Zarośla paproci

#71
Słysząc, że dobrze pamięta, zerwała roślinke i pognała ucieszona przed siebie. Na jej pysku malował się wyraz zadowolenia, a w zębach spoczywala roślinka. Widziała wcześniej jak Balor chował te badyle w sierści, jej nie wyszlo, ale mówi się trudno, będzie niosła w pysku.
Kiedy grzyby już całkiem przestały się pojawiać, dokuczliwe światło, zostało zmienione na równie dokuczliwy ziąb. Waderka zadrżała i zbliżyła się do samca. Jego ciepło w marszu nie mogło jej ogrzać, choć samiczka miła taką nadzieję. Zawiedziona poczuła jak sierść jej się jerzy na grzbiecie. Otrzepala się i kichnęła. Kiedy tworzyła ślepia, coś połaskotało ją po nosie. I znów kichnęła. Przy okazji połknęł się i poleciała do przodu. Przeturlała się, przejeżdżając pyskiem po ziemi.
Nie wypuściła jednak zioła, zawzięcie trzymała he w zębach, nie odda zdobyczy tak łatwo. Nie przez jakiś głupi kamyk, choć okolice nosa ja teraz bolały i to całkiem mocno.
Nie wiedziała czy czegoś sobie nie zrobiła, ale postanowiła udawać, że wszystko w porządku. Pozbierała się i z dumnie uniesioną głową ruszyła przed siebie. Do piero teraz zauważyła, że wokół rosną jakieś wysokie liście, które prawie całkowicie zasłaniają jej widok.

Zarośla paproci

#72
Liczył, ze będzie łatwo, ale najwyraźniej waderka miała zamiar zweryfikować Balorowe nadzieje. Ledwie zdążyli wyjść spośród grzybów, a Lilith kichając padła na pysk, wywinęła kozła i rozpędem wylądowała w olbrzymich paprociach, które na marginesie ciągnęły się całym polem, jak okiem sięgnąć. Balor spojrzał ponownie na pochmurne niebo, w myślach przeklinając zawziętych Bogów. Jedni wołali i błagali o pomoc, inni zadawali pytania, Czarny zaś zwyczajnie wyklinał Bóstwa od wszystkich i wszystkiego, co mu tylko wpadło do głowy, całe szczęście robił to w zaciszu swojego umysłu. Gdy uznał, że powiedział wszystko co tylko miał do powiedzenia, powiódł zrezygnowanym wzrokiem po morzu pierzastych liści.
Zatrzymał wzrok na kierunku w którym teoretycznie powinna znajdować się mała wilczyca, zastanawiając się jak bardzo mała ma zamiar utrudnić mu utrzymanie się przy życiu. Pytanie to szybko zostało zastąpione kolejnym, jak bardzo tragiczny zgon, będzie świadczyć o opiekunie umarlaka. Nie musiał się długo zastanawiać nad odpowiedzią, która znacznie pogorszyła humor jeszcze chwilę temu wypoczętego i prawie szczęśliwego samca. Warknął pod nosem już mając szukać szczeniaka, gdy w głowie zaświtała mu ciekawa myśl.
Bez dalszych rozważań dał nura w paprocie. Najniższe na brzegach zarośli sięgały brzucha basiora, najwyższe czyli cała reszta gąszczu, były dość wysokie by przykryć wyprostowanego samca, razem z uszami. Zatoczył niewielkie koło od miejsca w którym przebywała Lili i jakby właśnie polował na szczeniaka począł się powoli skradać w jej kierunku. Wśród paproci panował mrok, ponieważ nikłe światło księżyca połyskujące na listkach było niewystarczające by rozjaśnić ciemność, która doskonale zamaskowała kryjącego się w jego czeluściach basiora. Pracę dokończył wiatr, który ruszając paprociami na wzór morskich fal, krył powolne przemieszczanie się wilka.
" ... I keep the laws I make ... I'm living on the edge ...
I'm a man without a country and I got no place to go.
Each day I fight to live. I fight to stay alive.
Don't get in my way. Unless you want to die ..."

Joey DeMaio

Zarośla paproci

#73
Uparty ból nie chciał dać waderce spokoju i wciąż przypominał by sprawdzić czy z pyskiem wszystko w porządku. Samica jednakże nie chciała dać po sobie poznać, że nie potrafi sobie poradzić.
Tak skupiała się na przedzieraniu przez paprocie i ignorowaniu dokuczliwego bólu, że nie zauważyła braku opiekuna. Dopiero po chwili poczuła, że coś jest nie tak. Rozejrzała się i zaczęła węszyć, przerażona możliwością utraty samca. Wydała z siebie jeszcze niedoskonałe wycie. Liczyła, że Wrona usłyszy gdzie jest i ją znajdzie. Nie chciała zostać znów sama, strach spowodował, że samiczka, nie myśląc logicznie, ruszyła z miejsca w którym nawoływała samca. Chciała zawrócić i go poszukać, w wysokich paprociach jednak straciła orientację i zaczęła iść w zupełnie innym kierunku, jeszcze bardziej oddalajac się od opiekuna. O ile wcześniej szli w południowo-wschodnim kierunku, to teraz waderka przedzierala się idealnie na wschód.

Zarośla paproci

#74
Wilk niezauważony obserwował wilczycę, szybko dochodząc do wniosku, że Lilith zdecydowanie potrzebowała więcej nauki i to bardziej podstawowych umiejętności niż zielarstwo. Gdyby Balor był optymistą zauważył by, że jak na razie nie miał nawet chwili by się zacząć nudzić, a to przecież nuda doprowadzała go ostatnimi czasy na skraj wytrzymałości. Niestety Wrona optymistą nie był, więc nie dostrzegał jak cudownie Lilith wyrwała go z pazurów monotonii, a weźmy pod uwagę, że to był dopiero początek ich znajomości. Nie, Czarny zamiast tego widział idiotyczne postępowanie szarej kulki, która właśnie dzielnie brnęła w paprociowy gąszcz. Z jednej strony czego miał się spodziewać bo dziecku, małym dziecku, ale z drugiej jeśli mała chciała dożyć dorosłości, to zdecydowanie musiała opanować kilka podstaw. Pokręcił tylko głową, na próby wycia, które utwierdziły go w przekonaniu, że to będzie długa lekcja. Podczas gdy Lilith postanowiła zgubić się jeszcze bardziej, czarny samiec powoli sunął jej tropem. Basior może nie był najlepszym rodzicem, ale całe szczęście w tropieniu był bardzo skuteczny, bez problemu więc podążał jeszcze chwilę za waderką, by miała czas się trochę pomartwić.
Gdy wreszcie uznał, że małej wystarczy, kilkoma susami z warczeniem dopadł szczeniaka. Trącił wilczycę pyskiem, na tyle delikatnie by nie zrobić jej krzywdy i dość mocno, by przewrócić ją na ziemię, po czym położył łapę na grzbiecie Lili uniemożliwiając jej wstanie i dopiero burknął
- Nie żyjesz ... - nie był zły, zwyczajnie według Wrony najlepsza była dobitna lekcja, zamiast bezsensownego ględzenia, które i tak uciekało by gdzieś mimo uszu.
" ... I keep the laws I make ... I'm living on the edge ...
I'm a man without a country and I got no place to go.
Each day I fight to live. I fight to stay alive.
Don't get in my way. Unless you want to die ..."

Joey DeMaio

Zarośla paproci

#75
Szła i szła, a Balona ani słychu, ani widu. Mała już powoli traciła nadzieję, samiec jakby rozpłynął się w powietrzu. Samiczka cicho skomlała, jednocześnie zastanawiając się co robić jeśli samca nie znajdzie. Matka nie nauczyła jej zupełnie niczego, wszystko co Lilith wiedziała, pochodziło albo z jej obserwacji, albo z doświadczenia, zwykle tego, które zdobyła popełniając błędy.
Już chciała odwrócić się i szybko wracać, zdała sobie sprawę ze swojego głupiego ruchu. W tym momencie coś ją popchnelo. Mało tego, kiedy już upadła, została przyciśnieta do ziemi. Zaczęła się rzucać i piszczeć.
Uspokoiła się dopiero słysząc głos Balora.
- Dlaczego tak robisz? - Wypiszczała nadal przerażona. Trzęsła się ze strachu, nie dość, że myślała, że basior ja zostawił to teraz jeszcze chce żeby zeszła na zawał.

Zarośla paproci

#76
Efekt okazał się znacznie bardzie piorunujący niż Balor przypuszczał, dobrze, to i lekcja będzie lepiej zapamiętana.
- Żebyś przeżyła - mruknął, bynajmniej nie puszczając wilczątka. - Rozumiem, że jesteś mała i powinnaś spędzać swój dzień na zabawie z rodzeństwem i spaniu, ale niektórzy mają przesrane już na starcie swojego życia i mają do wyboru albo szybko dorosnąć, albo zdechnąć gdzieś w paprociach - wymownie łypnął okiem na ciemne, otaczające ich zarośla, by po chwili milczenia kontynuować - Większość wilków żyje w stadach i nie ma sytuacji, że młode zostają same, zawsze ktoś nad nimi czuwa, nawet jeśli zabraknie rodziców. Ty masz pecha bo utknęłaś ze mną puki nie znajdziemy ci lepszej rodziny, a ja się nie rozdwoję, co jakiś czas będziesz musiała zostać sama i dobrze by było, gdyby nic w tym czasie cię nie zeżarło - starał się mówić najłagodniej jak potrafił. Co zrobić, Lilith nie tylko nie drażniła basiora, ale jakimś cudem próbował być dla niej miły, co też nie zdarzało się często w jego zachowaniu. Może to, że była całkiem bezbronnym stworzeniem, może dlatego, że była pierwszą istotą od dłuższego czasu, która nie oceniała samca po pozorach. Powód był nieistotny, liczył się dość zaskakujący skutek.
- To zacznijmy od tego co zrobiłaś źle, bo trochę się tego uzbierało - ułożył się wygodnie, szczerząc zęby w czymś co uznawał za uśmiech, cały czas trzymając Lili pod łapą. Miał zamiar trochę przetestować szczeniaka, zobaczyć na co go stać.
" ... I keep the laws I make ... I'm living on the edge ...
I'm a man without a country and I got no place to go.
Each day I fight to live. I fight to stay alive.
Don't get in my way. Unless you want to die ..."

Joey DeMaio

Zarośla paproci

#77
Słuchała uważnie, póki co mówił mądrze i nawet tak mały szczeniak jak ona, był w stanie to zrozumieć. Wiedziała, że nie będzie wciąż u boku basiora, matka też ją zostawiała, choć ona pewnie z radością.
- To puść. - Warknęła, kiedy basior dał znać, że chce powytykać jej błędy. Nie posłuchał, więc wilczątko zaczęło się wyrywać. Lilith wbiła pazury w zmarznięta ziemię, tylnymi mocno się odpychala, a przednimi ciągnęła do przodu. Jednocześnie kręciła się na boki, robiła tak aż w końcu wydostala się spod łapy Balora.
- Wiem że to bezmyślne bieganie w tych chwastach było głupie. - Znów wilczycy było wstyd. Podkuliła ogon i opuściła łeb, nie była to zapewne jedyna rzecz za jaka powinna się wstydzić.

Zarośla paproci

#78
- Lepiej - mruknął wyraźnie usatysfakcjonowany buntem Lilith. - Bieganie jak bieganie, ale grunt by to robić z głową. Każdemu zdarza się czasem zagapić, wpakować się gdzieś gdzie nie powinien, najważniejsze by umieć się potem wykaraskać - dalej leżał sobie wygodnie, tłumacząc waderce swój punkt widzenia. - Weź się wyprostuj, bo tak wyglądasz jak ostatnie nieszczęście - delikatnie trącił nosem brodę małej wilczycy, zmuszając ją do podniesienia głowy - Jeśli gdzieś idziesz i się zgubisz, to nie panikuj. Jeśli tracisz głowę, robisz głupoty, a to jest najszybsza droga, by naprawdę stracić głowę - kłapnął zębami, tuż przed jej kufą, by podkreślić to co miał na myśli. - Zatrzymaj się, zastanów i wracaj po swoich śladach, masz przecież nos prawda ? - delikatnie puknął samiczkę w pierś, zmuszając ją do złapania równowagi. - Kolejna sprawa. Jeśli wyjesz, to pamiętaj, że nie tylko ja słyszę twój lament, ale i cała okolica, czy muszę mówić, że na razie jesteś idealnym obiadem dla większości przebywających tu zwierząt ? - wymownie uniósł jedną brew - Jeśli więc się zgubisz i zupełnie nie wiesz co robić, znajdź bezpieczne miejsce, ukryj się i czekaj, aż po ciebie przyjdę - mówił cichym szeptem, który o dziwo w połączeniu z ochrypłym głosem stanowił dziwnie kojącą mieszankę, przypominającą kocie mruczenie.
- No i ostatnie, najważniejsze i najtrudniejsze. Na razie jesteś mała, ale jeśli coś cię zaatakuje, musisz umieć się bronić - poważnie spojrzał na Lili - Pisk i szamotanina nic ci nie da, tylko informuje napastnika o tym, że jesteś słaba i że się boisz. Jeśli nie możesz wygrać siłą, a tak na razie jest, musisz walczyć z głową. Z całą mocą atakuj oczy albo nos, a gdy cię puszczą wiej ile sił w łapach i znajdź takie miejsce, w które ten co cię chce zeżreć nie będzie wstanie wejść. - skończywszy wywód uniósł lekko łeb patrząc na szczeniaka, by ustalić ile z przekazanych informacji dotarło do jej małej główki.
" ... I keep the laws I make ... I'm living on the edge ...
I'm a man without a country and I got no place to go.
Each day I fight to live. I fight to stay alive.
Don't get in my way. Unless you want to die ..."

Joey DeMaio

Zarośla paproci

#79
Uniosła łeb i spojrzała hardo w oczy basiora, skoro taka postawa była odpowiednia to postanowiła się jej trzymać. Nie przerywała też basiorowi, w końcu to on teraz wyszedł na mądrzejszego, choć waderka zdecydowanie nie lubiła być w tej kwestii pod kimś. Cóż jednak poradzić, może nie była całkiem tępa ale jak na szczeniaka przystało, mało wiedziała o życiu.
Kiedy paszcza Balora zamknęła się tu przed jej oczami, wcześniej prezentując uzębienie Czarnego, Lilith mimo strach, ani drgnęła. Zmrużyła trochę oczy i samiec raczej nie będzie miał problemu z odgadnięciem, że się wystraszyła, ale postanowiła nie cofać się w takich sytuacjach.
Z tym gubieniem się to wiedziała, sytuacja ze zniknięciem matki jednak nie pozwalała jej logicznie myśleć, panicznie bała się porzucenia. Nie mogła jednak pozwolić by to zapanowało nad jej życiem.
- A przyjdziesz? Przecież nie jesteś nawet moim rodzicem... - Waderce to się nie mieściło w głowie. Skoro nawet matka jej nie chciała, to dlaczego ktokolwiek inny chciałby ją przygarnąć. Tylko czy basior właśnie tego nie zrobił? Lecz może ją przecież porzucić w każdym momencie, co go przy niej trzyma?
Słuchała dalej, przyglądając się basiorowi i w trakcie gdy wymieniał punkty na ciele, które ma atakować, mimowolnie przyglądała się im na pysku basiora.
" Oczy i nos. Oczy i nos."
W kółko powtarzała to jak mantrę. Teraz z pewnością zapamięta. Zostawała jeszcze kwestia kryjówki, gdzie mogłaby się schować? Musiałoby być tam na tyle ciasno by napastnik nie wszedł za nią, ale i na tyle głęboko by nie mógł sięgnąć ją łapą.
- Korzenie na przykład? W sensie między nimi? - To pierwsze wpadło jej do głowy, nocowała wcześniej między takimi i wydawało jej się to dobrą opcją. W końcu ona się zmieści i czasami jest tam nawet całkiem wygodnie.
Wstała i się otrzepała, o ile wcześniej było jej chłodno, to od siedzenia, tak bez ruchu, zrobiło się lodowato. Po grzbiecie przeszedł jej dreszcz, trzeba szukać kryjówki. Podeszła do Wrony i przytuliła się do niego.
- Idziemy? - Może sierść Balora nie ogrzewała jej do końca ale czuła się tak dobrze. Można nawet powiedzieć, że bezpiecznie, nie miała ojca, właściwie nie wiedziała dlaczego, dlatego też nie wiedziała, że tak mogłaby się przy nim czuć, ale też nie potrzebowała tego wiedzieć. Po co jej takie informacje, ważne, że miała tego wilka, który teraz był jej jedyną rodziną.

Zarośla paproci

#80
Mimowolnie uśmiechnął się do siebie pod nosem, Lilith szybko się uczyła, więc może nie okaże się aż takim wrzodem na tyłku. Nawet próbowała udawać, że się nie wystraszyła, ciesząc i bawiąc Wronę na raz.
- Nie jestem - bez zawahania przytaknął Lili. NIe był osobą upiększającą sytuację i malującą świat w tęczowe barwy, co szybko można było zauważyć. Nie rozczulał się też nad małą tylko ze względu na jej wiek, ale też nigdy nie kłamał - Ale jeśli będę żył, przyjdę na pewno - obiecał bez wahania. W końcu nie po to zabrał małą ze sobą, by ją teraz gdzieś zostawić. Jeśli znajdzie kogoś kto zapewnił by dzieciakowi lepsze życie, to jej o tym powie i zostawi ją z wilkami bardziej nadającymi na opiekunów, jeśli nie, będzie się starał jakoś ją wychować. Nie pretendował do roli ojca roku, więcej nigdy nie chciał nim zostać, ale miał zamiar dotrzymać danego słowa, nawet jeśli nic nie obiecywał a zwyczajnie zabrał szczeniaka ze sobą. Sam czyn uważał za wystarczającą deklarację.
Mrużąc lekko ślepia, obserwował jak mała układała w swojej główce kolejne jego słowa. Bardzo dobrze, lepiej by nie musiała korzystać z tej wiedzy, ale gdyby kiedyś coś ją zaatakowało, to może taki prosty drobiazg jak dzisiejsza rozmowa uratuje Lili życie. Nie było tego złego, jak to się mawia, dzięki zagubieniu się szczeniaka, mieli powód do poważnej rozmowy, a zdecydowanie im wcześniej tym lepiej.
Pokiwał głową, przytakując Lili, że korzenie jak najbardziej będą dobrym miejscem. Potem zaś była kolej wilczycy zaskoczyć i zestresować samca, bez najmniejszego wahania wtulając się w jego sierść.
Delikatnie oparł łeb na drobnym ciałku wilczątka, w nieudolnej formie przytulenia małej. Całe szczęście szczeniak szybko spytał o drogę, ponieważ czuł się co najmniej niezręcznie. Nikt nigdy go nie przytulił, nie miał więc zielonego pojęcia jak na to reagować, no może po za szczeniakiem, który robił to już po raz kolejny.
- Idziemy - przytaknął i podniósł się z ziemi, po czym stanął na tylne łapy, by wychylić się z lasu paproci. Stał tak chwilę, niby dziwna czarna imitacja surykatki, wodząc wzrokiem dookoła, by ustalić jakiś sensowny kierunek. Mogli przez jakiś czas iść wśród liści, zawsze trochę chroniły przed wiatrem, który dokładnie czuł w momencie gdy wychylił się ponad ich poziom. Wietrzysko niemiłosiernie szarpało smolistą sierść i zdawało się z chwili na chwilę przybierać na sile z każdą godziną nieubłaganie przybliżając nadejście zimy. Gdy wybrał kierunek, opadł z powrotem na cztery łapy i wznowił przerwaną podróż, nosem rozdzielając gałązki paproci, przechodząc między nimi.
" ... I keep the laws I make ... I'm living on the edge ...
I'm a man without a country and I got no place to go.
Each day I fight to live. I fight to stay alive.
Don't get in my way. Unless you want to die ..."

Joey DeMaio

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron