Grzybia czasza

#11
Lilit zdążyła skulić się nim upadła na ziemię, zrzucona z pyska Czarnego. Wiedziała, że teraz zapewne jej się oberwie, powinna była nawet nie podchodzić do zająca. Nie jej zdobycz, nie jej jedzenie.
Położyła uszy po sobie i podwinęła pod siebie ogon. Kiedy już się pozbierała i spojrzała w górę, jej oczy spotkały się z oczami basiora. Z zaskoczeniem przypatrywała się ciemnemu oku samca, oku bez tęczówki. Wiedziała, że ma takie samo, widziała swoje odbicie w wodzie. Tylko jej było jakby za mgłą, takie bez wyrazu, wyblakłe. Oko samca było inne, napawało ją przerażeniem ale budziło też nieskończone pokłady ciekawości, drzemiące w tym małym ciele.
Wadera zrobiła krok na przód, w stronę samca i od razu mocniej się skuliła.
" Co robisz głupia, wiej. "
Nie miała szans na ucieczkę, wilk powali ją jednym machnięciem łapy i najpewniej nawet się tym nie zmęczy. Cała się trzęsąc i skomląc, wadera zaczęła się cofać. Czuła jak żołądek jej się kurczy, bynajmniej nie z głodu, choć ten i tak uporczywie dawał o sobie znać. Dostrzegając łapę skierowaną w jej stronę, Lilith zamarła i zacisnęła powieki ze strachu. Po delikatnym pchnięciu, po prostu przewróciła się na bok i zwinęła w kulkę, miała nadzieję, że basior jej nie zabije. Właściwie to sama i tak długo już nie pożyje.

Grzybia czasza

#12
Przez chwile napotkał spojrzenie swoich zwidów, jakby patrzył we własne wypaczone odbicie, potem zaś czarna łapa ku zdziwieniu samca nie trafiła na powietrze, a na ciepłe futerko, którego właściciel przewrócił się na bok.
Niczym oparzony, basior zabrał łapę, podwijając ją pod siebie, tak, że stał teraz na trzech nogach, nie wiedząc co dalej powinien zrobić. Rozejrzał się ponownie węsząc, ale nic się nie zmieniło. W okolicy nie było żywej duszy, więcej nikt tu nie przebywał od dłuższego czasu, nikt po za nim i szczeniakiem. Zastygłszy w bezruchu jako jedyna plama czerni pośród zielonkawego morza światła, zastanawiał się przez moment co powinien teraz zrobić. Po chwili w czarnym łbie pojawił się doskonały plan, prawie, że słyszał własny głos, który mówił - "zabieraj zająca i dupę w troki, jak nie chcesz problemów. "
Basior jednak ani drgnął, dalej stojąc na trzech łapach, intensywnie patrząc w stronę malucha. Przez chwilę upierdliwie świecące grzyby przestały mieć znaczenie, a umysł samca stał się dziwnie spokojny, jakby zaciekawiony, pomijając ostrzegawcze warczenie, które ciągle nakazywało odwrót. Nigdy nie słuchał nikogo, mógł więc zignorować i własny głos, który właśnie stawał się irytujący. Zamiast odejść, położył się przed szczeniakiem, krzyżując przednie łapy, niezmiennie przyglądając się maleństwu, czekając jakiejś reakcji z jego strony.
- Matka ci nie mówiła, że kradnąc rób to tak by cię nie złapali ? - w końcu chłodny zachrypnięty głos przełamał ciszę, odbijając się niewielkim echem w grzybowych korytarzach. Ślepiami taksował małą kulkę, podczas gdy zielone światło odbijało się w ślepiach dodając czarnemu groźnego wyglądu, jakby zwykła prezencja Balora była niewystarczającym ostrzeżeniem.
" ... I keep the laws I make ... I'm living on the edge ...
I'm a man without a country and I got no place to go.
Each day I fight to live. I fight to stay alive.
Don't get in my way. Unless you want to die ..."

Joey DeMaio

Grzybia czasza

#13
Kulka nie poruszała się czekając na cios. Gdy ten nie nadszedł, Lilith uchyliła jedną powiekę i niepewnie spojrzała na wilka. Widząc jego łapy tuż przy swoim pysku i ślepia uparcie w nią wpatrzone, poderwała się i odskoczyła. Udało się tej niezdarze znów potknąć i wykonać efektowny piruet, po czym i tak wylądowała na pysku. Kichnęła i kilka razy poruszała nosem.
- Nawet się nie odzywała w mojej obecności. - Odpowiedziała basiorowi, choć brzmiało to jakby mówiła do siebie. Nawet trochę zaskoczył ją własny głos, dawno go nie słyszała. W końcu przecież odpuściła sobie zaczepianie matki, ta i tak ją ignorowała. Matka... gdzie się podziewa?
" Nie ważne. Ona i tak cię nie chce i nie zachce. "
Lilith zaskomlała na słowa, które wypowiedział głosik w głowie. Ale miał rację, od początku wiedziała, że matka jej nie chce. To też nie zdziwiła się gdy wadera nie wróciła, ale i tak zabolało.
Waderka ułożyła się na przeciwko Czarnego i udając, że wcale nie spogląda ukradkiem na jedzenie, ułożyła łeb na łapach. Była głodna, bardzo głodna, momentami słyszała własny żołądek, ale nawet jakby chciała teraz podkraść coś z zająca to nic by z tego nie było. Zmarnowała swoją szanse.

Grzybia czasza

#14
Nieruchomo obserwował dzieciaka. Mógł się wściekać, ale cierpliwy też potrafił być, w końcu szczeniak otworzył oczy, czy może powinien uznać, że oko, bo to drugie było dziwne. Za krótko obserwował malucha by móc powiedzieć coś więcej, ale miał pewne przypuszczenia.
" A co cię to interesuje" - jakby w odpowiedzi marudził w myślach, zaskoczony własną empatią, czego tu w ogóle leżał, na co mu to wszystko, zamiast marnować czas powinien poszukać lepszej kryjówki i wreszcie odpocząć, po to w końcu szedł. Wtedy też szczeniak, który poderwał się na łapy i ponownie plasnął na ziemię, sprawiając, ze Wrona zamrugał z wrażenia. Nic dziwnego, że ciamajda nie była wstanie ukraść nawet kęsa zająca, skoro własne łapy były dla niej przeszkodą.
" Zabieraj się stąd, to się nazywa selekcja naturalna" - wciąż jednak leżał patrząc w stronę drobiny. Wtedy też dotarły do niego ciche słowa waderki, brzmiące trochę znajomo.
" Nie wydurniaj się. Wcale nie ma podobieństwa, a nawet jeśli, to co z tego ? I tak zdechnie. O może już zdycha " - podpowiedziały myśli, gdy szczeniak zapiszczał. No właśnie, dzieciak był mały, zdecydowanie zbyt mały by przetrwać bez opieki. Ile mogła mieć, co najwyżej kilka tygodni. Padnie na pewno, to tylko kwestia czasu. Odchodząc okazał by się prawdziwym dupkiem. W tej sytuacji dobicie szczeniaka było by aktem łaski w porównaniu z powolną głodową śmiercią. Oczy chłodno patrzyły na młode, nie zdradzając tego co kryło się w umyśle samca. W końcu podniósł się z niezadowolonym stęknięciem i nie zastanawiając się dłużej podszedł do leżącej zaraz obok ofiary. Łapą przytrzymał ciało by jednym szarpnięciem kłów odedrzeć skórę z zajęczego grzbietu, potem oderwał kawałek mięsa i upuścił na łapy i nos wilczątka.
- Jak chcesz przeżyć, musisz walczyć - nie był zbyt zadowolony z tego co właśnie robił, ale nie był przecież mordercą, a nie miał też najmniejszego zamiaru upodabniać się do tych, którymi tak pogardzał. Tak był pewien, że tego jeszcze pożałuje. Zdecydowanie musieli istnieć bogowie, chociaż w nich nie wierzył. Jak inaczej wyjaśnić fakt, że cały czas miał takiego pecha, by jako kulminacyjny punkt nieszczęść w środku zapyziałego zadupia trafić na szczeniaka. Wiadomo, takie rzeczy trafiały się tylko jemu, wniosek jakiś suczy syn musiał się całkiem na niego uwziąć.
" ... I keep the laws I make ... I'm living on the edge ...
I'm a man without a country and I got no place to go.
Each day I fight to live. I fight to stay alive.
Don't get in my way. Unless you want to die ..."

Joey DeMaio

Grzybia czasza

#15
Kiedy Czarny wstał, szczenię skuliło się, może już znudziła mu się obserwacja i postanowił dobić malucha? Byłby to właściwy krok, mały i tak zdechnie, a przecież próbował go okraść.
Wilk jednak wbrew przekonaniu Lilith, skierował się do truchła. Czyli postanowił ignorować malca i zjeść w spokoju. Waderka westchnęła i zamknęła oczy, chroniąc wzrok przed światłem, które już trochę zaczynało ją denerwować. Położyła łeb i całkiem znieruchomiała. Dalsza wędrówka mijała się z celem, choć czy jakiś cel Lil jeszcze miała? Nie miała już sił, była głodna. Zdecydowanie przydałby jej się sen, ale w towarzystwie tych światełek był on nieosiągalny, a nawet jakby zasnęła, czy obudziłaby się, czy zasnęła na wieczność?
Powoli odpływała gdzieś daleko, zagłębiała się we własnym świecie przemyśleń, kiedy kawał mięsa brutalnie wyrwał ją z otępienia i przywrócił do rzeczywistości. Zdezorientowana wodziła wzrokiem między kawałkiem zająca, a swoim wybawcą. Jego słowa były pierwszą radą, jaką usłyszała w swoim życiu. Chwilę zajęło jej poskładanie wszystkiego w całość. Ten czarny wilk, o jej oku właśnie podarował jej życie.
- Dziękuję. - Zwróciła się zawstydzona do basiora. Zaraz po tym wgryzła się w mięso i niezdarnie próbowała podzielić je na kawałki, które byłaby w stanie przełknąć. Zawsze obgryzała resztki mięsa z kości i nawet nie musiała się bardzo trudzić w ich rozdrabnianiu, same w sobie były już niewielkie. Nie chciała jednak pokazać po sobie, że nie da rady i uparcie szarpała mięso. Widać było, że musi wkładać w to wiele wysiłku ale już po chwili zaczęło jej to iść dużo sprawniej. Załapała jak złapać i w którym miejscu by oderwać wystarczająco mały kawałek. Szło jej powoli ale do przodu. Czuła jak powoli głód mija i zastępuje go przyjemne uczucie sytości.

Grzybia czasza

#16
No pięknie, a może szczenię było za małe by jeść mięso. Biorąc pod uwagę jego szczęście, oczywiście, że mogło tak być i co teraz, sarne wydoi ? - "Trzeba było odejść puki mogłeś idioto” - w tym momencie głos przegiął i nie wiele brakowało a Bal zaczął by warczeć, pohamował się w ostatniej chwili. Co jak co, ale nigdy sam siebie nie obrażał, inni wyrabiali normę i nie musiał im pomagać. Może zbyt długo łaził sam, zaczynało mu odbijać i skończy jak ten szary świr z bagien.
W odpowiedzi na podziekowanie, mruknal tylko w swojej własnej wersji "proszę", wciąż wędrując myślami, jednocześnie obserwując zmagania malucha.
Całe szczęście szczeniak zaczął osiągać jakieś efekty w jedzeniu, ratując Balora od dalszych bezproduktywnych rozmyślań. Nigdy nie gadał sam ze sobą, nawet w umyśle, ale nigdy też nie wędrował tak długo bez snu. Tak zdecydowanie powinien się zdrzemnąć i świat od razu stanie się bardziej znośny. Tylko jak tu kurna spać w lśniącej poświacie, zamiast dalej milczeć dyskutując z własnymi myślami, odezwał się do szczeniaka - Zwą cię jakoś ? - starał się przybrać łagodniejszy ton, ale czy to przez ochrypły głos czy fakt, że nie nawykł do bycia miłym, niespecjalnie się ta trudna sztuka Wronie udała i zabrzmiał tak jak zawsze tyle, że ciszej.
Nie pytał o rodziców, po jednym zdaniu dzieciaka, wszystko stało się dla niego jasne, aż do bólu i cały jego ból w tym, że został udupiony na najbliższe ile pół roku, a gdzie tam rok pewnie. Sam przymusowo rozpoczął życie na własną łapę mając jakieś 3-4 miesiące może i delikatnie mówiąc było do dupy. Tak na prawdę Bal narzekał na złośliwość losu, ale może wykorzystał całe pokłady farta za młodu, bo nie raz powinien zakończyć swój żywot w dzieciństwie.
Widząc jak szczeniak radzi sobie coraz lepiej, sam też zabrał się za jedzenie, chociaż wciąż nie miał specjalnego apetytu. Z drugiej jednak strony złapał uszatego, bo burczało mu w brzuchu, głupio więc by było nakarmić dzieciaka i samemu być głodnym.
" ... I keep the laws I make ... I'm living on the edge ...
I'm a man without a country and I got no place to go.
Each day I fight to live. I fight to stay alive.
Don't get in my way. Unless you want to die ..."

Joey DeMaio

Grzybia czasza

#17
Matka nie chciała małej karmić mlekiem, więc szybko Lili przestawiła się na mięso, a raczej resztki. Dzięki temu zając jej nie zaszkodzi choć jedzenie tego było trochę problematyczne.
Waderka musiała się skupić na jedzeniu, żeby się nie zadławić.
W połowie kawałka mięsa, który dostała od basiora, Lil położyła łeb, jeszcze bardziej brudząc się w krwi. I tak była już brudna, a szarpanie się z mięsem jeszcze bardziej zmęczyło jej wyczerpane ciało. Cóż, przynajmniej nie była już głodna.
- Ciężko stwierdzić czy Lilith czy Smarkula to imię. Wolę to pierwsze, ale słyszałam je tylko raz. - Można było wyczuć żal w głosie waderki. Jeden raz matka nazwała ją Lilith i był to jedyny raz kiedy zwróciła się do niej bez wyraźnej niechęci.
Wadera spojrzała na basiora. Chciała zapytać o jego imię ale widząc go zajętego jedzeniem zrezygnowała i wróciła do swojej części zająca.

Grzybia czasza

#18
Jadł bardziej z musu i rozsądku, niż ochoty, jednocześnie obserwując pojedynek - comber kontra wilczątko. Chwilowo chyba obiad wygrywał, gdyż padnięta waderka klapnęła plackiem na mięsiwo. Bynajmniej nie miał zamiaru wykonać pracy za nią i ułatwiać maluchowi zadania, w końcu życie też nie będzie tego robić, ale zapamiętał, by na przyszłość dawać drobiazgowi mniejsze kawałki, nie miał zapędów na sadystę, zwyczajnie brakowało mu wiedzy z zakresu wychowania młodych. Z kolei wydało mu się bezsensem podejście w stylu "Ojej a jednak nie radzisz sobie, poczekaj pomogę ci". Niech to będzie jedna z życiowych lekcji - nie poddawaj się puki oddychasz.
- Lilith - powtórzył za małą - Może być - czyli miał do czynienia z samicą. Oczywiście, że nie był pewien, szczeniak jak szczeniak, piskliwy głosik, zapach nie precyzyjny, a o szczeniętach Bal wiedział tyle, że sam nim kiedyś był, czyli ciężko by znaleźć kogokolwiek o niklejszej wiedzy w zakresie potomstwa.
Może jadł, ale obserwował małą dużo uważniej niż można by przypuszczać.
- Balor - wychrypiał - ale mów mi Wrona - podał imię zarezerwowane dla przyjaciół, nie to by jakichś miał, ale gdyby miał, to chciał by, by nazywali go Wroną, tak jak sam lubił się określać.
- Nie bój się tak, toż cie nie zjem - mruknął. Właśnie skończył posiłek, więc wytarł pysk w czystą część podłoża, wstał rozciągając łapy i powoli rozejrzał się za wygodniejszym miejscem, ponieważ tam gdzie jadł nie tylko była goła ziemia, ale teraz została przyozdobiona zajęczymi wnętrznościami. W końcu wzrok padł na jeden wyjątkowo gruby grzybowy ogonek, który świecił bardzo jasno w porównaniu z innymi, ale wyrastał wprost z miękkiej połaci mchu. Mogło się nadać. Przeczłapał powoli pod grzyb, ułożył się na zielonym mchu i zaczął wylizywać łapy z zajęczej krwi.
" Masz jakiś plan ? " - chciał zapytać Lilith, ale po chwili stwierdził, że pytanie było by dość bezsensowne, westchnął więc i zmienił taktykę - Nie wiem jak ty, ale mam zamiar teraz trochę odpocząć, a potem znaleźć jakąś porządną kwaterę na zimę, nim mrozy i śnieg zastaną mnie odmrażającego sobie zad wśród świecących grzybów - mówiąc to przewrócił się na bok i przykrył oczy przedramieniem, w ten sposób całkiem skutecznie osłaniając je przed jasnością. - Zima, spodoba ci się, zobaczysz, wszędzie będzie pełno białego badziewia - w końcu kto nie lubił zimy ? Balor oczywiście jej nie znosił, ale wielu, a szczególnie dzieciaki kochały zimę, pamiętał jak rodzeństwo bawiło się w zaspach.
" ... I keep the laws I make ... I'm living on the edge ...
I'm a man without a country and I got no place to go.
Each day I fight to live. I fight to stay alive.
Don't get in my way. Unless you want to die ..."

Joey DeMaio

Grzybia czasza

#19
Jej jakoś zdecydowanie bardziej podobało się Balor, choć może to kwestia charakteru, który zawsze podpowiadał jej by robiła inaczej niż się od niej oczekuje. Lilith obserwowała Balora , jednocześnie pochłaniając ostatki mięsa. Biorąc z niego przykład, wytarła pysk o podłoże i gdy basior się oddalił, od razu pognała za nim. Bała się zostać sama, los nie był dla niej byt łaskawy ale może w towarzystwie Czarnego jakoś przeżyje.
" I on niby chciałby taką Ciebie od opiekę, nie wydurniaj się. "
No bo niby dlaczego miałby się opiekować tą małą niezdarą. Drzemał w niej co prawda spory potencjał, ale skąd ona mogła to wiedzieć, skoro jedyny wilk, z którym do tej pory przebywała nawet nie próbował niczego jej uczyć. Miała naprawdę beznadziejną matkę, ale rodziny ponoć się nie wybiera.
Waderka walnęła się obok basiora, nie odważyła się jednak podejść na tyle blisko by móc ogrzać się jego ciepłem. Leżała po prostu z boku i próbowała zwinąć się w jak najmniejszą kulkę. Może gdy będzie mniejsza, będzie mniej marznąć?
Zmarszczyła nos, słyszą słowa Balora, nie wiedziała co ze sobą począć. Najrozsądniej byłoby uczepić się ogona samca i doprowadzać go do białej gorączki każdego dnia, jednocześnie modląc się by ten nigdy nie zapragnął zamordować wilczątka. Tylko czy Wrona wogóle da maluchowi możliwość na wykonanie tego planu? Jeśli już pozwoli mu teraz za nim iść to potem z górki, ciężko mu pewnie będzie zostawić malca, może nawet trochę się przywiąże.
- Zima? Co to jest zima? - Białe badziewie, zima, pierwszy raz słyszała takie słowa. Szczególnie "białe badziewie" ją zainteresowało. Miała biały pysk, białe były chmury, ale "badziewie" to coś nowego.
Podczołgała się zaciekawiona bliżej i trąciła basiora nosem w pysk. Chciała zwrócić na siebie uwagę.
- Ba- dzie -wie? - Głośno wyrecytowała, dzieląc słowo na sylaby. - Jak wygląda ba-dzie- wie? - Oj biedny Balor, nie raz pewnie usłyszy podobne pytanie.

Grzybia czasza

#20
Już nawet osiągnął pewien komfort, więcej miał pełen brzuch, mech był miło miękki, łapa zasłaniała większość fluorescencyjnej poświaty, więc wreszcie mógł by się zdrzemnąć. Mógł by, gdyby było cicho. Ale cicho było tylko przez moment. Słyszał drobne kroki szczeniaka i to jak się ułożył, co więcej o dziwo to mu nie przeszkadzało. Pech chciał, że Bal nie ugryzł się w odpowiednim momencie w język i powiedział o jedno słowo za dużo. Nawet spróbował by udać, że nie słyszał pytania, ale mała zaczęła go trącać, uniemożliwiając Wronie ten sprytny plan. Zsunął łapę z oczu, by unosząc brwi spojrzeć na swoje przekleństwo, przekrącając jednocześnie łeb, by leżał nie na policzku a na brodzie. Łatwiej było patrzeć, gdy horyzont był na właściwym miejscu. Zamrugał kilka razy ponownie przyzwyczajając oczy do jasności i dopiero zaczął mruczeć pod nosem.
- Różnie wygląda. Grunt, że jest upierdliwe i uprzykrza ci życie. Te grzyby, będą świecącym badziewiem - tłumaczył wolno, całkiem jak na niego rozbawiony - A białe badziewie, to tak zwany śnieg. Niedługo go zobaczysz, jak dożyjemy. A żeby dożyć, trzeba wypocząć, bo jak nie jesteś w pełni sił, to nie możesz walczyć i nie dostrzegasz zagrożenia w porę - z każdym słowem mówił wolniej, a ślepia same mu się zamykały. Bardzo krótki, wręcz telegraficzny wykład na temat życia, działał na czarnego lepiej niż próby uspokojenia się i zrelaksowania na siłę, wywierając efekt piorunujący. Nie można też było pominąć faktu, że był naprawdę zmęczony, nie miał okazji wyspać się odkąd zabłądził na bagnach, a w między czasie zaliczył jedną ostrą bójkę, po której rany wciąż pokryte były nie do końca zgojonymi strupami. Krótko więc mówiąc był wycieńczony nie mniej niż obecny obok szczeniak, nie mniej jednak rozmowa zadziałała na basiora jak osobliwe i skoncentrowane liczenie owiec, zostawiając wilka uśpionego z łapą wciąż pozostawioną na kufie.
" ... I keep the laws I make ... I'm living on the edge ...
I'm a man without a country and I got no place to go.
Each day I fight to live. I fight to stay alive.
Don't get in my way. Unless you want to die ..."

Joey DeMaio

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

cron