Zarośla paproci

#61
W miarę, jak mijały kolejne sekundy, uprzedni pomysł wydawał jej się coraz głupszy i mniej przemyślany. Wiedziona gniewem omal nie popełniła błędu, którego nie dość, że by potem żałowała, to mógł nieść ze sobą poważne konsekwencje. Znów ogarnęła ją złość, lecz tym razem na samą siebie. Idiotka, zbeształa się w myślach. Nie mogę pozwolić, żeby jedna stara suka zrujnowała mój plan w taki, czy inny sposób.
Znów na chwilę zamilkła, obserwując starszą samicę. Na obliczu szarej nadal tkwiła chłodna, pozbawiona emocji maska, idealnie zakrywając wszelkie emocje jakie kłębiły się pod jej powierzchnią. Lekko zaskoczyło ją to, jak szybko stara zgodziła się na jej warunki, zwłaszcza na eskortę w postaci dwóch wilków. Spodziewała się czegoś zgoła innego. Stwierdzenia, jakoby to ona musiała się podporządkować, ponieważ wiedźma uratowała jej życie. Jednakże nie można było ukryć, że tak szybka zgoda samicy ucieszyła szarą. Bliźnięta będą ją obserwować, więc nie będzie w stanie zrobić niczego na szkodę Lokatt bądź też całego stada. Problem stanowiło jedynie to spotkanie w cztery oczy z dwójką Cieni. Czyżby planowała ich nastawić przeciwko niej?
Z pewnością nie będzie otwarcie namawiać ich do buntu. Jeżeli by to uczyniła, okazałaby się być okropnie głupia. Wszak nie mogła wiedzieć, czy Lokatt nie kazała jej śledzić. Jednakże mogłaby się starać choćby zasiać w ich sercach tę odrobinę nieufności, która mogłaby stanowić pierwszy krok w stronę zdrady. Nie miała wpływu na to, co stara mogła im powiedzieć, co niezmiernie ją bolało. Mogła próbować się dowiedzieć, poznać przebieg rozmowy, lecz wypowiedzianych słów nie sposób cofnąć.
Dlatego powinna bardziej skupić się na swoim stadzie. Umocnić łączące ich więzi. Sprawić, by rzeczywiście poczuli się jak w domu a jej samej zaufali. Oczywiście nie mogła przy tym tracić czujności, nie teraz gdy była miała wroga, a gdzieś po krainie krążyła niszczycielska siła, stanowiąca zagrożenie dla wszystkich wokół. Czuła, że nie skończy się jedynie na tym, co działo się na piaszczystym pustkowiu. Całkiem możliwe, że podobne niebezpieczne, dziwne zjawiska zaczną niebawem pojawiać się częściej. Trzeba będzie mieć się na baczności.
Wraz z tą myślą ponownie poczuła bolesne ukłucie złości i rozżalenia. Czyż naprawdę nie dane było jej żyć w spokoju? Kiedy już myślała, że osiągnęła cel, o którym od lat marzyła, teraz znów na horyzoncie pojawia się niebezpieczeństwo. Czy szczęście nie było jej pisane?
Przestań jęczeć jak żałosny szczeniak! W ten sposób niczego nie osiągniesz. Nikt nie jest w stanie zrealizować twoich planów, oprócz ciebie samej. Ty musisz do tego dążyć za wszelką cenę. To jedyne wyjście. Przestań użalać się nad sobą, do cholery!
Jedna, jedyna myśl doprowadziła wszystko do porządku, na powrót przeganiając uprzednie rozżalenie precz, niczym niechcianą zjawę, wspomnie przeszłości. Dawnej Lokatt, słabego i żałosnego szczeniaka, który nie potrafił niczego więcej niż tylko skomleć i chować się za swoją ciotką. Ta część jej już dawno umarła tam, w jej rodzinnych stronach. I z tego powodu nie powinna już wracać.
Skinęła głową w stronę Ve'nevri.
- Również się cieszę z tego powodu - oznajmiła spokojnym, wypranym z emocji tonem. Następnie odwróciła się, obrzucając pozostałych wzrokiem, po czym zatrzymując spojrzenie na leżącym w zaroślach ciele. Westchnęła ciężko, ruszając powoli w tamtą stronę.
Zatrzymała się nad Melodią.
Niezbyt pamiętała w jaki sposób przebiegał pogrzeb w jej rodzinnej watasze. W ciężkich czasach wielu nawet nie miało czasu, by sprzątnąć czyjeś truchło sprzed czyjejś jamy. Oczywiście bywały wyjątki.
Zazwyczaj przenoszono zwłoki na oddalone od reszty ich terenów, odludne miejsce stanowiące cmentarzysko stada, gdzie umieszczano je pod jednym z licznych głazów, gdzie szaman skrapiał je krwią rozmaitych zwierząt. Czasami członkowie rodziny zmarłego przysypywali ciało drobnymi kamieniami, by utrudnić padlinożercom dostęp do wilczego truchła. Ceremonia kończyła się uroczystą przemową oraz zebraniem przez któregoś z członków rodziny nieco sierści zmarłego, którą następnie ciskano w przepaść pozwalając, by poniósł ją wiatr. Lokatt nie miała okazji bezpośrednio uczestniczyć w takim pogrzebie, lecz niejednokrotnie takowy widywała. Nie pamiętała szczegółów, lecz postanowiła to odtworzyć w takim stopniu, w jakim była w stanie.
Oczywiście nie znalazła tu kamieni, ani głębokiej przepaści. Musiała więc ograniczyć się do przeciągnięcia jej między korzenie jednego z potężnych drzew, które utworzyły swego rodzaju jamę. Zwierzęcej krwi także nie miała a nie chciała teraz marnować czasu na łapanie okolicznych gryzoni. Lecz zauważyła pióra leżące na ziemi, najprawdopodobniej pogubione przez ptaki przywołane wcześniej przez starszą samicę. Zebrała je, po czym podeszła ponownie do Melodii i ułożyła je u jej stóp. Wyjątek stanowiły cztery krucze pióra, które postanowiła wpleść sobie w sierść na karku, po dwa po każdej stronie głowy.
Zatrzymała się nieopodal, wpierw zerkając jeszcze raz na ciało, a potem pochyliła głowę, niemalże trącając obrośnięty czarnym futrem bok nosem. Przez chwilę trwała w tej pozycji w kompletnym milczeniu, niemalże tak samo nieruchoma jak ciało przed nią. Sama nie była w stanie określić, jak długo to trwało, czas zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Choć po jej głowie wciąż krążyły różne myśli, niekoniecznie dotyczące samej zmarłej, z zewnątrz wydawała się skupiona, pogrążona w smutku.
Wreszcie podniosła łeb, by znów spojrzeć na byłą członkinię stada.
- Żegnaj, Zapomniana Melodio. W naszej pamięci na zawsze pozostaniesz żywa.
Rzuciła pozostałym wilkom znaczące spojrzenie i wycofała się. Jeżeli ktokolwiek chciał jeszcze coś powiedzieć, dała im na to chwilę czasu. W międzyczasie rozejrzała się dookoła i pozbierała jeszcze nieco piórek, wraz ze zgubionymi przez Melodię kłaczkami sierści i drobnymi roślinami. Postarała się również o liść paproci. Nadal liczyła na to, że będzie w stanie dokończyć ceremonię w odpowiedni sposób, tak jak to czyniono w jej dawnym stadzie.
Gdy pozostałe wilki były już gotowe do drogi, skinęła im głową i ruszyła, kierując się ku terenom Cieni.

//zt + Izuki, Thaisis, Ve'nevri, Vune i Kune.

Zarośla paproci

#62
Niewielkie stworzenie przyozdobione białorudym futrem zgrabnie przemierzało zarośla, samica nie miała większego celu, szła powoli przedzierając się przez paprocie i podziwiała okolicę. Wiatr był delikatny, zapewne labirynt drzew trochę redukował jego siłę, jej sierść falowała pod jego wpływem, a on zmierzwiał zawsze idealnie ułożone futro. Syknęła cicho, ale nic nie mogąc zrobić brnęła naprzód. Szła ostrożnie stawiając kroki, bała się, że po wyjściu z tego terenu będzie miała całe zielone łapy, a co jak co przecież nie mogła wyglądać źle, bo okazja na spotkanie jakiejś nowej rozmówczyni była zawsze. Jedyne na co liczyła to to by żaden samiec się nie napatoczył, bo nie miała nastroju na bójki. No i przede wszystkim bójka prowokuje do kontaktu cielesnego, a tego to chciała unikać jak ognia, w końcu każdy basior był okropnym, zawszonym kundlem, a ona nie mogła pozwolić na skalanie swojej pięknej istoty. Otworzyła rudy pysk by ziewnąć i zamruczała pod nosem lekko zirytowana i przede wszystkim znudzona.. - Beeeezi się nuuuudzi. - wszędzie tylko drzewa i drzewa, nawet nie miała z kim słowa zamienić. A co jak co, ale pogadać to sobie lubiła. W swoim starym stadzie zawsze miała towarzystwo, zawsze ktoś się gdzieś kręcił, w końcu długie dni wędrówki trzeba było sobie urozmaicać. Nawet przez myśl jej przeszło, że mogłaby wrócić do stada, może by ją przyjęli z powrotem. Na pewno byłoby jakieś rozwiązanie na jej zdradę, choć jakby nie patrzeć zapewne została już przeklęta tyle razy, że jak tylko by się napatoczyła na jakąś byłą towarzyszkę to mogłoby się to zakończyć krwawą jatką, a nie spotkaniem po latach wielkich przyjaciół. A spotkanie z samą Alfą zaś zakończyłoby się śmiercią. Ani Alaina, ani Serhaina nie miała litości dla zdrajców. Przeszkodą również było samo to, że Vae wraz z powrotem do stada musiałaby znowu iść drogą ich wiary, a to jej nie odpowiadało. Ona chciała tylko mieć znowu jakieś towarzystwo. Chociaż jedną osobę. Machała sobie kitą na boki i teraz już patrzyła w ziemię, zaciskając zęby ze złości. - Bezia nie chce robić rzeczy których nie lubi, Bezia jest zła. - znów pod nosem wymamrotała kilka słów po których uderzyła łapą w glebę, na której po chwili siadła z wielką złością wymalowaną na pysku. Nie do końca wiedziała czemu i o co tak naprawdę jej chodziło, ale tygodnie samotności dały się we znaki, czasem natrafiała na jakieś tropy innych wilków, ale nigdy jej nie doprowadziły do jakiejś watahy czy chociaż jakiejś pojedynczej postaci. Uniosła pysk do góry patrząc na niebo, które dzisiaj było wyjątkowo czyste i warknęła. - Czy w tym zasranym lesie nie ma nawet głupiego zająca? - ewidentnie miała dzisiaj zły dzień. Jej ostatnie polowanie choć udane to głód przyćmiło tylko na troszkę, teraz znowu była głodna i rozżalona wszystkim. Chciała chwilę odpocząć w tych zaroślach i przemyśleć co ma robić dalej, czy zawrócić czy tylko mieć nadzieję na jakieś towarzystwo..
Obrazek

Zarośla paproci

#63
Opuściwszy okolice wybrzeża, udała się na północ. Powoli, niezwykle się ociągając, parła przed siebie, najkrótszą z możliwych dróg, co skutkowało licznymi, acz całkowicie niegroźnymi zadrapaniami i wplątaniem w futro różnego rodzaju liści, gałązek, a nawet jeżyn. Jak można było się domyślić – Sentrosi nie przejmowała się swoim wyglądem, toteż w żaden sposób nie próbowała oporządzić wielobarwnego włosia.
Właściwie nie wiedziała, dlaczego idzie w tym akurat kierunku, nie obrała niczego za swój cel, bo i jakże by mogła, skoro praktycznie nie znała tych stron? Chciała jedynie oddalić się od tego parszywego słabeusza, nic niewartego szczeniaka, który bezrefleksyjnie przyjmował wszystko, co członkini rodu Ellye miała mu do zaoferowania, wliczając w to cios wymierzony prosto w pysk. Białofutry niesamowicie ją rozwścieczył, gdyż była członkini barbarzyńskiej watahy znała swoją wartość i nigdy, ale to nigdy w życiu nie pozwoliłaby ponownie sobą pomiatać. Brak chęci do działania oraz podjęcia próby odmiany złego losu stanowiły dlań największą z możliwych słabości i nie zamierzała ich tolerować. Z tego też powodu porzuciła Akashę, pozwalając mu zdechnąć w samotności. Nie miała ochoty tego obserwować.
Długa podróż pozwoliła samicy oczyścić umysł, zdołała nawet zapomnieć o fiołkowookim. Ból w łapach zaczął delikatnie przeszkadzać, jednak ta zatrzymała się dopiero na skraju terenów porośniętych paprociami. Nie potrafiła określić odległości, którą pokonała ani czasu temu poświęconego. Pech chciał, że chwilę po przybyciu w te strony, do wyczulonych uszu samotniczki dotarł pojedynczy głosik, prawdopodobnie wadery. Uszy, niczym radary przybrały odpowiednią pozycję, nasłuchując. Nie doczekawszy się odpowiedzi, a jedynie kolejnych słów tej samej istoty, skrzywiła się.
Nie była w stanie wyczuć woni napotkanej wilczycy, gdyż to Sentrosi stała tyłem do wiatru, pięknie przekazując swój zapach dalej. Co prawda, nie wadziło jej to w żaden sposób, nie zwykła maskować obecności przed pobratymcami, ale po wielokilometrowej przechadzce jedynym, czego potrzebowała była odrobina odpoczynku i spokoju. Nie miała pewności czy ich tu uświadczy.
Postąpiła kilka kroków przed siebie. Spojrzenie dwukolorowych ocząt omiotło okolicę, zatrzymując się na majaczącej w oddali płomiennej postaci. Przysiadła, oczekując jej reakcji.

Vouellyesentrosyiaelk córka Vouellye'sheneayealke i Reevera

Zarośla paproci

#64
Przymknęła ślepia i wydawałoby się, że zrobiła się jakaś mniejsza, skulona. Nawet nie wiedziała kiedy, ale zaczęła myśleć o rodzinie. Miła wrażenie, że przestaje ich szukać, jej postoje były coraz dłuższe, a nadzieja na powrót do domu umierała z każdą następną chwilą. Teraz znów była tą zwykłą, szarą Vea, tą co była smutna i potrzebowała towarzystwa, nie Bezimienną która zmuszała ją do ukrywania emocji akonto dobrego wrażenia. Z jej własnego światka została wyrwana przez zapach, który wzbudził w niej wielką radość, w końcu będzie miała z kim pogadać, no i przede wszystkim to była.. Samica, samica, samica, samica. Jedno słowo wciąż krążyło po jej głowie, teraz rodzice odeszli na dalszy tor, przyjemniej teraz. Kąciki warg wywinęły się delikatnie ku górze, a ona otworzyła powoli oczy i rozejrzała się po okolicy by namierzyć tą co tak otwarcie zawróciła swoją wonią w głowie Veasine, nie było to trudne, ponieważ wiatr wiał od strony tej która nadchodziła. Nawet przez chwilę nie pomyślała by obca miała złe zamiary, w końcu obie były samicami, samice nie mogą się nie dogadać, oczami wyobraźni widziała jak świetna będzie ta znajomość, jak razem zaczną przemierzać świat. Dość szybko Vea namierzyła wzrokiem waderę, teraz z uszami postawionymi na sztorc czekała na to czy ta zacznie rozmowę czy zostanie to w łapach samicy, najchętniej sama by pobiegła rzucić się w ramiona waderze, ale przecież to było pierwsze wrażenie, musiała dobrze wypaść by nie spłoszyć, ani nie rozzłościć obcej. Jednak gdy ta usiadła Bezimienna już wiedziała, że na jej ruch liczyć nie może, więc powoli i z gracją poczęła sunąć ku obcej wciąż machając ogonem gdy stała w bezpiecznej odległości delikatnie się uśmiechnęła i uniosła pyska dumnie do góry. - Nie przeszkadzam? - spytała jak gdyby od niechcenia siadając na przeciwko nowej towarzyszki i mimo iż to była samica to i tak Vea podchodziła do niej z pewną dozą niepewności i obawy. Czuła nawet respekt w stosunku do niej, wydawała się być bardzo doświadczona. Nawet imponowała rudej, z pewnością chciała ją bliżej poznać.
Obrazek

Zarośla paproci

#65
Z uwagą przyglądała się nadchodzącemu osobnikowi, szybko zdając sobie sprawę, iż jest on przedstawicielem płci żeńskiej. Fakt ten, w przeciwieństwie do Veasine, w żaden sposób nie wywołał radości w zatwardziałym sercu Sentrosi, a nawet nie skłonił jej do opuszczenia gardy. Ona każdego postrzegała w taki sam sposób – jako potencjalne zagrożenie, przeciwnika do walki. Dwukolorowe ślepia nie odrywały się od płomiennej, zdawać by się mogło, że nawet na moment nie skryły się pod powiekami. Malująca się w nich czujność przeplatała się z delikatnym znudzeniem. Wadera potrzebowała bowiem odpoczynku po długiej podróży, a nieznajoma, o ile należała do osobistości ciekawskich, chętnych do prowadzenia rozmów, a w najgorszym przypadku – natrętnych, nie wróżyła rychłego udania się w objęcia Morfeusza…
Mimo dręczącego burą zmęczenia ta w żaden sposób nie okazywała go po sobie. Nie chciała, by potencjalny wróg uznał ją za łatwy cel i wykorzystując chwilową niedyspozycję, dobrał się do gardła i rozszarpał je, pozbawiając córkę Voulke życia. Za wiele przeszła, by teraz, po opuszczeniu piekła, które przetrwała, musiała pożegnać się z ziemską egzystencją z powodu zaledwie kilku nieprzespanych nocy.
Spoglądała na przysiadającą nieopodal waderę, a lekko rozmyte ślepia wodziły wpierw po ciele, a następnie po licu Bezimiennej. – Nieznacznie. – Odparła niechętnie na pytanie, z lekkim przekąsem. Na moment zerknęła w prawo, a następnie w lewo, poszukując ewentualnych towarzyszy błękitnookiej, a nie dostrzegłszy nikogo, podjęła ponownie. – Mówiłaś sama do siebie? - Charkliwy głos Sentrosi po raz kolejny nieprzyjemnie podrapał uszy rozmówczyni, co na dłuższą metę mogło wywołać ból głowy.

Vouellyesentrosyiaelk córka Vouellye'sheneayealke i Reevera

Zarośla paproci

#66
Patrzyła na na wilczycę beztrosko machając kitą, była delikatnie mówiąc rozczarowana tym, iż młoda samica jest tak.. Nudna? To dobre określenie, brak emocji i wszechobecny spokój przyprawiał Veę o mdłości. Nie żeby była niewdzięczna, ale mając na myśli "towarzystwo" myślała o kimś do rozmowy, a nie o kimś to zaraz miał tu umrzeć i jeszcze ją pociągnąć za sobą. Westchnęła cicho i podniosła zad z gleby by siąść tuż obok wadery, a trącając ją lekko rzuciła.. - Już już, nie rób takiej miny, bo Ci zostanie. - wyszczerzyła paszczę w zaczepnym uśmiechu. - Przecież Cię Bezia nie zje. - kłapnęła dziobem imitując ugryzienie i uniosła wesoło pyska ku górze. Nie chciała być nachalna i zmuszać waderę do rozmowy, aczkolwiek nie ukrywała, że miło było w końcu spotkać kogoś i chciała z tego maksymalnie korzystać. Siedząc bliżej lustrowała młodą wzrokiem przyglądając się każdemu najmniejszemu szczegółowi, szczególną uwagę zwróciła na oczy, które miały dwa kolory, szczególne to czarne robiło wrażenie. Vea się pierwszy raz spotykała z takimi ślepiami i było to dla niej co najmniej fascynujące. Z zapatrzenia i zmyślenia wyrwał samiczkę szorstki głos rozmówczyni, który wpierw spowodował skrzywienie na pysku, a następnie zdziwienie. Przekręcając łeb na boki wpatrywała się w waderę, jakby ta powiedziała coś naprawdę głupiego. - Tak, co w tym dziwnego? Czasem przecież trzeba porozmawiać z kimś inteligentnym. - kończąc zdanie zarzuciła się ochrypłym śmiechem i pochyliła lekko by patrzeć teraz od dołu na wilczycę. - To jak Ci na imię Pani naburmuszona? - wiedziała, że zapewne mocno sobie grabi u rozmówczyni, ale cóż, chciała rozluźnić atmosferę, a nie siedzieć i smętnie patrzeć w niebo.
Obrazek

Zarośla paproci

#67
Sentrosi w żadnym stopniu nie była ani nawet nie odgrywała naburmuszonej. Najzwyklej w świecie doskwierał jej brak snu, nasilający się z każdym mrugnięciem, oddechem, przełknięciem śliny i podmuchem wiatru targającym wielobarwne futro. Najchętniej oddaliłaby się i legła swe cielsko na glebie, coby odpocząć i zregenerować zmęczone mięśnie. Nie robiła tego tylko dlatego, iż ze względu na swoje usposobienie, nie potrafiła na tyle zaufać przypadkowo napotkanej na drodze persony, by bezceremonialnie narazić się na potencjalny atak z jej strony.
- Bezia? Mówisz o sobie? Czy jednak o kimś innym? - Utrzymywana z trudem biegłość umysłu, pozwoliła samicy na zarejestrowanie wypowiadanych przez nieznajomą słów, a nawet częściowe zrozumienie ich sensu. Było to jednak niezwykle trudne, gdyż Veasine nie zachowywała się jak całkowicie zdrowy na umyśle osobnik. Może to było jedynie błędne odczucie, niemające nic wspólnego z rzeczywistością? Wyczerpanie dawało się dwukolorowej we znaki, przez co nawet nie zainteresowała się faktem, iż rudofutra przygląda się jej, a zwłaszcza dwojgu ocząt zdobiących jej lico. Letnie niebo zamknięte w jednym kusiło, pokrzepiało, przywodziło na myśl lepsze jutro, drugie zaś pragnęło wszystko, co dobre zniszczyć, pochłonąć, pożreć. Dziwaczna mieszanka zawsze wzbudzała u innych emocje, na co bura zwykła odpowiadać z wrogością, ale teraz… Teraz jej było wszystko jedno. Również bliskość, ciepło ciała przysiadając się do niej Bezimiennej, nie wywołały w niej odruchowego wzdrygnięcia się lub odsunięcia. – Sentrosi. – Odparła odruchowo na pytanie o imię niby małe, dumne szczeniątko. Normalnie nie zdradziłaby swego miana tak szybko, wcześniej upewniłaby się, że nie rozmawia ze szpiegiem lub przynętą. Ślepo zawierzyła rozmówczyni, jednakże gdyby miała się stać ofiarą żartu lub zasadzki – na pewno nie okazałaby błękitnookiej litości i nie oddała swego życia bez trupów.
Pomimo czarnych myśli trzylatki, w żaden sposób nie grabiła sobie u córki Voulke. Odpowiedzią na pochylenie się i spoglądanie na Sentrosi z dołu było jedynie skierowanie przez nią nosa ku ziemi, żeby móc widzieć pysk dawnej członkini Niebiańskich Wilczyc. Ruch ten umożliwiał jej również wykonać szybki unik i osłonić szyję, gdyby ruda ni stąd, ni zowąd postanowiła zaatakować.

Vouellyesentrosyiaelk córka Vouellye'sheneayealke i Reevera

Zarośla paproci

#68
Cały czas miała wrażenie, że znalazła się w złym miejscu o niewłaściwym czasie, samica nie wydawała się być chętna do rozmowy, w ogóle zdawało się, że była jakaś nieobecna i śpiąca. To jednak nie zniechęcało Veasine w końcu wyszła z założenia, że jak będzie komuś przeszkadzać i będzie miała sobie iść to ten ktoś jej po prostu to powie, w końcu wadera nie wiedziała skąd Sentrosi się tu wzięła i co wcześniej robiła, więc to, że chciała odpocząć i iść spać wcale nie zaskakiwało wilczycy, wręcz przeciwnie, była skora to zrozumieć i bez problemu mogła opuścić ten teren by dalej poszukiwać rozrywki jak i rozmówcy. Zerwała się na równe łapki. - Wiesz jeżeli Ci przeszkadzam i chcesz tu zostać sama to mogę sobie już iść. Dopiero tu przyszłam, nie zdążyłam się zadomowić, więc opuszczenie tego terenu nie sprawi mi większej trudności. - wyszczerzyła znowu kły w szczenięcym uśmiechu i poczęła rozglądać się po okolicy, w którą stronę by się teraz udać. Na pytanie wadery tylko się zaśmiała i pokiwała przecząco łbem, to pytanie było dla niej śmieszne, przecież Bezia to ona i przecież poza nią nie było tu nikogo, ale no tak, nie miała okazji się przedstawić, dopiero po imieniu wadery Vea się o tym zorientowała i przepraszającym tonem rzuciła. - Przyszłam tu sama, a Bezia to Bezia, Bezia to Ve.. - szybko ucięła zdanie i ugryzła się w język, wyraz jej pyska spochmurniał, a sierść lekko nastroszyła, już dawno nie przedstawiała się jako Veasine i nie miała zamiaru tego zmieniać. Po chwili nabrała powietrza do pyska by się uspokoić i kontynuowała. - Bezimienna, pieszczotliwie właśnie Bezia, czyli ja. Miło mi Cię poznać Sentrosi. - ukłoniła się lekko i oblizała bladoróżowym jęzorem czarny jak węgiel nos. Wciąż nie była pewna co ma robić, czy odjeść czy zostać, więc stała u boku samicy i bacznie się jej przyglądała w oczekiwaniu na odpowiedź.
Obrazek

Zarośla paproci

#69
Stała tak jeszcze dłuższą chwilę błądząc spojrzeniem po okolicy, jej nadzieje na nową znajomość i towarzystwo umierały z każdą kolejną sekundą, a pyszczek przybierał wyraz niezadowolenia. Wciąż nie dostawała odpowiedź od samicy, co wprawiło ją w lekką konsternację, nie była pewna czy samica była tak zmęczona, że jej nie usłyszała, czy po prostu głupio jej było odpowiadać, nie chcąc dłużej naciskać wolnym krokiem poczęła iść głębiej w zarośla wierząc, że następna wilczyca, którą będzie dane jej poznać okaże się nieco bardziej rozmowna i zapewni Vea towarzystwo na dłużej. Sapnęła zniechęcona i ostatni raz oglądając się za samicą uniosła kąciki warg w uśmiechu, a następnie powiedziała.. - Jeszcze raz, miło było Cię poznać Sentrosi, mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy i dane będzie nam porozmawiać trochę dłużej. - odwracając głowę zacisnęła mocniej kły i położyła uszy po sobie, nie chciała by samica widziała jej smutek dlatego też przyśpieszyła kroku by jak najszybciej się oddalić od wadery. Zaczynała mieć wrażenie, że została przeklęta przez poprzednie stado i teraz pech się za nią ciągnie, nigdzie nie umiała zagrzać miejsca na dłużej, a każda nowa osoba, którą poznawała, okazywała się być totalną porażką. Nie mogła jednak długo oddawać się swoim wewnętrznym rozterkom, bo nie znała okolicy, a brak koncentracji mógł się skończyć nieciekawym wypadkiem, dlatego też dłużej się nie zastanawiając nad swoją osobą ruszyła w dalszą drogę w poszukiwaniu nowego towarzystwa.
/z.t.
Obrazek

Zarośla paproci

#70
Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, kiedy zasnęła. Nie pamiętała momentu zmrużenia powiek, a tym bardziej legnięcia na przyjemne posłanie utworzone przez wszędobylskie paprocie. Zanurzona wśród zielonych obłoków, spędziła tak wiele, wiele godzin.
Dwukolorowe oczęta ukazały się dopiero, gdy kiszki samicy zaczęły grać marsza, a jęzor wysechł na wiór. Mlaszcząc, próbując się oblizywać, uniosła łeb i niechętnie rozejrzała się dookoła. Rudofutra musiała opuścić to miejsce wieki temu, gdyż charakterystyczna dla niej woń wymieszała się z otoczeniem i wilk, który nie spotkał jej na swej drodze nie był w stanie wykryć zapachu lawendy.
Kolejno z lekkim trudem wstała i niechlujnie otrzepała potargane włosie. Drobiny ziemi, pojedyncze gałązki paproci, kamyki i patyczki zleciały, skrywając się pod zielonym zadaszeniem. Zapewne ktoś później je podniesie.
Nie zauważywszy w pobliżu żadnego źródła wody i pożywienia, opuściła to miejsce.

/zt

Vouellyesentrosyiaelk córka Vouellye'sheneayealke i Reevera

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

cron