Żywiczny zagajnik

#31
Stąpał nieco ostrożniej, próbując nie stratować waderki i jednocześnie się nie przewrócić. Jednocześnie zachodził w głowę, kiedy mała tak wyrosła. Moment temu była małą smętną kulką nieszczęścia. Teraz była całkiem sporym szczeniakiem, zbliżającym się do wieku młodzieńczego. Czy to czas tak szybko uciekał, czy spędzili ze sobą znacznie więcej czasu niż byłby wstanie uwierzyć, gdyby ktoś mu o tym opowiedział.
- Żywica tak pachnie - odpowiedział spokojnie - To jakby krew drzew, które mają liście w kształcie igieł - tłumaczył jak nauczyciel, do którego nikt by nigdy Balora nie przyrównał - To ona przesyca pnie charakterystyczną wonią i sprawia, że takie lasy pachną inaczej.
" ... I keep the laws I make ... I'm living on the edge ...
I'm a man without a country and I got no place to go.
Each day I fight to live. I fight to stay alive.
Don't get in my way. Unless you want to die ..."

Joey DeMaio

Żywiczny zagajnik

#33
Jak krew. Dobre porównanie, różne zwierzęta różnie pachniały, może to też przez krew. Waderka chwilę nad tym rozprawiała, ale doszła do wniosku, że nie ma po co. Skoczyła na bok basiora i spróbowała na nim zawisnąć. Nic z tego, zjeżdżała po jego sierści i lądowała na ziemi.
- Ale to pachnie tak mocno jakby były ranne. - Lil zaczęła chodzić od drzewa do drzewa i węszyć. Zapach trochę ją drażnił, ze względu na intensywność. Przy którymś z kolei drzwie, żywica wypływająca z pniaka, była idealnie na wysokości nosa wadery. Lilka nie zwróciła na nią uwagi i wsadziła w nią swój pysk. Odskoczyła zdziwiona, że natrafiła no coś lepkiego i ochydnego. Zaczęła wycierać pysk o trawę, by dopiero po chwili zorientować się, że to to coś tak pachnie. Nie zaprzestała jednak prób usunięcia substancji z pyska.

Żywiczny zagajnik

#34
- Bo jest ich tu dużo - wychrypiał do wilczątka, rozglądając się uważnie po okolicy - Poza tym w tej krainie wiele rzeczy jest trochę innych, bardziej intensywnych niż normalnie - mówił powoli, wyraźnie rozproszony czymś w okolicy - Tak jak te świecące grzyby. W życiu takich nie widziałem, a tu takie paskudztwo rosło - dokończył niezmiennie czymś zaniepokojony strzygąc uszami i lustrując otoczenie.
Niby nie czuł zapachu, który mógłby zwiastować zagrożenie. Dźwięków informujących o niebezpieczeństwie, też nie słyszał. Nie mniej miał dziwne i złe przeczucia.
Podczas gdy Lili próbowała oczyścić uklejony żywicą nos, Balor zataczał wolne kręgi wokół waderki, ciągle poszukując przyczyn swojego poddenerwowania. Czy to zbyt wielki spokój panujący w lesie, czy wszechobecny zapach żywicy. "Spokój!" - wpadło basiorowi. Oczywiście, że to było to. W lesie było stanowczo zbyt cicho i to nie oni przepłoszyli ptaki i drobne zwierzątka. Bór był cichy już gdy nadeszli.
" ... I keep the laws I make ... I'm living on the edge ...
I'm a man without a country and I got no place to go.
Each day I fight to live. I fight to stay alive.
Don't get in my way. Unless you want to die ..."

Joey DeMaio

Żywiczny zagajnik

#35
W końcu jej się udało. Ciężko żeby całkiem usunęła żywicę, ale już nie kleiła się tak strasznie. Przy najbliższym źródle wody, wsadzi pysk pod nią i może tak uda jej się pozbyć resztek tego paskudztwa. Chyba nie lubiła żywicy. Za mocno pachniała, drażniła jej nos i atakowała ją, przyklejając się do jej futerka. Fuknęła i rozejrzałam się za opiekunem. Podbiegła do niego i zaczęła iść obok, próbując naśladować jego poważną, jak zwykle, minę i chód.
//zt
Ostatnio zmieniony piątek 23 cze 2017, 19:00 przez Lilith, łącznie zmieniany 1 raz.

Żywiczny zagajnik

#36
Nie znajdując przyczyny swojego zaniepokojenia, ruszył dalej. Nie kłusował jednak. Szedł wolnym stępem wciąż rozglądając się uważnie i czujnie. To, że jeszcze nie wykrył nic groźnego, nie znaczyło, że niebezpieczeństwa nie było. Nie zamierzał dać się zaskoczyć. Takie przeczucia rzadko kiedy się myliły. Po prostu nie zawsze od razu można było poznać ich źródło.
Zagajnik stopniowo gęstniał przechodząc w gęsty sosnowy bór.

/ zt.

/ Zgodnie z pw przeskakuję do lokalizacji z misiami /
" ... I keep the laws I make ... I'm living on the edge ...
I'm a man without a country and I got no place to go.
Each day I fight to live. I fight to stay alive.
Don't get in my way. Unless you want to die ..."

Joey DeMaio

Żywiczny zagajnik

#37
Po zagajniku włóczył się basior. Szedł wolnym, miarowym krokiem, nie rozglądając się przy tym ani nie zatrzymując. Jego chód przypominał bezmyślne posuwanie się jakiejś ciężkiej maszyny, gdyż samiec wyraźnie nie przejmował się przeszkodami w postaci gęstych krzewów, plątaniny gałęzi czy nielicznych powalonych pni - po prostu taranował je swoim cielskiem i szedł dalej. Robił przy tym niemało hałasu, ale tym również zdawał się nie przejmować. Nie miał zamiaru zapolować na zwierzynę, ani tym bardziej kryć się jak zwierzyna. Od czasu do czasu machał ogonem lub strzygł uchem, tym zdrowym, rzecz jasna, by przepędzić wszechobecne owady, kuszone słodkim zapachem żywicy. Futro Hatvana również zdążyło już przesiąknąć jej zapachem, tak samo jak wonią igliwia, suchej kory i chłodnego wieczornego powietrza.
Po dłuższym czasie zaczął czuć zmęczenie w łapach i dopadającą go senność. Wówczas zdał sobie sprawę, że maszerował nieprzerwanie od świtu i pokonał szmat drogi. Zdecydował, że to dobry moment na spoczynek, gdyż okolica wydawała się wystarczająco odludna i bezpieczna, by spędzić w niej noc. Nie wiedział, na co by natrafił, gdyby zdecydował się iść dalej, ani kiedy najprędzej nadarzyłaby się okazja na postój. Rozejrzawszy się uważnie i obwąchawszy dokładnie najbliższe drzewa, by upewnić się, że nie pozostał na nich zapach innych przedstawicieli jego gatunku, położył się na miękkim posłaniu z wilgotnego mchu i starego igliwia. Ukryte wśród trawy świerszcze przygrywały mu na dobranoc. Ziewnął i złożył ociężały łeb na wyciągniętych przed siebie łapach.

Żywiczny zagajnik

#38
Nie dość, że Jesień nie znalazła żadnego śladu po fioletowookiej, to jeszcze musiała robić co jakiś czas dłuższe przystanki, bo zwyczajnie nie miała siły iść dalej. Choroba znacznie ją osłabiła, a do tego wszystkiego doszedł jeszcze ból głowy. - Przeklęte góry, przeklęta choroba, przeklęta Fehu. - mruczała gniewnie, przemierzając kolejne metry i przeklinając cały ten świat. Jednocześnie starała się też skupić na otaczających ją zapachach. Może Rianall jednak wysłuchał jej próśb i postawi na jej drodze Khal lub Fehu, którzy byliby w stanie pomóc jej zwalczyć męczącą ją chorobę. Jeśli w istocie tak było, nie miała zamiaru zmarnować swojej szansy. Zadanie jednak znacząco utrudniała intensywna woń żywicy, skutecznie tłumiąca wszystkie pozostałe. Jedyną szansą na wychwycenie czegoś innego było trzymanie nosa przy ziemi lub wyczekiwanie na zbawienne podmuchy wiatru, co też robiła.
Mijały minuty, godziny a każdy następny krok brązowej wadery stawał się coraz bardziej ociężały. Po kolejnym postoju, przestała nawet jakoś szczególnie zwracać uwagę na otaczające ją zapachy, a przynajmniej nie wyłapywała ich już tak ochoczo jak wcześniej. Zawziętość z którą wcześniej to robiła zwyczajnie gdzieś wyparowała, gdy na każdym kroku czekało na nią kolejne rozczarowanie. Szła po lesie zrezygnowana i poirytowana. Trzeba było zostać przy tym cholernym oczku wodnym. - przeszło jej przez myśl. Tam przynajmniej miała stały dostęp do jedzenia... byłby ryby... i ładne widoki, a tutaj, w tym stanie nawet głupia sarna bez problemu by przed nią umknęła. Zdecydowanie nie wstyd byłoby wyzionąć ducha w miejscu podobnym tamtemu, ale teraz już za późno. Co prawda mogła zawrócić, ale nie była pewna czy jej organizm sprostałby wspinaczce; bez sensu byłoby się przemęczać jeśli ostatecznie i tak nie osiągnęłaby swojego celu.
Nagle zorientowała się, że zapach, który docierał do jej różowego nosa zmienił się odrobinę. Nadal było czuć żywicą, ale z domieszką czegoś jeszcze... Omiotła okolicę spojrzeniem swoich szarozielonych oczu i nastawiła uszy. Wszystko wydawało się w porządku, jedynie ściółka była naruszona, a to oznaczało, że ktoś tędy niedawno przychodził. Sądząc po śladach, które udało jej się odnaleźć był to wilk, spory wilk. Serce Deszczowej zabiło odrobinę szybciej. Czy to mógł być Wicher? Czy Rianall jej wysłuchał i zesłał wybawienie? Nie kojarzyła zapachu, lecz przez tą żywicę i gorączkę wszystko wydawało się takie... inne, nierealne. Postanowiła sprawdzić trop.
Początkowo, podążając za śladami nie dostrzegła basiora wylegującego się na mchu i dopiero gdy usłyszała jego miarowy oddech, dotarło do niej, że nie jest tu sama. Niestety, gdy tylko spojrzała z nadzieją na samca, zalała ją fala rozczarowania. To nie był jej przyjaciel. Nie był nawet do niego podobny. Wpatrywała się w niego przez chwilę, zastanawiając się czy powinna odejść, czy może poprosić nieznajomego o pomoc. Jego postrzępione ucho, widoczne blizny, których nigdy nie miała już przysłonić sierść, postura... wyglądał jej na typowego zawadiakę, a takich nie lubiła. Na tą chwilę za nic miała jednak wszystkie środki ostrożności. W końcu i tak i tak wykańczała ją choroba, więc jeśli ciemnofutry okaże się agresywny tylko skróciłby Jesieni cierpienia.
-Ej, ty... duży. - rzuciła, po czym od razu ugryzła się w język. - Halo, śpisz? - na to wyglądało, lecz nie miała całkowitej pewności. Jeśli jednak, może uda jej się go w ten sposób obudzić.

“She looked like autumn, when leaves turned and fruit ripened.”
~ Sarah Addison Allen

Żywiczny zagajnik

#39
Po dłuższych staraniach, które spędził na przeganianiu natrętnych myśli, Hatvanowi udało się zapaść w sen. Był to jednak bardzo płytki sen, jeden z tych, z którego może wybudzić byle co, chociażby mocniejszy podmuch wiatru czy też ptaki biegające wśród uschniętych liści. Nic więc dziwnego, że gdy w okolicy pojawiła się wadera, Hatvan wybudził się, choć nie był z tego faktu zadowolony. Mimo to nie ruszył się ani o cal. Odetchnął głęboko, nabierając w nozdrza powietrza, w którym wyczuł niewyraźny jeszcze zapach samicy. Wkrótce jednak zapach ten stawał się coraz silniejszy, aż drażniący, gdyż czuć w nim było nutę lawendy, której basior nienawidził. Wyczuł też zapach krwi zwierzyny, która drażniła go jeszcze bardziej. Nie dlatego, że jej również nienawidził, lecz dlatego, że chętnie wrzuciłby coś na ząb. Nie jadł od ładnych paru dni. Wkrótce wilczyca znalazła się tak blisko, że gdyby Hatvan otworzył ślepia, dostrzegłby ją bez trudu, ale nie musiał tego robić. Wystarczyło, że słyszał jej kroki, dźwięk łap poruszających się po leśnym runie. Kiedy podeszła blisko, wciąż udawał, że śpi. Albo po prostu nie uznał za koniecznie zmieniać pozycji.
- Ciszej - burknął. Zawsze, gdy miał zamknięte ślepia, wszystkie inne zmysły wyostrzały się mu ponad normę. - Spałbym, gdybyś nie była tak głośno.
Dopiero wówczas rozchylił powieki, spod których łypnęły jasne, bladożółte ślepia. Rzucił nieznajomej przelotne spojrzenie, lecz nie gapił się zbyt długo, ani natarczywie, raczej ze znużeniem. Nic dziwnego, skoro właśnie wybudziła go z drzemki. Niechętnie dźwignął łeb i obrócił się w jej stronę.
- Czego chcesz?
Może i wyglądał na zawadiakę, jednak wszystko, za wyjątkiem jego paskudnej mordy, wskazywało na to, że zamiast draki, chętnie wybrałby święty spokój. Mimo to czekał na odpowiedź.

Żywiczny zagajnik

#40
Słysząc słowa, które padły z pyska nieznajomego, ponownie musiała ugryźć się w język, żeby nie palnąć czegoś, czego by później żałowała. Jeśli chciała uzyskać jakąkolwiek pomoc lub wskazówki, musiała opanować irytację, której główną przyczyną był nieustający ani na chwilę ból głowy, a to wymagało od niej sporo wysiłku.
- Wybacz mi to najście. - rzuciła chcąc pokazać się w trochę lepszym świetle - Szukam medyka... uzdrowiciela, czy kogokolwiek kto znałby się na ziołach, albo chociaż wiedział, jak pozbyć się choroby żołądka, czy jak to cholerstwo się tam nazywa. - jak na zawołanie, wspomniany organ dał o sobie znać nieprzyjemnym skurczem, a wadera zamilkła. Beżowy pysk wykrzywił się na chwilę w lekkim grymasie. Niestety najwyraźniej działanie mięty, którą udało jej się niedawno przełknąć załagodziło objawy jedynie na chwilę. Miała nadzieję, że nie zwiastowało to kolejnej fali mdłości; zdecydowanie nie chciała pozbywać się zjedzonej w górach ryby w tym konkretnym momencie. Profilaktycznie więc zaczęła brać nieco głębsze oddechy - to też pomagało. - Znasz może... kogoś takiego? Może sam coś potrafisz? - zawiesiła zmęczone, szarozielone ślepia na zawadiace, oczekując na jego odpowiedź. Czy miała nadzieję, że będzie ona pozytywna? Zapewne powinna, lecz gdy o tym myślała, nie czuła absolutnie nic. Co będzie to będzie, nie miała na to wpływu, lecz może dopiero po usłyszeniu werdyktu samca obudzą się w niej jakieś emocje? To zapewne okaże się już za chwilę.

“She looked like autumn, when leaves turned and fruit ripened.”
~ Sarah Addison Allen

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron