Żywiczny zagajnik

#41
Basior odczekał chwilę z odpowiedzią. Westchnął, a po chwili namysłu dźwignął cielsko na cztery łapy. Być może zdecydował się udowodnić - czy to przybyszce, czy samemu sobie - że ma w sobie choćby marną krztę kultury; bardziej prawdopodobne jednak, że w pozycji siedzącej rozmawiało mu się po prostu wygodniej. Z uwagą wysłuchał, co wilczyca miała mu do powiedzenia.
- Spójrz na mnie. Czy ja ci wyglądam na jakiegoś zielarza? Nie znam się na kwiatkach. Nie wiem, jak ci pomóc - powiedział, wcale nie nieprzyjemnym tonem, tylko w taki sposób, jak by naprawdę dziwił się, że mogła JEGO o to spytać. Sądził jednak, że waderze wcale nie chodziło koniecznie o jego pomoc, tylko o jakąkolwiek pomoc. Wszystko wskazywało na to, że nieznajoma zmagała się ze swoim problemem od dłuższego czasu. Musiało to być niezwykle uciążliwe. Hatvanowi przez chwilę zdawało się, że poczuł jakiś nieprzyjemny zapach, ale nie był pewien. Zazwyczaj sam wcale nie pachniał lepiej.
- Nie znam nikogo, kto mógłby ci pomóc. Przykro mi - powiedział z powagą, choć wcale nie było mu przykro, i już zamierzał uciąć temat, by wrócić do swoich spraw, ale nie mógł się powstrzymać. Uznał, że sytuacja jest nawet zabawna. Z jego perspektywy. - O ile mi wiadomo, to od problemów z żołądkiem się nie umiera. Przejdzie ci. Musisz tylko dużo pić i uważać, żeby nikogo nie orzygać, bo to może być bardziej zgubne w skutkach od samych dolegliwości.
Zaśmiał się, rozbawiony własnym żartem. Bezdusznik.

Żywiczny zagajnik

#42
Słysząc śmiech basiora, zmróżyła lekko oczy, patrząc na niego z zaciętą miną.
- Bardzo śmieszne. - burknęła zdegustowana. W normalnych okolicznościach zapewne sama uznałaby tą uwagę za dość zabawną, lecz pulsujący ból głowy sprawiał, że czuła jedynie rozdrażnienie. Nie dało się jednak ukryć, że samiec okazał się przydatny. Przekazał jej bowiem dwie całkiem istotne informacje. Nie była jednak do końca pewna poprawności pierwszej z nich, bo czuła się prawie jak umierająca ... Nie, żeby wiedziała jak czuje się wilk z którego uchodzi życie, ale wyobrażała sobie, że przechodzi katusze podobne do tych z którymi zmaga się teraz ona sama. Druga natomiast sprawiła, że Różowonosa westchnęła zrezygnowana.
- Pić dużo wody, co? - po raz kolejny tego dnia pożałowała opuszczenia terenów przy oczku wodnym. Rozwiązanie swojego problemu miała tuż pod nosem i zwyczajnie je porzuciła na rzecz bezsensownego łażenia po lesie w poszukiwaniu cudu. Na sekundę spojrzała z wyrzutem w górę, jakby z pretensją do Rianalla, że nie dał jej żadnego widocznego znaku.
Z burej piersi ponownie wyrwało się westchnienie, a szarozielone ślepia znowu zawisły na samcu, którego w myślach, dość automatycznie zaczęła określać mianem Zawadiaki. Co prawda aktualne zachowanie Hatvana nie wskazywało na to, że pierwotne przypuszczenia wadery co do jego usposobienia miałyby się potwierdzić, lecz ten fakt wcale jej nie przeszkadzał.
- A... czy istnieje prawdopodobieństwo, że wiesz, gdzie w okolicy znajduje się jakiś zbiornik wodny? - nie miała siły aby dalej wałęsać się w nadziei na łut szczęścia. W góry też nie byłaby już w stanie wrócić. Liczyła więc na to, że nieznajomy po raz kolejny powie coś czego mogłaby się chwycić lub od razu wskaże odpowiednią drogę. Nie obraziłaby się nawet gdyby, osobiście ją tam zaprowadził, chociaż wiedziała, że akurat na to szanse są bardzo nikłe.
- Pełen wody zdatnej do picia oczywiście. - dodała, chcąc uniknąć niedomówień - Może przechodziłeś obok jakiegoś, rzucił ci się w oczy albo wpadłeś na jakieś podmokłe tereny? - chciała zdobyć jak najwięcej informacji. On w końcu też musiał pić, musiał więc coś wiedzieć, prawda? Niekoniecznie, ale tej wersji do siebie nie dopuszczała.

