Grzybia czasza

#1
Miejsce niezwykle nietypowe, którego nie da się chociażby częściowo odtworzyć w żadnej innej części krainy. Wszędobylskie grzyby z biegiem czasu rozrastały się, przeplatając nawzajem, wpierw tworząc solidne ściany, by następnie złączyć się wysoko nad głowami mieszkańców krainy. Wykreowały dziwnego rodzaju, sporych rozmiarów kopułę posiadająca wiele wejść i będącą w stanie chronić przed deszczem oraz upalnym słońcem. Nie da się jednak utworzyć tutaj legowiska - naturalna budowla wytwarza duże pokłady mocnego, jasnego światła, nie pozwalając nawet najbardziej zmęczonym osobnikom zmrużyć powiek na dłużej.

Rośliny: skrzyp
Zwierzęta: mysz

Grzybia czasza

#2
Długie, silne łapy niosły go daleko, ku przygodzie. Parł przed siebie niestrudzenie, nie wahając się ni chwili, choć zapytany, gdzież tak pędzi, nie miałby zielonego pojęcia. Na dłuższą metę, nie wiedział nawet, gdzie aktualnie się znajduje. Pędził naprzód, wierząc, że prowadzą go bogowie, o których opowiadał mu ojciec, a także duchy przodków, przedstawiane w opowieściach przez matkę. Pełen pozytywnej energii, naiwnej nadziei oraz młodzieńczego zapału, mknął uparcie, przeczesując wszelakie krainy w poszukiwaniu członków rodziny. Jedynymi, które pamiętał, były różnooka siostra ora dziwna, przybrana babuszka o ślepiach przywodzących na myśl bliźniacze księżyce. Brał również pod uwagę możliwość posiadania młodszego rodzeństwa, choć wątpił, aby Voulke wydała na świat choćby jedno żywe szczenię. Jeżeli jednak było inaczej… Och, cieszył się, że narodził się w zdrowym miocie, jeszcze za czasów, gdy Wieszczka tryskała życiem. Wiele podróżując, a zarazem będąc osobnikiem niesamowicie rozmownym, poza historiami o Ostrzach miał okazję poznać przeróżne legendy, czy przesądy. Wzdrygnął się na myśl o Kantyczce, występującej w niejednym podaniu. Cokolwiek miało jakiekolwiek powiązania ze śmiercią, odpychało go i w pewien sposób przerażało. Och, naturalnie, nie obawiał się zginąć w walce! Jako syn wspaniałego wojownika Reevera, czarnookiego Pożeracza, był pełen wzniosłych ideałów, tak typowych dla wilków z klifów. Raczej… brzydził się bogini Saal, jako istoty. Szanował ją, jak i całą resztę bóstw, nie miał jednak ochoty na żadne bliższe spotkania. Gdyby jednak do takowego doszło… Co mówimy śmierci? Nie dzisiaj.
Uśmiechnął się mimowolnie, przypominając sobie motto Hordy, watahy, w której wychowywał się jeden z rodziców. Umysł Reechaniego momentalnie zatonął, zalany falą licznych, całkiem miłych wspomnień. O, Wieści, chyba musisz jeszcze trochę zaczekać. Zwolnił kroku, aby ostatecznie zatrzymać się i rozejrzeć. Matowy, nieprzenikniony wzrok zawisnął na nietypowym obiekcie, ku któremu samiec podlazł bez najmniejszych oporów, jakby nie spodziewając się zagrożenia. Grzybną konstrukcję obszedł dwukrotnie, nim bezceremonialnie władował się do wewnątrz, by tam ciężko pacnąć na zadzie. Kończyny, choć porządnie umięśnione i przygotowane do długich wędrówek, potrzebowały czasem odpocząć.

Grzybia czasza

#3
Szła. Przed siebie.
Przed opuszczeniem Zarośli paproci nie zastanowiła się nad tym, który z kierunków obrać i w jakim celu. Odkąd oswobodziła się z pułapki, w którą wpadła ze względu na swoją młodzieńczą głupotę, nie miała niczego, do czego mogłaby dążyć. Zwykle jedynie snuła się po okolicy, a gwałtowniejsze zachowania miały swe źródło w niezrozumiałych impulsach, pojedynczej myśli. Nie zastanawiała się nad konsekwencjami haniebnych czynów, nie przejmowała się skrzywdzonymi, nigdy niczego nie żałowała. Nie żyła, a wegetowała.
Jej niedane było poznać prowadzących Reechaniego bogów oraz duchów przodków. Prowadzona była więc jedynie przez głód oraz pragnienie. Coś ją jednak podkusiło, by zbadać przedzierające się przez liście, pnącza i krzewy przytłumione, acz wciąż jaskrawe, lazurowe światło. Nie przypominała sobie, by kiedykolwiek widziała promyki o tej barwie; jedyne co znała to mocny blask wstającego słońca.
Delikatnie odbiła w prawo, zanurzając się w gęstwinie zarośli. Przedarłszy się przez absorbujące błękit rośliny, przystanęła. Okolone dwoma różnymi tęczówkami źrenice znacząco się zwęziły, a kolejno skryły pod przymkniętymi powiekami. Waderze chwilę zajęło przyzwyczajenie się do wszędobylskiej światłości. Powoli poczęła otwierać oczy, ale wciąż pozostawała oślepiona. Białe plamy przysłaniające obraz bledły, ale czyniły to niewystarczająco szybko.
Nietrudno było wyczuć przebywającego w tym miejscu basiora, nie próbował w żaden sposób zamaskować swej obecności. Podrażniony nieznaną wonią nos wywołał skurcz wszystkich mięśni jego właścicielki. Zaczęła potrząsać głową, mrugać, trzeć pysk przednią łapą, pragnąc pozbyć się mlecznej płachty przysłaniającej otaczający ją świat oraz potencjalnego agresora. Z boku przypominało to próbę strącenia czegoś ze łba.
Adrenalina wypełniła żyły samicy. Nie mogła pogodzić się z myślą, że znowu przez swoją głupotę naraża się na niebezpieczeństwo. Przeklinała się w myślach.

Vouellyesentrosyiaelk córka Vouellye'sheneayealke i Reevera

Grzybia czasza

#4
Zaintrygowała go delikatna, dziwaczna woń, która musnęła nozdrza na moment przed pojawieniem się jej właścicielki. Zapach trącał zapomnianą część świadomości, zdawał się znajomy i obcy zarazem, nieomal przywracał przesłonięte gęstą mgłą wspomnienia, lecz te wciąż umykały, gdy tylko był bliski ich pochwycenia. Nieznacznie ściągnął ku sobie brwi i gdyby nie przerażający, matowy odcień tęczówek, na ich powierzchni zatańczyłaby frustracja. Nie potrafił sobie przypomnieć, kim była, choć próbował ze wszystkich sił. Przydługie uszyska płasko przylgnęły do samczej czaszki, kryjąc się w nieprzeniknionej czerni futra, wargi zaś drgnęły nieznacznie.
Obrazy przeszłości falą zalały umysł Reechaniego w chwili, w której wadera znalazła się w zasięgu wzroku i chociaż nie była już tą samą, puchatą kulką burego futra, nie mógłby pomylić jej z nikim innym. Szerzej rozwarł ciemne ślepia, serce zabiło mocniej. W osłupieniu przyglądał się siostrze, nieświadom wahadłowego ruchu własnego ogona, wesoło szurającego po podłożu. Wstał.
- Sentrosi. – Wymruczał niby ogromny kocur, robiąc kilka kroków naprzód. Przystanął w odległości ledwie półtora metra i czekał, w milczeniu lustrując różnooką od stóp, aż po koniuszki uszu. Puszysta kita wciąż wachlowała z lewa na prawo i z powrotem, aż z całej tej ekscytacji nie uniosła się nad zad, zawijając w malowniczy, zupełnie nietypowy dla czystokrwistego przedstawiciela gatunku precel.

Grzybia czasza

#5
Odzyskawszy częściowo wzrok, niespokojnie zadarła pysk ku górze, chcąc spojrzeć na nieznajomego, w jej mniemaniu, wilka. Nieoczekiwane przeciwności losu uniemożliwiły Sentrosi zainteresowanie się wonią ciemnofutrego, przez co nie mogła dzięki niej rozpoznać w nim brata. Dostrzegając, iż ten rusza ku niej, najwyraźniej mając zamiar przekroczyć jej strefę komfortu, wykonała kilka kroków w tył. Spod ciemnych warg ostrzegawczo błysnęły białe kły.
Rozmazany obraz zyskiwał na ostrości. Do tej pory niewyraźny kształt przeobraził się w basiora, widocznie zadowolonego na widok jednej z Ostrzy. Dokonując prędkich oględzin, oczy wadery skupiły się na obliczu wilka. Wtem twarde, chłodne serce przebiła nieistniejąca szpilka, na moment zatrzymując jego bicie. Gniewna czuła, iż jej jestestwo, duch zaczynają być pożerane przez czerń, nieskończone otchłanie zapomnienia, które zamknięte były w ślepiach samca. Takie same, jakimi mogli poszczycić się ojciec, brat burej oraz ona sama. Znak szczególny, nie do ukrycia, zmazania, zapomnienia.
Uniesiona warga opadła, a nos wreszcie skupił się na unoszących się w okolicy zapachach. Szczególnie jeden przykuł uwagę Sentrosi, znajomy, a wypowiedziane przez hebanowego słowo potwierdziło wszelkie przypuszczenia. Krew z krwi, rodzony brat,
- Reechani. - Odpowiedziała, acz głos burej w porównaniu z rozmówcy był niezwykle szorstki, ostry. Lata odizolowania od normalnych relacji z innymi znacząco odbiły się na psychice córki Voulke i Reveera. Nie potrafiła rozmawiać, okazywać szczerych uczuć, nawet nie chciała tego czynić. Wszystko, co miała, zdobyła siłą. Zamilkła, przyglądając się Ree.
- Czemu? - Rzuciła niespodziewanie niejasne pytanie, wciąż znajdując się w znacznej odległości od krewnego.

Vouellyesentrosyiaelk córka Vouellye'sheneayealke i Reevera

Grzybia czasza

#6
Długi czas w milczeniu oczekiwała na odpowiedź ze strony brata. Ten jednak nie reagował... Może nie zrozumiał pytania lub nie chciał na nie udzielić odpowiedzi? Narastająca w niej złość z minuty na minutę rosła, by w końcu rozerwać bańkę i rozlać się po całym wnętrzu, wypełniając nawet koniuszki uszu i ogona. Zdenerwowana, gotująca się w środku, rzuciła Reechaniemu nieprzyjemne spojrzenie, po czym odwróciła się i opuściła to miejsce.

/zt

Vouellyesentrosyiaelk córka Vouellye'sheneayealke i Reevera

Grzybia czasza

#7
Wędrowała już od kilku godzin, jej niepewnie stawiane kroki niosły ją przed siebie w poszukiwaniu rodzicielki. Czy miała jeszcze nadzieję na jej odnalezienie? Choć pragnęła wierzyć, że wilczyca jej nie porzuciła to wewnętrzny głos jasno dawał jej do zrozumienia, że Ona nigdy nawet jej nie chciała. Chciała syna, tego, którego dostała i po niespełna tygodniu utraciła. Lilith była dodatkiem, a po jego śmierci czymś co przypominało o stracie.
Nie miała już siły, przeszła i tak bardzo duży odcinek drogi jak na swój wiek. zatrzymywała się co prawda, jednak nie na długo. Widząc jasną łunę, zaczęła iść w jej kierunku. Ponoć nie powinno się iść w stronę światła ale ona przecież i tak zawsze robiła na przekór.
Dookoła było wiele dziwnych roślin, których nigdy nie widziała, te też świeciły, kopuła, która teraz dumnie wznosiła się przed nią, robiła na niej jedna większe wrażenie niż malutkie świecące grzybki.
W środku było jeszcze ciekawiej, wręcz bajecznie. Waderka weszła do środka i podeszłą do jednej ze ścian, patrzenie na nią nie należało jednak do zbyt przyjemnych. Oko ją bolało, a mrugając mogła dostrzec mroczki powoli znikające po każdym otwarciu oczu. Potrząsnęła łbem i skierowała się w miejsce bardziej oddalone od światła.
Położyła się na trawie przy jednym z mniejszych grzybków i zaczęła trącać go łapą. Zamknęła oczy i zaskomlała, robiła to na początku, ale po dłuższej podróży przestała. Teraz pojawił się kolejny moment słabości. Lilith była głodna i wyczerpana, porzucona waderka nie potrafiła sobie sama radzić. Chłód, który panował w całej krainie, powodował, że zmęczenie i głód jeszcze bardziej doskwierały.
Lilith otworzyła ślepia, nawet jeśli chciałaby zasnąć to wszechobecne światło jej to uniemożliwiało. Przestałą trącać grzybka łapą, a zaczęła nosem, jednocześnie poważnie zastanawiając się jakby smakował. Jeszcze chwila i spróbuje go zjeść, mimo niesamowitego wstrętu budzącego się w niej na samą myśl o tym.

Grzybia czasza

#8
Ktoś ewidentnie bruździł czarnemu basiorowi. Najpierw świecące robale a teraz co, świecące grzyby ! Tego jeszcze nie grali. Wilk miał zamiar schronić się w cieniu osobliwych kapeluszy, myśląc, że to jakiś dziwaczny rodzaj groty. Szedł więc w tym kierunku z całkiem optymistycznym jak na niego nastawieniem. Chwilę temu złapał zająca, teraz wystarczyło znaleźć kryjówkę najeść się i wyspać. Wreszcie odpoczął by w miejscu w którym mógł kontrolować otoczenie i nie był dostrzegalny z odległości całych mil. To co napotkał, okazało się całkowitą kpiną. Ledwie minął wejście a w ślepia uderzyły fosforyzujące rozbłyski. Nienawidził się cofać, więc szedł dalej licząc, że grzyby zgasną. Oczywiście piekielny świat nie zamierzał spełnić choćby najmniejszej prośby czarnego samca. Grzyby wcale nie gasły, różniły się jedynie swoim rozmiarem, sprawiając, że nie było miejsc wolnych od uciążliwej jasności, z każdym krokiem budząc w nim coraz większą frustrację. Szedł warcząc sam do siebie, brnąc przez labirynt kolumn z przerośniętych grzybowych ogonów.
- Niech was wszystkich, Argh ! - ryknął wściekły, rozglądając się w którą stronę mógłby pójść. Wszędzie było tak samo, rzucił na ziemię upolowaną zdobycz i upadł płasko na brzuch, w miejscu w którym stał. Obolałe łapy miały dość i basior miał dość też. Uznał więc, że puki nie wypocznie, niech się wali, niech się pali, nie postawi choćby jednego kroku więcej, nawet apetyt stracił.
W całej swojej frustracji nie zauważył szczenięcia, leżącego obok jednego z grzybów, a przez swoje własne burczenie nie dosłyszał jego popiskiwania. Teraz zaś było za późno, truchło zająca leżało między nim a młodym, dokładnie na linii wzroku, zasłaniając w większej części małą waderkę, resztę maskującej pracy wykonały świecące grzyby, oślepiające Wronę. Na koniec zapach młodego przykryła woń krwi ofiary, zatęchły zapach wilgoci i natura, która dla bezpieczeństwa uczyniła zapach młodych zwierząt znacznie mniej wyczuwalnym.
Położył się niewygodnie, bo jak miał uzyskać komfort, gdy zewsząd oślepiała go obrzydliwa, zmutowana rodzina pleśni. Zacisnął powieki, starając się chociaż odrobinę osłonić oczy i odpoczywał klnąc pod nosem na cały świat.
" ... I keep the laws I make ... I'm living on the edge ...
I'm a man without a country and I got no place to go.
Each day I fight to live. I fight to stay alive.
Don't get in my way. Unless you want to die ..."

Joey DeMaio

Grzybia czasza

#9
Już miała pochłonąć grzybka, otworzyła paszczę, gdy tuż przed jej oczami na ziemię upadł zając. Wyczerpanie sprawiło, że waderka nie zauważyła basiora, który pojawił się tu niedługo po niej. Nie wyczuwała też nigdy wcześniej zapachu innego wilka, prócz matki i woń, którą poczuła nie uświadomiła jej o obecności dorosłego osobnika. Powinna być bardziej uważna, ale głód przysłonił jej całą resztę.
Powoli, bardzo powoli przysunęła się do "spadającego z nieba" zająca. Podniosła się, niedowierzając, że leży przed nią zdobycz jakiej nigdy nie było jej dane nawet spróbować. Matka nigdy nie pozwalała jej ruszać swojej zdobyczy, dopiero gdy się najadła Lil dostawała resztki. Na szczęście, udawało jej się zawsze znaleźć jakiś kawałek mięsa, kości nadal nie nadawały się dla niej do zjedzenia, jeszcze nie ten wiek. Przekrzywiła łeb i podniosła jedną łapę chcąc dotknąć nią zwierzyny i upewnić się, że to nie jakaś iluzja wywołana głodem.
W tym właśnie momencie, Lilith dostrzegła czarnego wilka leżącego obok zwierzyny. To była jego zdobycz. Przed oczami waderki stanęła scena z nory, kiedy odważyła się podejść do upolowanej przez jej matkę myszy. Oj mocno wtedy oberwała, to ją nauczyło żeby nie tykać nie swoich rzeczy, a przynajmniej nie przy właścicielu. Powinna się teraz po cichu wycofać, ale mięso tak ją kusiło. Stała tak i patrzyła na zająca, o sekundę za długo. Nachyliła się zbyt mocno i straciła równowagę. Wciąż nie trzymała się najpewniej na łapach, a z jedną uniesioną kończyną, pozostały jej tylko trzy. Skutek tego wszystkiego był taki, że Lilith własnie leżała na zającu i powoli się z niego staczała. Sekunda i waderka, cała we krwi wylądowała na pysku basiora.

Grzybia czasza

#10
Leżał tak, z usilnie zamkniętymi oczami, całą swoją wolę skupiając na odpoczywaniu. Nie był to jednak najskuteczniejszy sposób na regenerację sił i zamiast relaksować samca, tylko go drażnił. Światło przebijało się do ślepi, mimo ochrony czarnych powiek. Pod zmęczonym ciałem, wyczuwał każdą nierówność czy kamyk, już miał przewrócić się na bok, szukając wygodniejszej pozycji, oczywiście nie otwierając oczu, bo i po co. Nie miał najmniejszej ochoty oglądać jasnych kapeluszy, a i tak nikogo tu nie było, przecież nie czuł i nie słyszał żadnego stworzenia. Wtem święcie przekonanego o swoim odosobnieniu samca, coś krwiście mokrego, palnęło w pysk. Poderwał się na łapy z głuchym warczeniem, zrzucając z kufy to niewielkie coś i rozglądając się wściekle za winowajcą, któremu groził bolesny zgon. Nikogo jednak nie dostrzegł. Dookoła było całkiem pusto, ani żywej duszy mogącej być sprawcą całego zamieszania. Rozglądał się jeszcze przez chwilę uważnie nasłuchując ciszy i oblizując jednocześnie pysk.
Rozpoznając smak, zajęczej krwi Wrona zdziwił się jeszcze bardziej. Przecież długouch był trupem i grzecznie leżał na swoim miejscu, jak więc mógł go uderzyć ? Zerknął w dół w stronę, gdzie zostawił tuszkę, by potwierdzić fakty i wtedy wzrokiem dostrzegł coś jeszcze. Przy swoich łapach miał niewielką puszystą kulkę, wymazaną posoką niby ostatnie nieszczęście. Z wrażenia zamarł w bezruchu z półotwartym pyskiem, może grzyby były halucynogenne i teraz miał zwidy, w końcu skąd w takim miejscu bachor. Wyciągnął łapę, by lekko trącić szczeniaka i upewnić się czy nie ma omamów.
" ... I keep the laws I make ... I'm living on the edge ...
I'm a man without a country and I got no place to go.
Each day I fight to live. I fight to stay alive.
Don't get in my way. Unless you want to die ..."

Joey DeMaio

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron