Bór sosnowy

#1
Źródło: wikipedia


Wraz z przemieszczaniem się na zachód, różnorodność gatunkowa lasu iglastego przerzedza się, ustępując miejsca jednostajnemu zbiorowisku sosen. U podnóża ich pni nierzadko znaleźć można kopce szyszek zrzucanych przez wszędobylskie wiewiórki tudzież buszujące ptactwo. Tymczasem stosunkowo żyzna gleba sprzyja rozwojowi nie tylko mszaków i porostów, lecz również niektórych wartościowych ziół czy owocowych krzewów. Ze względu na tę dość urozmaiconą roślinność, zwierzęta kopytne należą tu do całkiem powszechnych widoków.



Rośliny: cis, czosnek, lawenda
Zwierzęta: jeleń, kuna, lis, niedźwiedź

Bór sosnowy

#2
Wcale ich nie potrzebuję, poradzę sobie sam.
Takie było z grubsza założenie przez młodego Inarie, od samego początku. W zasadzie odkąd tylko uciekł od swojej matki, która nawet się za nim nie oglądała. Tak zakładał, że da sobie sam radę, przecież nie jest już takim małym szczenięciem. Nie będzie widział swoich sióstr ani braci, którzy wcale nie byli mu tak bliscy. Jednak kiedy zaczął się gubić, odczuł ukłucie tęsknoty. A co, jeśli już ich nie zobaczy? Co wtedy?
Burczenie brzucha było na tyle donośne, że białas coraz bardziej się denerwował niż odczuwał głód, ilekroć tylko coś usłyszał. Wszystkie emocje buzowały wewnątrz jego głowy, a części z nich nawet nie potrafił opisać i zrozumieć. Inaria postanowił się zatrzymać na malutkim wzniesieniu, w zasadzie niewiele większym od niego samego. Zmęczył się. I to była jak na razie najsilniejsza emocja jaką póki co odczuwał.
Dopiero teraz, kiedy miał czas na ochłonięcie, na odpoczynek, zaczął się bać. Las był obcy, dookoła obce dźwięki, a on tutaj sam jak palec. Każdy szmer, szept wiatru wzbudzał w nim strach, tak jakby miał zaraz wyskoczyć zza krzaków jakiś niedźwiedź. Słyszał opowieści jednego z jego braci, jak widział takiego jednego. Wobec tego, nawet nie miał jak odpocząć. Łapki bolały, ale wolał iść dalej, zanim coś go zje. W tej samotności, dopiero go zabolało, że nie słyszał matki. Nie mógł odejść tak daleko, a mimo to... nikt go nie nawoływał. Nikt go nie szukał.
Tak jakby nigdy się nie urodził.
Stękając troszkę szedł na przód, coraz wolniej, czasem się zatrzymując, ale las mu nie pozwalał na przerwanie wędrówki. groźba śmierci chodząca za nim zewsząd była zbyt dotkliwa.

Bór sosnowy

#3
Opuściwszy wyższe partie gór, wreszcie mógł odetchnąć pełną piersią. Przechodząc z typowego dla siebie truchtu w wolny marsz, zadarł nos ku niebu i wziął kilka powolnych, głębokich wdechów, delektując się niezwykle delikatnym powietrzem. Skierowawszy swe kroki na wschód, wkroczył na obrośnięte iglakami tereny. Otaczający go las, który właśnie budził się do życia, pieścił nozdrza rudzielca różnorodnymi zapachami, stanowiąc miłą odmianę dla monotonii trudno dostępnych szczytów. Przyjemne zapachy wypełniły go dobrym samopoczuciem i dodały energii.
Dostrzegłszy w oddali białą postać, zdecydowanie zwolnił, pragnąc przyjrzeć się jej dokładniej. Wszędobylskie krzewy uniemożliwiały mu dokonania szczegółowej analizy, jednakże udało mu się ocenić, iż widziany przez niego zwierz jest wilkiem. Pomógł mu w tym również zmysł węchu.
Zaprzestał skradania się, przez co podczas poruszania wydawał różnorodne dźwięki - krokom Iskry towarzyszyły cichy szelest liści oraz dźwięki charakterystyczne dla naciskanego przez wilcze łapy podłoża - łamanie gałązek, trzeszczenie piasku. Wyłoniwszy się z zarośli, przystanął. Oczom szczenięcia ukazał się dziwaczny przedstawiciel canis lupus - smukły, o nieco dłuższych kończynach, ogonie i uszach. Chude ciało skrywało aksamitne futro o ognistej barwie, będące bardzo przerzedzone na karku - pojedyncze kępki sierści swym wyglądem przywodziły na myśl długie kolce.
Dwukolorowe ślepia prędko omiotły okolicę, coby sprawdzić, czy w pobliżu nie znajduje się jego rodzina. Kolejno zawiesił soczewki o szlachetnych barwach na Inarii, posyłając mu pytające spojrzenie. Milczał.

Bór sosnowy

#4
Próbował w pamięci znaleźć jakiś punkt odniesienia. Którędy szedł? Skąd w ogóle przyszedł? W prawo czy w lewo? Gubił się. Panika. Przecież nikt nie chciał być zjedzony, a już na pewno nie Inaria. Żył już na tyle długo by za siebie odpowiadać. Ale nie wystarczająco, jak widać, by przestać się bać dosłownie wszystkiego.
Dobra, przestań, to nic nie daje, nic nie daje. Mruczał pod nosem, rozglądając się nerwowo na boki w trakcie chodu. Brzuch bolał z głodu, a łapy bolały od tak długiej wędrówki. Wnioskował, ze był bardzo daleko od domu. Nawet niebo tutaj nie było takie samo jak wo domu. Zaczął już myśleć nawet, że nie będzie w stanie dotrzeć do domu i umrze z głodu. O ile nie będzie zbyt łatwym kąskiem, kiedy będzie leżał i czekał na cud.
W miarę postępującego zmęczenia, miał coraz mniej siły na to, by się aż tak bać. Ale hałas, jaki dotarł do jego uszu na nowo wpompował do jego małego ciałka kolejną dawkę adrenaliny. Co prawda, niedźwiedź to nie był, ale i tak szczenię stanęło jak wryte, z oczami jak pięciozłotówki wpatrzone w obcą osobę. Serce zwolniło, świat zatrzymał się na jednym punkcie przed nim i w zasadzie... czuł się jakby coś go spętało. Przykra sprawa. Inaria odliczał w głowie sekundy, a tak mu się przynajmniej zdawało.
Szybka kalkulacja. Miał jeszcze szanse. Tak mówił wypełniony adrenaliną mózg.
W ułamku sekundy podjął decyzję o ucieczce od nieznanej mu istoty, pędząc co sił w łapach, w zupełnie przeciwnym kierunku do którego pojawił się rudy wilk. Czasem się potknął, ale to nie miało znaczenia, gdyż musiał uciekać, zanim go zje.

Bór sosnowy

#5
Przyglądał się szczenięciu w milczeniu, posyłając mu nieme pytanie. Wyczuwał otulającą je aurę przerażenia oraz napięcie, które z czasem okazało się trudne do wytrzymywania. Już miał się odezwać, zadać jakieś pytanie, gdy jasnofutry postanowił rzucić się do ucieczki. Z płuc Płomienia wydobyło się westchnięcie. - Nie sądziłem, że jestem aż tak szpetny... - Wymamrotał niepocieszony, na moment skrywając przydługie uszy w pozostałościach futra na karku. - Jesteś kundlem. - Mruknął od niechcenia, w dość lekceważący sposób. - Daleko ci do prawdziwego wilka. - Dodał, jakby nigdy nic, wykrzywiając kąciki warg w delikatnym, acz niezwykle paskudnym uśmiechu. Wnet ze złotego oka wystrzeliły gniewne błyskawice, a z gardła wydobył się nieprzyjemny warkot. Oblicze samca spochmurniało, karykatura uśmiechu zniknęła tak szybko, jak się pojawiła, a zamiast niej błysnęły nieco pożółkłe zębiska. Shevayal pragnął w jakiś sposób odegrać się na Surkh'u za niewybredne stwierdzenia, ale droga, którą próbował to osiągnąć, prowadziła donikąd. Nie był w stanie zadać mu fizycznych obrażeń; musiałby w tym przypadku zranić również siebie, a znając tego pasożyta, uciekłby przed bólem, skrywając wśród najgłębszych zakamarków umysłu mieszańca, tym samym pozostawiając go samemu sobie.
Niezadowolony, kilkukrotnie kłapnął szczękami, ostatecznie rezygnując z podjęcia drastycznych kroków. Pomyślał, że teraz nie jest najlepszy czas na zastanawianie się nad bzdurami i później poszuka sposobu na utemperowanie bożka.
Sprzeczka zajęła rudowłosemu wystarczającą ilość czasu, by pierwszy raz spotkany podrostek zdążył oddalić się na sporą odległość. Ognisty nie był już w stanie go dostrzec, na co przeklął pod nosem, wypluwając nieprzyjemne epitety o pewnym jegomościu. Postanowił nie zwlekać i czym prędzej udać się na poszukiwania.
Zdecydował, iż nie będzie biegł na złamanie karku, gdyż mogłoby to dodatkowo spłoszyć młodzieńca, a tego wolał uniknąć. Obrał inną strategię – wiedziony świeżą wonią oraz śladami, szybkim truchtem pokonywał kolejne metry. Miał nadzieję, że Inaria wkrótce się zmęczy i będzie musiał przystanąć, a wtedy doszłoby do ich „kolejnego” spotkania.

Bór sosnowy

#6
Cholera!
Tak z pewnością krzyczałby, gdyby chociaż jedno z brzydszych słów znał. A tak pozostało mu tylko jęczeć, wołać pomocy myślami i biec! przede wszystkim biec, ile sił w łapach, ile tchu w płucach, ile jeszcze czasu mu zostało. Czuł tylko, że kończyły mu się siły. Nigdy tak nie biegł. Czasem się bawił z Yiveth w ganianego i bieli aż im się odechciało, ale to nie było to samo. Tutaj wiedział, że jeśli się zatrzyma, to umrze. Wobec czego, napędzany strachem biegł, ale musiał się zatrzymać. Na ułamek sekundy. Rozejrzał się. Nigdzie go nie widział, nie słyszał, ale jakby dosłownie czuł jego oddech na swoim karku tuż przed zatopieniem zębów. Dosłownie, jakby to było już i teraz.
Pisnął w końcu, gdzieś cicho, błagalnie, pod siebie i wtedy dostrzegł coś na wzór norki. Zwykłe dziursko w ziemi, najpewniej pozostałość po jakimś mniejszym od niego zwierzaku. Oczywiście że tam podbiegł, co miał zrobić? Biec już sił nie miał, już ledwo w zasadzie na łapach stał. Obejrzał i obwąchał. Nie czuł ani borsuków, ani jeleni, ani niczego innego co chociaż raz na oczy widział. A było wystarczająco miejsca, by mógł się zagnieździć.
Tak też zrobił. Ostatecznie uznał to za dobry plan, bo nie musi biec, a siedzieć może w tej norce aż się nim jego kostucha znudzi. Problem był taki, że owszem, prawie cały się schował, ale wystawał mu nos i w dodatku było bardzo ciasno. Teraz pozostało mu czekać. Inaria przerażonym spojrzeniem przeczesywał okolicę, bo wiedział, ze na pewno tutaj przyjdzie. Był większy niż on i pewnie poruszał się szybciej. Przełknął gorzko ślinę, ściskając się w tej wykopanej jamie tak bardzo, jak to było fizycznie możliwe.

Bór sosnowy

#7
Obydwa wilki przebywające w sosnowym borze mogły usłyszeć szmery gałęzi i podszytu. Dźwięki dochodzące z okolicy wskazywały na obecność czegoś dużego, znacznie większego od wilka czy jelenia. Stworzenie łamało liczne gałązki i mniejsze roślinki drepcząc leśnymi ścieżkami i klucząc między drzewami.
Po kilku chwilach dziwne odgłosy przesunęły się nieco bliżej w stronę Płomienia, który mógł pośród roślin dostrzec dużych rozmiarów porośniętą włosiem sylwetkę. Nie było możliwości pomylenia jej z niczym innym - po okolicy poruszał się niedźwiedź, stąpając ciężko swoimi łapami. Jego nos pracował niestrudzenie, musiał wpaść na trop wilków.. Ale ich nie widział. O tyle Płomień i Inaria mieli szczęście, ponieważ przynajmniej Shevayal miał szansę dostrzec zagrożenie pierwszy.

Bór sosnowy

#8
On jak postanowił, tak zrobił - podążał za podrostkiem szybkim, aczkolwiek niewymagającym truchtem, uważnie przyglądając się otaczającej go roślinności, coby pomóc sobie w precyzyjnym określeniu pokonanej przez jasnofutrego drogi. Zwinnie omijając przeszkody w postaci krzewów i drzew, nieubłaganie zbliżał się do kryjówki młodzika, jednak jego nozdrza podrażniła inna woń. Zapach był nieprzyjemny, a wtórujące mu hałasy zmusiły wilka do przeprowadzenia drobnej analizy. Zwolnił kroku, by ostatecznie przystanąć. Węszył, wytężając spojrzenie oraz stawiając uszy na sztorc. Dwukolorowe oczęta omiotły najbliższą okolicę, skupiając się na tym, co skrywało się wśród zarośli. Spostrzegając, z czym ma do czynienia, zamarł. Wielokrotnie zranione serce przestało na moment bić, by kolejno zdecydowanie przyspieszyć swój rytm, szybciej pompując krew do wilczych żył. Pobudzony do działania czmychnął w dół, przyklejając się do gleby, co miało uniemożliwić, a przynajmniej utrudnić niedźwiedziowi dostrzeżenie go, a następnie z nosem przy ziemi, dotarł do niewielkiej kryjówki Inarii. Co prawda, najpierw natknął się jedynie na wystający nos, ale stężenie woni, która doprowadziła go do nory, mówiła sama przez siebie. Zajrzał do środka. - Stul pysk i nie wychodź. Najlepiej nie oddychaj. – Niemalże warknął, mówiąc półszeptem. Sam ruszył dalej, skrywając się za wzniesieniem nieopodal dziury. Po drodze próbował w jak największym stopniu zamaskować swój zapach, raz co raz ocierając się o wilgotny od deszczu piach. On również dostosował się do swoich "rad".

Bór sosnowy

#9
Serce waliło jak szalone, ale czuł się zdecydowanie bezpieczniej kiedy siedział pomiędzy pyłem, kurzem i ziemią. Tylko on i nikt więcej.
No i przyszedł, na co Inaria nie miał za bardzo jak zareagować, poza tym, że milczał jak grób. Nie dlatego, że liczył na to, że ujdzie mu to na sucho, po prostu... ani nie miał nic do powiedzenia, ani też nie miał specjalnie co zrobić poza leżeniem w tej. Ale to, ze przyszedł tym bardziej zadziwiło i zaciekawiło Inarię, bo robił coś iście dziwnego - w zasadzie, to czołgał się w stronę białasa. Ten postawił uszy do góry i na moment zapomniał o strachu, przypatrując się tej dziwnej taktyce. Może chciał go w ten sposób wywabić i potem zjeść? Sprytnie panie nieznajomy, ale ja nie jestem taki głupi, pomyślał kichnąwszy od nadmiaru kurzu w nozdrzach.
To co powiedział go zdziwiło. Bardzo. Wybałuszył oczy, ale nie mówił nic, może bardziej z szoku.
Czekał potulnie w norze, kompletnie nie wiedząc o co chodzi.

Bór sosnowy

#10
Niedźwiedź tylko zastrzygł uszami, zdając sobie sprawę z obecnych gdzieś nieopodal niego szmerów, szeptów, szelestu.. Ale wciąż nie potrafił zlokalizować dokładnie miejsca, skąd odgłosy te pochodziły. Mógł tylko bezradnie węszyć, poruszać nosem, obracać głową i obserwować okolicę wilgotnymi oczami. Drobne uszy poruszały się to w lewo, to w prawo nasłuchując. Zwierz nie wiedział, czy dźwięki dookoła są wywołane wiatrem tańczącym po okolicy i muskającym suche liście, czy może spowodowane obecnością jakichś istnień, które miały wystarczającego pecha, aby się na niego napatoczyć.
Zwierz musiał być wyjątkowo ospały - być może obudził się właśnie z zimowego snu? - ponieważ swe kroki skierował w zupełnie innym kierunku, niż znajdowały się dwa wilki, jakby dając się samej naturze wodzić za nos ku uciesze całemu lasu. Wilki miały szczęście, nie musząc się mierzyć ani bronić przed zwierzęciem. Po jakimś czasie woń i odgłosy wydawane przez drapieżnika rozmyły się w odgłosach boru na tyle, aby uznać, że okolica jest na powrót bezpieczna.

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron