i przez chwilę tylko wpatrywała się w fiołkowe ślepia zastanawiając się nad dalszymi działaniami. Nieco zbyt długie uszy skierowały się ku tyłowi trójkątnego łba młodej Voulke, lecz wnet wróciły na swoje miejsce, a rozjaśniający rysy uśmiech również nie zniknął na długi czas. Jasne że dystans, w końcu się nie znali, lecz Nienazwany okazał to na tyle subtelnie by nie spłoszyć rozmówczyni, a nawet nie zepsuć jej humoru.
- Dziękuję! Chociaż mi one się jakoś mało podobają, wolałabym żeby były takie pełne kolorów jak oczy mojej matki, kiedy akurat obdarowana zostałam oczyma ojca. Może i to dobre, wszakże jest godnym podziwu wojownikiem. Ze mnie wojowniczka chyba żadna, nie miałam okazji. Skąd pochodzisz? Ja urodziłam się na granicach, ale rodzice zamieszkiwali Axis Mundi zanim uciekli. - wyrzuciła z siebie potok słów, tak charakterystyczny niegdyś dla Wieszczki czy jasnookiej wilczycy, która ją wychowała. Może przypadkowo nauczyła się tego w pierwszych miesiącach życia, może takie skłonności niosły geny bo choć długo o tym nie wiedziały, Vouellye'sheneayealke i Raevyi'szenthriellye znana jako Revirell były kuzynkami. Możliwe było także że zwyczajnie wyrzucała z siebie długie miesiące milczenia, podekscytowana okazją rozmowy z innym przedstawicielem swojego gatunku. Przy czym Nienazwany wydawał jej się być istotą nader interesującą, w prawdzie nie okazywał większego entuzjazmu w związku z spotkaniem, ani też jakiejkolwiek sympatii, to Vasi zdawała się tego nie zauważać. Widziała tylko te cudowne ślepia o barwie kwiatów które widywała wczesną wiosną, z strzępami wieczornego nieba zatopionymi w tęczówce wraz z ową barwą. Nie mogła przestać patrzeć...

Cmentarzysko

#8
Kąciki ciemnych, wąskich warg drgnęły ledwie zauważalnie, podjeżdżając ku górze. Nie parsknął obrzydliwym rechotem, ni nie zrobił żadnej innej, przykrej rzeczy, która mogłaby wydać się białowłosej niemiła. Nienaganne wychowanie nie pozwalało samczykowi na pewne zachowania, niezależnie od tego, z kim miał do czynienia, dlatego też poza łagodnym uśmiechem, nijak nie zareagował na gwałtowny, nieudany manewr zwieńczony upadkiem. Cierpliwie poczekał, aż waderka dojdzie do siebie, gdy zaś znów się odezwała, na powierzchni kolorowych ślepi zatańczyło szczere zainteresowanie, wyraźnie dające jej do zrozumienia, iż młodzik słucha z uwagą. Przybraną rolę odgrywał niby doświadczony aktor, doskonale, perfekcyjnie wręcz. Nie pozwolił Czarnookiej odczuć ogólnego braku zainteresowania, ni irytacji spowodowanej bezsensowną paplaniną, ubogą w cokolwiek znaczące informacje. Dopiero końcówka wypowiedzi realnie go poruszyła. Dwa słowa, przywodzące na myśl przedwcześnie ukrócone szczenięctwo.
- Axis… Mundi? – Źrenice zwęziły się, odsłaniając większą powierzchnię dziwnych, dwubarwnych tęczówek. Trójkątna, subtelna w wyrazie głowa powędrowała ku prawej, przechylając się nieznacznie. Wspomnienia nową, bolesną falą uderzyły w umysł Nienazwanego, bezlitośnie zalewając znaczną część świadomości. Miał przeogromną ochotę oddać się przyjemnemu uczuciu zapadania, utonąć we własnych myślach, zgnić, przytłoczony paskudną przeszłością. Axis Mundi. Moenis. Faviryael.Wybacz, nie kojarzę. Czy to daleko stąd? – Zapytał uprzejmie, podejmując wątek i zachęcając córkę Wieszczki do dalszego gadania. Maska ułożonego podrostka, ściśle przylegając do oblicza Fiołkowookiego, ani myślała uchylić choćby rąbka skrywanych wewnątrz, negatywnych emocji. Ni gesty, ni spojrzenia, czy nawet otaczająca go aura, nic, ale to nic nie wskazywało na dominującą jestestwo złość i pogardę, których źródła nie był pewien.

Cmentarzysko

#9
Biały precel rozkołysał się zaraz po tym jak Nienazwany obdarował czarnooką chociaż lekkim uśmiechem, rozumiała że wcale nie musiał być znowu taki wylewny jak ona. W końcu znali się od kilku chwil i mógł nie podzielać jej entuzjazmu, bo czemu miałby? Mimo to, nadal była wyjątkowo szczęśliwa że wreszcie kogoś spotkała, jeszcze do tego tak uprzejmego i o takich cudownych oczach. Była młoda, a fiołkowooki świetnie wychowany i nie podejrzewała ani odrobinę że cokolwiek ukrywał czy grał. Z resztą, jeszcze jej się to w ślicznym łebku nie mieściło żeby ktokolwiek mógł być zły czy podstępny. Była jak jej matka, ufna, pełna dobra i wiary.
- Bardzo daleko, ale Axis Mundi już nie istnieje. To przykre, bo Yggdrasil także, a matka go bardzo kochała. Mówiła, że to magiczne drzewo które mówiło do niej, że jest jego wybranką i podarowało jej takie piękne oczy kiedy była szczenięciem. Pozwalało jej ratować inne wilki nawet kiedy prawie umierały, kiedyś tak uratowała tatę kiedy walczyli na wojnie. - z lica Vasiji zniknął uśmiech, zamilkła na moment przygnębiona wspomnieniami. Nie ukrywała smutku, nigdy nikt jej tego nie uczył lecz szybko zmusiła się do zmiany nie chcąc zniechęcić rozmówcy. - O, nie przedstawiłam się! Pełne imię brzmi Vouellyevasijaelk, w skrócie Vasi, albo Voulke, moja mama też nazywała się Voulke, ale to taka tradycja. Każdą z linii żeńskiej można nazywać Voulke, ale każda ma też swoje imię, więc matka była Sheneya tak właściwie, babka Phanaya, a ja Vasija.
Wróciła do swojego trajkowania, aż możnaby było się zastanowić czy w ogóle jest to możliwe żeby wypowiedziała za jednym otworzeniem smukłego pyska tylko jedno krótsze zdanie. Po przedstawieniu się jednak zaczekała, ciekawa imienia fiołkowookiego. Nikomu przecież do głowy by nie przyszło, że jakakolwiek matka mogłaby odmówić swemu potomkowi tak prostej rzeczy jak imię.

Cmentarzysko

#10
Nie wiedział, skąd brała się cała ta nienawiść, jaką darzył wilczy gatunek, boleśnie wyżerająca go od środka. Jeszcze mniej rozumiał, dlaczego czarnooka była tak… naiwna? Ufna? A może… głupia? Nawet przez myśl mu nie przeszło, aby określić postawę młodej Wieszczki jako zwyczajnie dobrą. Och, on po prostu nie chciał dopuścić do siebie świadomości, że ktoś może taki być. Dla niego, czy kogokolwiek innego. Matka szczuła go, ostrzegała, groziła… Ostre zębiska błyskały raz za razem, karmin znaczył bielutkie, szczenięce futerko. Wzdrygnąłby się w reakcji na nieprzyjemne wspomnienie, gdyby nie skupiał znacznej części swojej uwagi na czerni nietuzinkowych ocząt.
- To przykre. – Powtórzył po Voulke, niby samoistnie rozbrzmiewające w przestrzeni echo. Dotychczasowy, lekki uśmieszek zniknął, zastąpiony nieodgadnionym wyrazem, przypominającym zadumę. – Bardzo przykre. – Zajrzawszy w głębię pustych ślepi, zdziwił się, dostrzegając przygnębienie. Czy również nie cierpiał, kiedy przyszło mu rozstać się z rodzicielką? Chociaż teraz czuł jedynie chłodny gniew, tęsknił i smucił się, gdy Faviryael odeszła. Fakt faktem, tylko przez kilka pierwszych dni, ale jednak. Zapytałby nawet chętnie, czemu odczuwała żal, lecz dobre maniery zdecydowanie tego zabraniały. Ostatecznie zamilkłszy, zakołysał leniwie ogonem, uznając gest za godny naśladowania i zasiadł naprzeciw rozmówczyni. Wszakże szykowała się dłuższa pogawędka, jak zdążył celnie zauważyć. Mimo uszu puścił paplaninę o magicznym, gadającym drzewie, leczącym zmarłych, bardziej interesując się kwestią imienia. Ach, naturalnie, ponoć wszystkie istoty jakieś nosiły. Wszystkie, które na to zasłużyły. Wszystkie, poza nim.
- Jaśmin. – Przedstawił się krótko, bynajmniej nie zamierzając zdradzić wstydliwego sekretu. Bo i co miałby waderce powiedzieć? Że własna matka go nie chciała? Że nawet nie nadała mu miana? Prychnął w myślach, przekreślając taką opcję.

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

cron