“She looked like autumn, when leaves turned and fruit ripened.”
~ Sarah Addison Allen

Żywiczny zagajnik

#43
Hatvan sapnął, widocznie rozdrażniony każdym kolejnym pytaniem. Przez chwilę poczuł się tak, jakby tłumaczył coś szczeniakowi, a on nigdy nie miał wystarczająco cierpliwości do szczeniąt. Całe szczęście nigdy nie spłodził żadnego - a przynajmniej nic nie było mu o tym wiadomo - bo w konkursie na najgorszego ojca wszech czasów mógłby śmiało konkurować ze słynnym Stannisem czy jeszcze słynniejszym Vaderem.
- Tak, pić dużo wody - burknął, jak to miał w zwyczaju. - Skoro wymiotujesz, to tracisz dużo wody. Musisz ją na nowo dostarczyć, inaczej się odwodnisz.
Podszedł do wadery i zatrzymał niebezpiecznie blisko, właściwie tuż przed jej obliczem. Przeszył ją spojrzeniem swoich bladożółtych ślepi, o tyle beznamiętnym, co dziwnie niepokojącym. Przez chwilę sprawiał wrażenie, jakby miał kłapnąć szczęką tuż przy jej licu, ale zamiast tego buchnął z nozdrzy swoim ciepłym oddechem niczym rozjuszony byk i niespodziewanie wepchnął pysk w jej futro tuż przy uchu, przyciskając mokry nos aż do samej skóry. Wciągnął powietrze z głośnym świstem, a potem od razu cofnął się o krok. Dowiedział się już tego, czego chciał. Nie wyczuł zapachu innych wilków, więc śmiało wywnioskował, że samica od dawna przebywała z dala od swojej watahy, o ile do jakiejkolwiek należała.
- Myślisz, że nadajesz się do samotniczego trybu życia? - zapytał chłodno, wyzywająco. - Nie każdy się do tego nadaje. Ty sprawiasz wrażenie, jakbyś nie wiedziała, co robisz. Błąkasz się po lesie i słaniasz na własnych łapach. Pytasz o pomoc obcych, żeby nie wykończyła cię zwykła sraczka.
Nagle basior uniósł łeb i powiódł spojrzeniem po okolicy. Mruknął ponuro i bezceremonialnie wyminął waderę, wyraźnie się za czymś rozglądając. Szukał dość długo i najwyraźniej bezskutecznie, więc zaklął paskudnie pod nosem. Ale w pewnej chwili zatrzymał się przed jednym z drzew, młodą brzózką otoczoną niewielkimi krzewami. Zagajnik obfitował w iglaste drzewka, ale na szczęście znalazła się i ta jedna, samotna brzoza. Hatvan zdawał sobie sprawę, że oto za chwilę dopuści się najdurniejszego czynu w swoim życiu - przynajmniej w jego mniemaniu - lecz dzięki temu udowodni samicy, że aby przeżyć, należy czasem myśleć. Wspiął się na tylnych łapach, a jedną z przednich oparł na pniu brzozy. W takiej pozycji sprawiał wrażenie jeszcze większego, niż mogło by się zdawać na pierwszy rzut oka. Drugą łapę uniósł, rozpostarł pazury i wbił je mocno w korę drzewa, zrywając ją zamaszystymi pociągnięciami. Zajęło mu to dobrą chwilę, ale najgorsza część przedstawienia miała dopiero nadejść. Kiedy drzewko było już w tamtym miejscu doszczętnie obnażone z kory, Hatvan przekrzywił dziwacznie pysk i wbił kły w drewno. Zasyczał, kiedy odłamki poraniły jego dziąsła i podniebienie. Na drzewie pojawił się blady ślad jego krwi. Po dłużej chwili w miejscu, w które wgryzł się samiec, pojawiła się dziura. Basior odepchnął się od pnia, wylądował niezgrabnie na ziemi i splunął mieszaniną śliny, krwi i drzazg. Z drzewnej rany zaczęła się sączyć słodka, przeźroczysta, choć lekko żółtawa ciecz. Kropelka po kropelce. Bardzo powoli.
- To woda brzozowa. Podpatrzyłem, jak kiedyś robiło to jakieś leśne stado. Ale ostrzegam. Żeby napić się kilku porządnych łyków, musiałabyś całą noc sterczeć z jęzorem przytkniętym do drzewa.
Chociaż myślę, że by ci się przydało. Może byś coś zapamiętała.
Hatvan usiadł opodal, odwrócił się od wadery i zaczął niedbale wylizywać poranioną łapę.
- Tajemnica za tajemnicę. Jesteś mi winna odpowiedzi na jedno pytanie - rzucił nagle. Choć gdybym policzył ci za wszystkie, mógłbym zażądać ich chyba tuzina. - Kim ty do cholery jesteś? Nie chcą cię w żadnym stadzie? Czy może ty masz jakiś mroczny sekret i dlatego trzymasz się z dala?
Hatvan, i kto to mówi...

Żywiczny zagajnik

#44
Mimo, że basior okazał się pomocny zaczynał ja coraz bardziej irytować. Każdy przecież wie, że przy wymiotach należy dużo pić! Tylko... Nie miała pojęcia, że tyle wystarczy. Już układała w myślach zgryźliwą odpowiedź, lecz wtedy zauważyła, że nieznajomy zaczął się zbliżać. Nie miała pojęcia o co też może mu chodzić, ale stała w miejscu, starając się sprawiać wrażenie kompletnie niewzruszonej jego zachowaniem. Niestety gdy tylko wsadził nos w jej brązową sierść odskoczyła do tyłu, lekko zdezorientowana. Wszystko jednak stało się jasne gdy do uszu Deszczowej dotarły kolejne słowa samca, które, mimo iż dobitnie prawdziwe, wywołały u niej skrajne oburzenie.
- Nic ci do tego. - odwarknęła w krótkiej odpowiedzi. Zaczynała żałować, że w ogóle zdecydowała się do niego podejść, nawet jeśli wtedy oznaczałoby to że choroba by ją wykończyła. Mogła ruszyć dalej już po uzyskaniu pierwszej odpowiedzi, nie musiałaby słuchać całej tej dalszej paplaniny. Samiec jednak wydawał się ignorować słowa Jesieni, ba, wyminął ją i poszedł przed siebie. Zaskoczona samica mimowolnie powiodła za nim wzrokiem. Postanowił nawrzucać jej i odejść? Nie. Chodził przez chwilę pomiędzy drzewami, aż natrafił na brzozę, którą zaczął obcierać z kory pazurami.
- Czy ty się dobrze czujesz? - nie miała pojęcia dlaczego dalej tu stoi i przypatruje się wilkowi, który nagle przestał jej się wydawać całkowicie zdrowy na umyśle. - Wielki i nienormalny. - przeszło jej przez myśl gdy Hatvan postanowił wgryźć się w drzewo. Ostatecznie okazało się jednak, że w jego działaniach krył się jakiś ukryty sens, chociaż cena dostania się do całej tej wody brzozowej, wydawała się brązowej bardzo nie adekwatna do korzyści. Przez chwilę zastanawiała się, czy podejście bliżej i spróbowanie płynu na pewno jest dobrym pomysłem, ale właśnie w tym momencie żołądek postanowił o sobie przypomnieć, co skutecznie rozwiało wszystkie wątpliwości różowonosej. Woda smakowała... dość zwyczajnie. Może była nieco słodsza od tej, której można spróbować nad jeziorem czy w jakimkolwiek innym miejscu, lecz poza tym nie było to nic specjalnego. Już chciała zapytać basiora, skąd wiedział że brzozy mogą być tak użyteczne, lecz ten ubiegł ją swoim pytaniem. Milczała przez chwilę, a na język w kolorze jej nosa spadały kolejne krople płynu. Zastanawiała się, czy w ogóle chce mu cokolwiek mówić, lecz ostatecznie dała za wygraną.
- Aż za dobrze wiem, że nie nadaję się do samotniczego trybu życia. Nie taki był plan. - mruknęła, po czym po raz kolejny zwilżyła nieco język - Dobrze byłoby mieć jakąś mroczną tajemnicę, ale beznadziejna prawda jest taka, że po prostu nie mam szczęścia do towarzyszy, każdy odchodzi w swoją stronę. Wszystko po jakimś czasie się rozpada, niezależnie od tego jak bardzo pragnęłabym żeby trzymało się kupy. Wataha, mniejsze grupy, na Rianalla, więc nie mam wyjścia, przynajmniej próbuję sobie jakoś radzić... Pomyśleć, że gdyby nie jedna głupia decyzja w młodości, siedziałabym teraz w domu jako łowczyni, nie martwiąc się, że jak to uroczo ująłeś: wykończy mnie własna sraczka.

“She looked like autumn, when leaves turned and fruit ripened.”
~ Sarah Addison Allen

Żywiczny zagajnik

#45
Hatvan rzucił waderze przelotne spojrzenie, gdy ta skosztowała wody brzozowej. Sam, o dziwo, nigdy jej nie próbował. Wiedział tylko, jak się ją pozyskuje - co z resztą wyszło mu nie najgorzej, choć robił to po raz pierwszy w życiu - i słyszał co nieco o jej zdrowotnych właściwościach, ale to wszystko. Sam był zbyt sceptyczny wobec takich wynalazków. Uważał, że to wymysły leśnych watah i innych dziwaków. W życiu trzymał się tego, co sprawdzone.
Kiedy różowonosa samica odpowiedziała na jego pytanie, udał, że wcale nie jest tak bardzo zainteresowany odpowiedzią, a jednak słuchał uważnie. A potem przyjrzał się jej dociekliwie i uśmiechnął upiornie, pokazując poharatane przez korę, krwawiące dziąsła. Zanim cokolwiek powiedział, oblizał je jęzorem i mlasnął.
- A już myślałem, że jesteś poszukiwanym w całej okolicy zbiegiem. Może dostałbym za ciebie jakąś nagrodę - zaśmiał się krótko i chrapliwie, choć nie wyglądał na rozbawionego. Oczy miał jak zwykle zimne. - A co to za głupia decyzja z młodości? Musiałaś nieźle narozrabiać, skoro wszyscy o niej wiedzą. A jeśli nie wiedzą - Pochylił się, by wejrzeć prosto w ślepia wadery, trzymając pysk zaledwie parę cali od niej. - ... to czy muszą wiedzieć?
Chwilę patrzył w ślepia samicy swoim chłodnym spojrzeniem, a potem cofnął łeb, zwiększając dystans między nim, a jej obliczem.
- Nie wiem, gdzie tu się doszukiwać problemu. Stado rozpada się - szukasz nowego. Nie lubisz zmian? To od razu szukaj silnej watahy. Oczywiście takiej, która byłaby skłonna cię przyjąć. Jeśli jesteś w stanie wnieść coś od siebie, pewnie znajdzie się dla ciebie miejsce, byle byś nie była kolejną gębą do wykarmienia. Nikt nie lubi pasożytów. Jesteś w czymś dobra?
Zmierzył ją wzrokiem, jak gdyby sam najpierw chciał pobieżnie ocenić, do czego mogłaby nadawać się jego rozmówczyni.
- Rozeznajesz się w okolicy? - kontynuował. - Może bytują tu jakieś stada. Wątpię, by większość ziem była niczyja. Zbyt dobre terytoria, by je tak marnować.

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości

cron