Grzybia czasza

#21
Wilczątko słuchało basiora z uwagą, co jakiś czas przekrzywiając łepek. Badziewie... zdawało się, że to nie coś miłego, przynajmniej z tonu Wrony. O ile Lilith z początku była przekonana co do wspaniałości owego "białego badziewia", teraz raczej sceptycznie na to patrzyła. Nazwanie grzybów badziewiem, jeszcze bardziej ją zniechęciło. Jeśli to białe ma być tak samo irytujące to może lepiej odpuścić sobie jego poznawanie.
Basior użył liczby mnogiej, "dożyjemy". Zaskoczone wilczątko aż podskoczyło, czyżby była to deklaracja opieki nad Lilith. Nawet jeśli nie, to wadera już zrobiła sobie nadzieję. Polubiła Balora i wizja jego jako opiekuna jej się podobała. Może gdyby znała jeszcze inne wilki, patrzyłaby na to inaczej. Wiele z nich na pewno bardziej nadawało się na rodzica i chętnie otoczyłoby Lil opieką. Ale w oczach waderki, Balor był prawie ideałem. W ciągu tak krótkiego czasu nauczył ją więcej niż matka w ciągu sześciu tygodni, no i był zdecydowani przyjemniejszy.
Ośmielona Lilith wstała i podeszła jeszcze bliżej śpiącego basiora. Powoli dotknęła łapą jego boku, a gdy nie zareagował, położyła się obok. Wtuliła pysk w ciepłe futerko i wczołgała się trochę pod wilka. Tak było o wiele lepiej, ciepło ciała jej obecnego opiekuna, sprawiło, że się uspokoiła. Choć światło nie zamierzało ani trochę osłabnąć, z łbem otoczonym czarną sierścią Wrony, Lilith udało się zasnąć.

Grzybia czasza

#22
Czarny basior spał krótko, ale niczym najprawdziwszy głaz i jego wyprawa do krainy sennych marzeń bardziej przypominała śpiączkę niż drzemkę. Nie czuł chłodu, obecność jasności zaakceptował, a mech przyjemnie tłumił nierówności ziemi, czego mógł chcieć więcej.
Może nie miał miłych snów, ale nigdy ich nie miewał. Albo nie śniło mu się nic i to była dobra wersja, albo ścigały go obrzydliwe senne mary, sprawiając, że nie raz wstawał nie wiele mniej zmęczony niż się położył. Tym razem na szczęście nie śniło mu się nic, co nastrajało samca pozytywnie.
Gdy więc powoli zaczął do niego docierać zewnętrzny świat, przebijając się przez pierzynę nieświadomości, Bal miał nadzieję, że paskudne sklepienie stworzone ze świecących grzybów i znaleziony szczeniak były majaką.
Leniwie i niespiesznie otwierał oczy, licząc, że tak naprawdę coś mu się ubzdurało na granicy jawy a snu, nim zasnął na dobre. Niestety, gdy tylko rozchylił powieki, w oczy uderzyła jaskrawo zielona poświata, pozbawiając samca pięknych złudzeń. Och życie, jeśli wcześniej uważał, że miał przerąbane, to w najbliższym czasie pewnie będzie mu dane zweryfikować swój pogląd. Mrugał jeszcze przez dłuższy czas, starając się zaspane ślepia przyzwyczaić do światła. Gdy wreszcie mu się to udało, ziewnął szeroko i przeciągnąwszy się usiadł, rozglądając się w poszukiwaniu szczeniaka. Patrzył wokół, jednak nie znalazł samiczki nigdzie w zasięgu wzroku. Niestety chwilowa radość spowodowana nie dostrzeżeniem Lilith w pobliżu, prysnęła niczym bańka mydlana gdy spojrzał w dół.
" A czego się spodziewałeś " - westchnął ciężko, oczywiście, że szczeniak nie ruszył w swoją drogę, a przykleił się do niego zamiast leżeć w samotnie w zimnie. Ziewnął jeszcze raz, dużo przeciąglej, aż łzy zaszkliły ślepia i rozejrzał się dookoła, jakby to mogło coś zmienić. Łatwiej jednak było mu myśleć gdy fiksował na czymś wzrok, więc patrzył uparcie, planując kolejne kroki.
Z aktualnej perspektywy, wyglądało, że przyszedł z lewej strony, nie napotkawszy wcześniej nic ciekawego. Najlepiej by było pójść albo w całkiem przeciwnym kierunku, albo przynajmniej trochę odmiennym. Przesuwał wzrokiem z prawej przed siebie i z powrotem. Prosto, między kolumnami niesamowitego tworu natury wiła się wąziutka ścieżka. Może nie najwygodniejsza, ale zawsze była to jakaś droga. W prawo, zaczynała się dość szeroka dróżka, na której po kilkunastu metrach wyrastała grzybowa ściana. Może dało by się ją ominąć, ale równie dobrze, mogła się rozgałęziać i zawracać, nie doprowadzając wędrowca nigdzie. Co prawda to samo mogło się stać z tą drugą drogą, nie mniej Wrona uznał, że ta na wprost bardziej mu odpowiada, ostatecznie ogłaszając sprawę kierunku za zamkniętą. Reszta planu była równie prosta co oddychanie. Znaleźć schronienie na zimę. Zawsze tak robił, czy to gdy nadchodziła trudniejsza pora roku, czy gdy miał zamiar zostać gdzieś na trochę dłużej. Dobry dom to podstawa. Gdy się znudził, szukał nowego, nie mniej czy to na tydzień czy na wiele miesięcy, należało go sobie znaleźć. Co prawda w tej szalonej krainie szukał go od dobrych dwóch miesięcy bez skutku, ale może tym razem by się udało. Mając leże miałeś gdzie leczyć rany, po całodziennym wyzwaniach odpocząć i w razie nieplanowanej napaści bronić się. Deszcz nie lał na łeb, skwar nie dokuczał. W tej kwestii nasz tułacz czasem przypominał borsuka, ze swoim motto dobra nora to skarb. Kwestię marudności i drażliwości, czy skłonności do atakowanie innych stworzeń, pomińmy, nawet jeśli wysuwają się na czoło listy skojarzeń jeśli chodzi o charakterystykę pasiastego ssaka czy czarnego wilka.
Bez specjalnej euforii, spuścił wzrok pod swoje łapy, zerkając na szczeniaka, który miał nadziej się już obudził.
" ... I keep the laws I make ... I'm living on the edge ...
I'm a man without a country and I got no place to go.
Each day I fight to live. I fight to stay alive.
Don't get in my way. Unless you want to die ..."

Joey DeMaio

Grzybia czasza

#23
Spała dość spokojnie, do pewnego momentu. Z początku tylko delikatnie poruszała łapami, jakby idąc. Śniło jej się, że idzie gdzieś z matką, że ta wróciła po nią i przeprosiła za swoją nieobecność. W śnie nigdzie nie widziała czarnego basiora, to też bez oporu ruszyła za rodzicielką. Z początku las wcale nie różnił się od znanych jej drzew, krzewów i mchu. Samica wciąż przyspieszała, a maleństwo próbowało za nią nadążyć, co skutkowała szybszym przebieraniem łapek we śnie. Wraz z tempem, zmieniał się krajobraz. Czym szybciej poruszała się matka, tym roiło się ciemniej. Drzewa robiły się łyse, a gałęzie wydawały się ostre jak sztylety. Mech zniknął, a pod łapami waderki, coraz częściej, pojawiały się cierniste gałązki i popękana ziemia. Z drzew odłaziła kora, nawet zapachy się zmieniły, nie czuła już przyjemnego zapachu igliwa i małych zwierząt, zapachy kojarzyły jej się z starym mięsem, które kiedyś podkradła matce i zakopała w norze. Miała wtedy nadzieję, że jak zgłodnieje to będzie mogła się najeść, bo od matki przecież nic nie dostanie. Niestety po odkopaniu zwierzyny, waderka nawet nie miała ochoty ruszać śmierdzącego mięsa.
Matka szła już tak szybko, że śpiąca Lilith przebierała łapkami bez ładu, we śnie próbowała biec, ale jak na złość pod łapkami, spod ziemi wyrastały korzenie i inne wredne przeszkody. Za każdym razem gdy już jej się wydawało, że dogania matkę, ta przyspieszała. Przerażona Lilith, za wszelką cenę chciała biec szybciej, a to powodowało jeszcze energiczniejszy ruch malucha we śnie, nawet przy jednym mocniejszym machnięciu łapą, Lil przesunęła się i leżała teraz kawałek dalej, już nie wtulając się w sierść Balora.
W końcu matka się zatrzymała, a wyczerpana biegiem waderka mogła do niej podejść. Wilczyca stałą tyłem do szczeniaka i nie odwróciła się nim nie staną obok. Lilith stanęła obok wilka i oparła łepek o jego łapę. W tym momencie wilczyca zerwała się i odskoczyła od malucha, jednocześnie rzucając się w jego stronę i wbijając kły w delikatne ciało Lilith.
Śpiąca wadera, zerwała się z ziemi z przeraźliwym piskiem. Niemal czułą ból wywołany kłami matki. Zaczęła panicznie kręcić się i szukać napastnika, przed którym miałaby uciekać. Tak się stało, że jedynym żywym stworzeniem w okolicy był Balor, wadera widząc go, szybko skoczyła jak najdalej od niego. Rozpoznając jednak basiora, pognała w jego stronę. Był teraz czymś w rodzaju bezpiecznej ostoi dla małej Lil. Wtuliła się znów w sierść Wrony i cicho zaskomlała.

Grzybia czasza

#24
Patrząc na szczeniaka zorientował się, że Lilith spała jeszcze w najlepsze, chociaż chyba powinien użyć innego określenia, ponieważ mała wierciła się niespokojnie, machając łapkami coraz mocniej i szybciej. Nie zbyt wiedział co powinien robić, czekał więc dalszego obrotu spraw. Po chwili samiczka przebudziła się z piskiem, przyprawiając czarnego o zjeżenie sierści. Takiego finału zdecydowanie się nie spodziewał i nagły skowyt nieźle go zaskoczył, żeby nie powiedzieć, że wystraszył. Nie ruszył się jednak z miejsca, patrząc jak dzieciak odskakuje jak najdalej od niego, co w oczach Wrony było całkiem zrozumiałe. Zupełnym absurdem okazało się kolejne działanie waderki, która pędem wróciła do basiora, wtulając łepek w jego sierść. Mimowolnie wzdrygnął się na niespodziewany dotyk, ale opanował emocje i ani ruszył się także tym razem. Mała popiskiwała jakby żaląc się na koszmary, podczas gdy Bal obserwował widowisko dość osłupiały. Dopiero po chwili odzyskał równowagę i jasność umysłu.
- To był sen - powiedział cicho, było to najlepsze pocieszenie jakie przyszło mu do głowy - Koszmary szybciej znikają w ruchu - to mówiąc wstał i zaczął powoli iść w obranym wcześniej kierunku. Nie odwracał się, by sprawdzić czy Lili ruszyła za nim, jeśli mała nie chciała zostać zostawiona, musiała się pilnować, a przynajmniej taki miał być przekaz, nie będzie jej przecież nadmiernie niańczył. Nie mniej w panującej ciszy, doskonale słyszał poczynania malucha. Profilaktycznie nie szedł też zbyt szybko, leniwym stępem wkraczając między kolejne grzyby. Nie miał zamiaru się wracać, ani też zostać zmuszonym do niesienia malucha, gdyby ten nie nadążał. Zdecydowanie lepiej było dla małej, przynajmniej w ocenie Balora, by jak najszybciej nauczyła się polegać tylko i wyłącznie na własnych siłach i możliwościach.
Idąc rozglądał się nieznacznie, obserwując otoczenie i ostrożnie wybierając ścieżkę między seledynowymi kapeluszami. Drobniejsze grzybki ignorował przechodząc nad nimi, większe omijał ciasnym łukiem by nie zgubić ścieżki, która kręciła się podstępnie, jednak mimo licznych zakrętów wyraźnie prowadziła w mniej więcej stałym kierunku.
" ... I keep the laws I make ... I'm living on the edge ...
I'm a man without a country and I got no place to go.
Each day I fight to live. I fight to stay alive.
Don't get in my way. Unless you want to die ..."

Joey DeMaio

Grzybia czasza

#25
Mała chwilę jeszcze, po odejściu Balora, dochodziła do siebie. Matka jej nie chciała i czy ten sen był tylko wytworem jej podświadomości, czy wiadomością od kogoś, teraz Lil była tego pewna. Nawet nie czuła już wielkiego żalu, znalazła kogoś, kto choć trochę się nią przejmował. Nie żeby jakoś przesadnie na nią chuchał i dmuchał ale to chłodne zainteresowanie Bala w zupełności jej wystarczało.
Szybkim krokiem ruszyła za Wroną. Miała krótkie łapki, które w dodatku jakoś nadzwyczajnie się plątały. Lil była niezdarą ale jeśli się od czegoś przyłożyła to jej wychodziło. Nie można było powiedzieć, że całkiem wypoczęła, sen dawał się we znaki, czuła, że źle spała ale nie była też przesadnie zmęczona. Pełna optymizmu, dreptała obok Balora. Samiec szedł na tyle wolno, że bez problemu nadążała, a i nawet czasem dla rozrywki, przebiegała sobie między jego łapami i szczerzyła do niego kiełki. Od teraz życie basiora będzie dużo bardziej kolorowe i ciężko będzie w nim o spokój, a czy to polubi, przekonamy się pewnie w najbliższej przyszłości.
- Chce pomóc, czego dokładnie szukamy? - Waderka szła teraz bokiem, przyglądając się Czarnemu z zainteresowaniem. Przygarnął ją, należało się jakoś odwdzięczyć. Choć Lilith nie bardzo wiedziała jak, to postanowiła wykorzystywać każdą okazję by pomóc samcowi.
Potknęła się o jedne z tych przeklętych, świecących badziewi, udało jej się jednak, nawet z odrobiną wdzięku, wydostać z opresji i szła dalej niewzruszona. Fuknęła tylko w stronę grzyba, jak jakby specjalnie wyrósł jej pod łapami.

Grzybia czasza

#26
Rozważał przez chwilę, czy nie przyspieszyć kroku, skora mała tak sprawnie sobie radziła, porzucił jednak ten plan. Pierwszy problem stanowiły grzyby, które rosły teraz gęsto, w pełnej gamie swoich rozmiarów i kształtów, upiększając okolicę nakładającymi się na siebie jasnymi poświatami, tworząc niesamowity taniec świateł i cieni. Pokaz matki natury po za urodą, był też bardzo oślepiający, skutecznie męcząc i myląc wzrok. Jeśli więc chciał trzymać się nikłej dróżki, nie należało się specjalnie spieszyć. Druga rzecz, że Lili teraz biegała jak zakręcona, ale przypuszczał, że będzie się adekwatnie do aktualnego zaangażowania męczyć, więc za moment przestała by nadążać, co wiązało by się z kolejnymi zupełnie niepotrzebnymi komplikacjami. Nie, Balor miał ich aktualnie aż nadto i te zbędne zamierzał maksymalnie ograniczać. Nie wzruszony kontynuował marsz, unosząc tylko brew gdy Lilith rozzłościła się na przyczynę swojego potknięcia " Może coś z niej będzie" - uznał w myślach lekko rozbawiony, nie mówiąc jednak nic do puki nie padło pytanie. " Jeśli tylko nie będziesz przeszkadzać, to już będzie sukces " - od razu pojawiły się gderliwe myśli, ale nie czepiał się dzieciaka, bo co on był winien tego, że rodziców miał dennych. Nie, zdecydowanie złośliwe komentarze zachował dla siebie, ale znając życie jeśli nawinie się ktoś, na kim Wrona będzie miał okazję wyładować frustrację, gdy już upora się z głównym problemem, to biada nieszczęśnikowi.
- Szukamy ? - przez chwilę znów przyszła mu do głowy złośliwa odpowiedź i chciał palnąć, że on szukał świętego spokoju, ale zerknął na plączącą się futrzastą kulkę i odpowiedział zgodnie z prawdą - Najpierw wyjścia z tego dziwacznego miejsca, a potem czegoś co nada się na dom - mówiąc to, sporym krokiem przeszedł nad kolejnym skupiskiem grzybów. By wrócić spojrzeniem przed siebie. Łuna stopniowo ciemniała, budząc w basiorze nadzieję na wyjście z pod grzybiastej kopuły.
" ... I keep the laws I make ... I'm living on the edge ...
I'm a man without a country and I got no place to go.
Each day I fight to live. I fight to stay alive.
Don't get in my way. Unless you want to die ..."

Joey DeMaio

Grzybia czasza

#27
"Za jasno, grzyby... głupie grzyby. "
Waderka choć w dobrym humorze, już zaczynała się denerwować. O ile basior łeb miał dużo wyżej, to przed ślepiami waderki, dokładnie na ich wysokości, rozpościerało się pole światła. Co jakiś czas, gniewnie trącała grzybki łapą, niektóre nawet deptała obserwując jak wredna pleśń traci swój blask. Na jej pysku, mimowolnie pojawiały się wtedy zadowolenie i poczucie wyższości.
Kiedy usłyszała, że szukają wyjścia, szybko się rozejrzała. Wiedziała gdzie są, tą drogą dotarła pod ten wielki kapelusz z grzybów. Od tej ścieżki ścieżka powinna zaraz odchodzić trochę w bok inna, waderka zanim trafiła do tej dziwnej, świecącej jaskini, sprawdziła tę ścieżkę. Stwierdziła jednak, że nie ma tam dalej już tych ładnych grzybów i zawróciła, teraz ich brak zdawał się zbawienny.
Kiedy Lilith zauważyła znajomą ścieżkę, przeskoczyła pod łapami basiora i spróbowała zawyć, co nawiasem mówiąc wyszło żałośnie, ale wadera chciała tylko zwrócić na siebie uwagę. Uważała, że ten kierunek będzie odpowiedni, spojrzała jeszcze po drzewach, mech porastał je ponoć zawsze z południowej... nie, północnej strony. To udało jej się zaobserwować, wiedziała w jakim kierunku matka chodziła polować, zauważyła też, że mech zawsze pokrywa korę i głazy z tej samej strony. Z tego wynikałoby, że ścieżka prowadzi w południowo - wschodnim kierunku.

Grzybia czasza

#28
Szedł wolno, bez specjalnego entuzjazmu, zastanawiając się nad aktualną sytuacją. Wykarmienie małego stworzenia nie było problemem, ale miał dziwne wrażenie, że lepiej by było małej ze stadem. Nie ufał wilkom za grosz, ale chociaż sam nie miał najlepszych doświadczeń w tej materii, wiedział, że większość z nich najlepiej czuła się w grupie i bez problemu odnajdowała się w stadnym życiu. Gdyby spotkał jakąś godną zaufania waderę, ale większość wilków, które miał "przyjemność" napotykać, nie spełniało tego wymogu, jeśli zaś jakiś wydawał się obiecujący, to nie wiedzieć czemu traktował czarnego jak bandytę, wiejąc w siną dal. Młode co prawda o dziwo nie drażniło samca, będąc jedną z niewielu rzeczy i stworzeń na tym świecie, mogących się poszczycić mianem nieirytujących, ale Wrona uznał, że jeśli trafi się okazja, to zostawił by Lilith z lepszymi opiekunami, dla jej dobra. Nie to by miał jakieś szczególne nadzieje, w końcu jak wierzyć w dobre intencję psowatych, gdy nie można ufać własnym rodzicom, ale zawsze należało mieć plan awaryjny.
Idąc zerkał co jakiś czas kątem oka na poczynania Lili, z nieodgadnionym wyrazem pyska. Patrząc zaś Balor zwyczajnie uznał, że mała jest zadziorna, co według niego dobrze wróżyło, miała szansę przeżyć, o ile nie przedobrzy kiedyś z zaczepnością, jednak co do tej kwestii Bal nie był najlepszym wzorem.
Mówi się, że mamy trzy rodzaje opieki nad dziećmi, dobra, zła i opieka ojca, pytaniem jest w jakiej kategorii uplasuje opieka czarnego basiora, którego kłopoty mogły by być drugim imieniem i co w takich warunkach wyrośnie z samiczki.
Nie zatrzymywał szczeniaka, gdy ten pognał przed siebie. Prychnął tylko lekko rozbawiony widząc jak Lili próbuje go przywołać. Taka mała a już zaczyna dyrygować. Obojętne mu było w którą stronę szedł, więc udał się bez sprzeciwu w ślad za szczenięciem. Sądził jednak, że zdecydowanie wystarczyło by powiedzieć "tędy" nie był przecież głuchy, a Lilith nie odbiegła aż tak daleko by odstawiać popisówkę, która może wyszła, ale chyba inaczej niż waderka by chciała.
Blask systematycznie ciemniał i pomału basior zaczął dostrzegać wyjście z pod grzybowej czaszy. Na zewnątrz było ciemno, więc najwyraźniej panowała noc. Specjalnie go ten fakt nie zdziwił, w świetlistym otoczeniu, bez dostępu do nieba łatwo było zgubić rachubę czasu.
Nim jednak podążył do wyjścia, dostrzegł coś jeszcze. Zioło, które nie raz zrywał by przyspieszyć gojenie ran. Nie wiedział jak się nazywało, nikt go tego nie nauczył. Wiedząc jednak, że w dawnej watasze znachorzy bazowali na ziołach, żyjąc samotnie wielokrotnie próbował na własnej skórze z czym miał do czynienia, szukając cennych roślin. Nie raz przez to wymiotował i chorował, ale też dzięki temu udało mu się poznać kilka gatunków wartościowego zielska.
- Lekcja na dziś - powiedział na tyle głośno by Lili usłyszała - Po pierwsze, nigdy nie jedz nic, czego nie znasz, otrucie się, jest jednym z najgłupszych sposobów na śmierć. - Ton basiora był bardziej obojętny niż mentorski tak samo jak mina, ale nie zawsze wiązało się to z emocjami wilka, nie raz należąc po prostu do jego fizjonomii.
- Po drugie, nie jestem specjalistą od roślin, ale znam zastosowanie tych podstawowych, więc to co wiem, ci przekażę. Zapamiętaj tę roślinę. Nadaje się na do leczenia ran i obrażeń - nosem wskazał na skrzyp. Zielone palczasto rozgałęzione listki, poruszyły się pod wpływem powietrza gdy Bal mówił do szczeniaka, trącając jednocześnie bohatera wywodu. Gdy zaś uznał, że mała powinna zakojarzyć przekaz, zerwał choinko-podobną łodyżkę i schował ją wśród sierści.
" ... I keep the laws I make ... I'm living on the edge ...
I'm a man without a country and I got no place to go.
Each day I fight to live. I fight to stay alive.
Don't get in my way. Unless you want to die ..."

Joey DeMaio

Grzybia czasza

#29
Dumna z siebie, uśmiechnęłam się do idącego w moją stronę basiora. Udało mi się, przekazać to co chciałam. Sposób przekazu był dość żałosny ale ważne, że zadziałał.
Dreptała spokojnie, trącając łapami coraz rzadziej pojawiające się grzyby. Blask, który wcześniej zewsząd ich otaczał, teraz można było dostrzec jedynie przy roslinach. Może tak samotnie rosnące, były słabsze i to było powodem mniejszej ilości światła, które wytwarzały. Choć mogło to być złudzenie wywołane ich mniejszą liczbą.
Waderka przystanęła kiedy basior zaczął mówić. Na jego pierwsze słowa, spuściła łeb. Pamiętała, że tuż przed jego przyjściem, chciała zjeść grzyba, w dodatku świecącego. Teraz dostrzegała, jakie to było głupie i jakie mogło nieść ze sobą sutki. Zrobiło jej się strasznie wstyd, przez chwilę nie podnosiła łba, nie chcąc by jej opiekun wyczytał prawdę z jej oka.
Wzmianka o roślinie, zainteresowała jednak Lilith na tyle, że uniosła łeb, spoglądając na wskazanego chwasta. W przekonaniu samiczki wszystkie te zielska to chwasty. To zdanie jednak właśnie się zmieniało pod wpływem słów Balora. Roślina, która leczy? Wydawało się to Lilith niemożliwe, wręcz absurdalne. W pewien sposób jednak ufała samcowi więc zawierzyła mu na słowo. Wiedziała, że jeśli rośnie tu jedna taka roślina to i będzie więcej.
Kiedy ruszyli, rozglądała się za takimi gałązkami. Podbiegła do jednej, którą uznała za właśnie tą i zatrzymała się, jednocześnie przekrzywiając łepek.
- Taka? - Zawołała do Balora, wskazując na roślinkę łapą.

Grzybia czasza

#30
Spuszczony łepek mówił więcej niż spojrzenie, które Lilith w ten sposób ukrywała. "Ciekawe co chciała odpalić" - nie odzywał się jednak, co chciał, już powiedział i nie uznawał za konieczne dodawać czegokolwiek.
- Dobrze - pochwalił krótko, swoim niezbyt przyjemnym głosem, zerkając w stronę Lili i jej znaleziska, po czym wznowił marsz w stronę wyjścia. Z każdym metrem ciemność gęstniała i czuć było świeże mroźne powietrze, tak inne od tego stojącego i wilgotnego, którym oddychali wśród grzybów. Pokonał jeszcze kilka kroków by na dobre wyswobodzić się z pośród grzybów. Zimny i porywisty wiatr bezlitośnie zaczął targać czarną sierścią, gdy tylko basior wyszedł na zewnątrz, powitał jednak ten chłód z radością. Spojrzał w górę na zasnute chmurami niebo, które gnane wiatrem, przesuwały się raźno po niebie, od czasu do czasu odsłaniając świecący księżyc, by za moment znów go przysłonić.
Z przyjemnością wdychał powietrze, wypuszczając z pyska kłęby pary, która osadzała się na wąsach i sierści, pokrywając pysk basiora srebrną siwizną. Nie czuł chwilowo żadnych niebezpieczeństw, noc była dobra, skąpana w ciemności, rzadko kiedy rozjaśniania bystrą srebrną poświatą, czyli dla Balora w sam raz na wędrówkę. Zdecydowanie lepiej czuł się w mroku, w którym ginął jako jeden z cieni, mając przewagę nad ewentualnym przeciwnikiem, niż w pełnym świetle. Spojrzał ponownie na niebo, na chmury, które zwiastowały rychłe opady śniegu. Czas mijał szybciej niż przypuszczał, jeszcze chwilę temu wydawało by się, że do zimy miał mnóstwo czasu, a teraz lada dzień mogło zacząć sypać i mrozić. W takiej sytuacji jakakolwiek zwłoka była niewskazana.
Wciągnął powietrze raz jeszcze, szukając znajomych zapachów i wybierając kierunek, który wydawał mu się nieznanym i powoli ruszył przed siebie.

/zt. Lilith i Balor
cd.
" ... I keep the laws I make ... I'm living on the edge ...
I'm a man without a country and I got no place to go.
Each day I fight to live. I fight to stay alive.
Don't get in my way. Unless you want to die ..."

Joey DeMaio

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

cron