Przełęcz

#91
Zatopił kły w boku niedźwiedzicy, wyszarpując kawał mięsa. Pozornie, był całkowicie skupiony na dość niespiesznym zaspokajaniu głodu, lecz jego uszy cały czas pracowały - z jednej strony było to spowodowane pewną obawą o swoje życie - nic przecie o nich tak naprawdę nie wiedział. Kto wie, może wcześniejsza przemowa miała tylko uśpić czujność, a teraz podczas posiłku zwyczajnie ich zarżną? Z drugiej zaś, jeśli uda mu się ujść z życiem każda zdobyta teraz informacja może okazać się w jakiś sposób cenna. Równie ważne wydawało mu się, chociażby pobieżne zapamiętanie wyglądu członków górskiego stada oraz ich zapachu.
Zmrużył oczy, a jego kły ponownie wbiły się w niedźwiedzicę gdy Revirell zwróciła się szeptem do Mealviusa oraz Sury. Nie był tu co prawda na przeszpiegach, ale kierowała nim czysta, wrodzona ciekawość. Może by tak odejść teraz i podążyć za dopiero co odesłaną dwójką wilków? Uznał to jednak za zbyt ryzykowne, tym bardziej teraz, po tym wszystkim.
Gdy mała czarna wadera znów się odezwała, oderwał wzrok od truchła, aby na nią spojrzeć. Basior musiał przyznać, że wyglądała bardzo niepozornie, lecz raczej nie bez powodu to właśnie ona była alfą. Słysząc jej pytanie zamyślił się odrobinę ... w sumie w tym momencie można było powiedzieć, że tak, lecz formalnie nie było to jednak prawdą. Wysłuchał odpowiedzi Burzowej Chmury w międzyczasie oczyszczając językiem pysk z niedźwiedziej krwi, po czym skinął lekko łbem. - Tak, na pewno zwrócę na to uwagę podczas dalszej wędrówki, tym bardziej, że planuję jeszcze powrócić w te strony. Widoki z niektórych wzniesień bywają doprawdy nieziemskie. - powiedział spoglądając na jeden z widocznych szczytów - Cóż, na mnie także już pora. Bywajcie, i powodzenia w przyszłych łowach. - rzucił jeszcze po czym ruszył w swoją stronę po drodze zbierając jeszcze rosnący w pobliżu cis, krwawnik oraz tojad mocny.
/zt
“If you don’t know exactly where you’re going, how will you know when you get there?”
~Steve Maraboli

Przełęcz

#92
Patrzyła jak odchodzą. Wpierw oddaliła się dwójka otulonych płaszczem hebanowego futra Iskier, których odprowadziła wzrokiem jakby tęsknym, pełnym rozdzierającego wręcz bólu spowodowanego rozstaniem z członkami ukochanego stada. Wszakże Revirell wśród sprzecznych, często negatywnych emocji i ogromnej dozy ledwie kontrolowanego szaleństwa posiadała cechy niezwykle pozytywne, okraszone skrajnymi uczuciami. Jakkolwiek popadała od czasu do czasu w nienawistny stan, w którym całkowicie na miejscu byłoby nazwać ją paskudną, wredną, czy nawet bezduszną, tak zawsze, ale to zawsze w centrum świadomości tlił się płomyczek rozgrzewający skute lodem serce na myśl o rodzinie. Tym właśnie dla niej byli – rodziną, a więzi łączące Kruczycę z bandą były nierozerwalne, silne i w piramidzie wartości umiejscowione na samym szczycie. Tak wielu bliskich straciła na przełomie minionych lat, iż życie braci i sióstr stało się priorytetem, nieomal celem jej istnienia, choć zapewne przed nikim by się do tego nie przyznała. Jedynie ulotne spojrzenia tudzież pozornie przypadkowe gesty zdradzały, jak ważna była dlań wataha. Może dlatego świadomość zbliżającego się spotkania wykwitła na obliczu wilczycy nieznacznym, leniwym uśmiechem.
Odejście obcych zaś nie wywołało w Czarnowłosej niczego poza lekką ulgą, gdy zorientowała się, że poza nią, Vasiją i Kos, nikt już nie oblega przełęczy. Minąwszy tę pierwszą celowo otarła się o jej bok, ruchem zdecydowanym i w pewien niejasny sposób pokrzepiającym. Równocześnie kryło się w zachowaniu Bladookiej coś dziwnego, jakby groźba będąca obietnicą, rozkaz będący prośbą. Hebanowa sierść prześlizgnęła się po śnieżnych kosmykach, na ułamek sekundy splatając z nimi w intymnym uścisku; wadera naparła na Wieszczkę mocno, zmuszając do pewnego stanięcia na łapach. Czas jakby zwolnił, lecz wkrótce przyspieszył ponownie, kiedy zrobiła kilka kolejnych kroków i przystanęła naprzeciw Kos. Voulke musiała poczekać, wciąż nie były same.
- Wróciłaś. – Podsumowała krótko, nieco wyżej zadzierając trójkątny łeb, by zajrzeć w Płomienne tęczówki i chociaż planowała umilknąć, w napięciu czekając na odpowiedź rozmówczyni, słowa same cisnęły się na język. – Dzierzba postanowiła dołączyć do mojej rodziny. – Zakomunikowała, uznając informację za ważną. Po wszystkim wróciła do wnuczki, o dziwo całkiem cierpliwie na nią czekającej. - Vou... Voulke. - Imię, jednakie z mianem utraconej córki, ledwie przecisnęło się przez zaciśnięte kurczowo gardło. - Młoda Voulke.

Przełęcz

#93
Nie odzywała się. Nie chciała, nie czuła ochoty ani potrzeby, coby coś takiego robić. Mrużyła lekko oczy, lustrując pomarańczowymi ślepiami każdego przebywającego w tym miejscu. Nie znała wszystkich, ba, można powiedzieć, że kojarzyła jedynie dwie osoby. W tym własną, jakby nie patrzeć, córkę i Revirell. Nie wiedziała czy cieszyć się ze spotkania i jednej, i drugiej. Po obu nie wiedziała czego się spodziewać, wszakże pierwsza jeszcze nie tak dawno temu (przynajmniej z perspektywy Kosa) próbowała ją zabić, a z drugą miała niedokończone sprawy. Skrzywiła się lekko, lecz grymas ten natychmiast zanikł, gdy tylko Dzierzba się do niej odezwała. Zacisnęła lekko zęby, coby nie palnąć niczego głupiego. Kiwnęła lekko głową, będąc w jakimś stopniu speszoną. Zupełnie nie wiedziała jak zachowywać się w stosunku do porzuconej córki. Nawet, jeśli przed chwilą była w stanie rzucić się na niedźwiedzia, bo ten odważył się tknąć Ziębę. Pytanie tylko; czy byłaby tak odważna, gdyby nie było tu tych wszystkich wilków?
Otóż nie była tego taka pewna.
Dzierzba... Poszła. Ot, odeszła, a wraz z nią całe zainteresowanie sytuacją. Stała, po prostu stała praktycznie nieruchomo, jedynie jej ślepia podążały za wilkami, które powoli odchodziły. Nie mówiła nic, sama nie odeszła. Bowiem czuła, że powinna zostać. Coby zamienić parę słów z Revirell.
I wkrótce nadarzyła się do tego okazja. Więcej, czarna samica sama do niej podeszła. Na krótkie "wróciłaś", wzruszyła barkami. Dopiero kolejna informacja ją jakoś ożywiła.
- To chyba dobrze? - wyrzuciła z siebie w końcu nieco zachrypniętym głosem. - Przynajmniej mam... - ucięła. Zmrużyła oczy, wściekła na siebie. - Przynajmniej ma przy sobie osoby, które ją ochronią. To nawet bardzo dobrze. Mam nadzieję, że nie sprawia zbyt wielu... Kłopotów? - uśmiechnęła się krzywo, bez przekonania. Tak naprawdę mało co obchodziło ją to czy córka dobrze sprawowała się w stadzie, czy też nie. Właściwie to wręcz na siłę wmawiała sobie, że w ogóle się nią nie przejmowała.


Miałam znów sen, łamiesz mi kości
Wyrywasz włosy, uderzasz głową
a ja kocham być z Tobą
kocham być z Tobą
kocham być z Tobą

voice & theme

Przełęcz

#94
Z nieskrywaną przyjemnością, gwałtownie kołysząc puchatą, białą kitą przyjęła gest czułości księżycowookiej, zapierając się łapami w podłożu by nie zostać przewróconą na plecy. Z lekkim uśmiechem błądzącym po urodziwym licu czekała nadal, gdy Revirell załatwiała kolejne ważne sprawy. Te drobnostki, małe gesty wystarczyły żeby Wieszczka uspokoiła się i poczuła zaakceptowana. Wcześniejsze lęki i wątpliwości uznała za mrzonki, głupoty wszakże młoda była i takie tam, już jej przeszło. Nareszcie pora nadeszła i spojrzała w blade tęczówki tej, której tak długo poszukiwała.
- Tak. Rodzice kazali mi cię szukać, mama była już taka słaba... - zamilkła nagle, ukrywając przydługie uszy w kryzie, wyraźnie zasmucona, po chwili jednak podjęła wątek. - Ale mówiła żeby cię znaleźć, że będziesz mnie uczyć dalej, bo ona nie mogła już i tata też. Będziesz?
Ostatnie słowo niemal wyskomliła, z bólem i nadzieją że nie zostanie znów sama, odnajdzie jakiś sens w całym tym szaleństwie i Kruczyca da jej cel warty podążania i poprowadzi ją do niego. Minęło tyle czasu od kiedy Vasija miała obok siebie kogokolwiek bliskiego i choć ponad rok wędrowała sama, nie było to tym czego pragnęła. Nie miała natury samotniczki i chciała po prostu wrócić do domu, a teraz jej domem było miejsce u boku Revirell... Tylko czy ta się na to zgodzi? Może nie miała czasu na opiekę nad podrostkiem i zawracanie sobie nią głowy skoro ma swoją watahę. W matowoczarnych ślepiach Voulke mimo wszystko nie odbijało się żadne z targających nią uczuć. Nic, stała tak i tylko postawa ciała zdradzała cokolwiek o samopoczuciu młodej, gdyby nie to, można by było przypuszczać że jest całkowicie obojętna.
W uszach jej brzęczał własny głos, nie różniący się o nutę od głosu matki. Była tak doskonałą jej kopią, tylko jej ślepia brutalnie wręcz przypominały że Sheneya odeszła, a przed hersztem Iskier stoi teraz córka jej i Niszczyciela.

Przełęcz

#95
Uparcie przyglądała się płomieniom tańczącym na dnie intensywnie bursztynowych tęczówek, doszukując się wśród nich nikłych iskierek jakichkolwiek emocji, mogących zdradzić myśli, uczucia, czy nawet plany Kosa. Starała się z nich czytać, błądząc wśród drogowskazów odczuć, aby odnaleźć właściwą drogę. Cicho westchnęła, mrużąc blade oczęta nieznacznie, lecz nie odwróciła wzroku. Chłonęła ogniki zamknięte w ślepiach czarnowłosej przysłuchując się wypowiedzi, ważąc każde słowo i w głowie układając sensowną odpowiedź.
- Dobrze, dobrze. – Odmruknąwszy, oblizała spierzchnięte wargi. – Wydaje się całkiem szczęśliwa, takie przynajmniej odnoszę wrażenie. Co zaś tyczy się kłopotów, to… Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Mogę mieć tylko nadzieję, że właśnie w tej chwili nie wyciera kimś gleby. – Parsknęła, krótki, acz przyjemny dla ucha śmiech wyrwał się z gardzieli. – A ty? Co teraz zamierzasz? Jeśli chcesz… Jeśli chcesz, to z chęcią przyjęłabym cię do rodziny. Wbrew wszystkiemu, to nie jest aż tak zobowiązujące, jak mogłoby się wydawać. Gdybyś czuła się źle w grupie, to wystarczy rozmowa ze mną, a pozwolę ci odejść. – Zniżyła głos, nim dodała ostatnie trzy zdania. – To pozwoliłoby ci mieć ją na oku. Równocześnie zapewniłoby immunitet, gdyby jednak… Wciąż żywiła urazę. Przemyśl to.
W księżycowych patrzałkach dostrzec mogła kalejdoskop następujących po sobie uczuć, wyraźnie mówiących, iż w jakiś niejasny sposób na Płomiennookiej jej zależało. Bynajmniej się z tym teraz nie kryła. Niech widzi. Niech wie.
Na kontakt z Vasiją reagowała niemniej emocjonalnie, szczerze i otwarcie. Chociaż wciąż ani jedna, ani druga oficjalnie nie należały do Iskier – a może i nigdy miały nie należeć – czuła, jak więzy zacieśniają się, hardzieją nabierając wytrzymałości drogocennego diamentu. Nic wszakże nie było cenniejsze niźli bliscy, przynajmniej w mniemaniu Awanturniczki. Pewnie dlatego bólem na powierzchni bliźniaczych księżyców odrysowało się wspomnienie schorowanej córki i fakt jej odejścia, acz zaraz całość została zdominowana promykiem nadziei. Część Wieszczki wciąż żyła, zamknięte w jej potomkach.
- Będę. – Zdecydowanie odbiło się dźwięcznie w tym jednym słowie, niosącym za sobą długie lata obowiązków, radości i smutków. Jakoś tak, zupełnie odruchowo, smagnęła ciepłym językiem węgielek nosa białolicej. – Witaj w domu.

Przełęcz

#96
Och gdyby nie te jej pechowe ślepia, pewnie teraz na tle tęczówek tańczyłyby iskry radości, a upiorne wrażenie nie psułoby uśmiechu który rozjaśnił lico Wieszczki, czyniąc je jeszcze bardziej urodziwym. Jednakże była nieodrodną córką Reevera i mimo szczerego szczęścia, nie mogła okazać go w pełni. Tak czy inaczej cieszyła się jak szczenię, pierwszy raz od rozstania z rodzicami była w odpowiednim miejscu, z odpowiednią personą. Wróciła do domu, bo po śmierci matki jej domem było miejsce gdzie była Revirell. Patrzyła pełna wdzięczności w bliźniacze księżyce, pewna że trafiła dobrze, a czy rzeczywiście..? Z resztą, któż inny mógł okiełznać ogień szalejący we wnętrzu potomka tak nietypowej pary jakim była czarnooka, jak nie Kruczyca? Gdy miękki język opiekunki dotknął jej nosa zaśmiała się, szczerze i właśnie tak pięknie jak ta Voulke która odeszła, brzmiąc niby srebrne dzwonki trącone od niechcenia powiewem zefiru.
- To ja teraz będę w twojej watasze? Jak oni się nazywają? Kto to był? Tamten czarny i ta z bliznami, ooo i ta co też oberwała? Opowiesz mi o nich? Widziałaś, nie bałam się niedźwiedzia! Dobra, bałam się, ale i tak walczyłam. Nie wiem czy dobrze mi poszło, trochę oberwałam, chociaż taka z pomarańczowymi oczami też oberwała, to chyba wielka wojowniczka. Gdzie macie tereny? Czego mnie nauczysz? Tata mnie uczył walczyć, a mama leczyć. - roztrajkotała się zalewając Revirell potokiem wyznań i pytań, jednocześnie dając w pewien sposób znać czarnej że ma się świetnie. Znała Voulke, wiedziała że skoro jej potomstwo jest gadatliwe, to pewnie zadowolone. Zupełnie jak ona. Wieszczka prawie dygotała z ekscytacji, poderwała się na łapy i nieświadomie szybkim krokiem okrążała towarzyszkę, wpatrując się w nią natrętnie. Biała kita zawinęła się w uroczy precelek na grzbiecie, dając znać o psiej krwi płynącej w żyłach Vasi i całkowicie psując wrażenie poważnej, groźnej wadery. Teraz była jedynie uszczęśliwionym podrostkiem o dziwnych ślepiach i cechach wyglądu nie do końca świadczących o pochodzeniu czystej krwi. Precelek dygotał wariacko, co miało być pewnie wilczym wachlowaniem kity. No cóż, takie to było w wydaniu Sheneyi i takie to było w wydaniu jej dzieci, śmieszny skręt ogona nie chciał za nic zginąć wśród przewagi wilczych genów.

Przełęcz

#97
Z całych sił próbowała ukryć wszelkie emocje w sobie, nie chcąc pozwolić, by jakiekolwiek się ujawniły, pokazały i, co gorsza, by Revirell je dostrzegła. Nikt nie mógł, to było jak jakaś cholerna słabość, której z całych sił chciała się wyrzec. Tym bardziej, że część emocji była skierowana w stronę jej córki, co tylko pogarszało całą sytuację. Nie nadawała się na matkę, odeszła, nie chcąc ani sprawiać cierpienia szczeniakom, ani samej sobie. Lecz mimo to - Dzierzba odnalazła ją. I to było najgorsze, nie wiedziała jak się zachowywać, co robić, nie przygotowała się na taką sytuację. Mimo wszystko zaczynała żywić cieplejsze emocje do córki, zaczynało jej zależeć na Ziębie.
Musiała to zmienić. Nie mogła do siebie dopuścić jakichkolwiek cieplejszych uczuć względem dzieci.
Na pysku Kosa zamajaczył uśmiech na wzmiankę o tym, że Dzierzba mogłaby w tym momencie wycierać kimś glebę.
- Och, tak, zdążyłam zauważyć, że to byłoby całkiem w jej stylu - mruknęła z dalej widocznym, delikatnym uśmiechem. Jednak jej mina zrzedła, gdy usłyszała kolejne słowa. - Ja w grupie? - roześmiała się sucho. - Nie nadaję się. Rozumiesz, raczej jestem ostatnią osobą, której powinno się... Ufać. Cokolwiek. Ani ty, ani ja nie mamy pewności, że nie zostawię was z dnia na dzień. Tak, jak moje... - skrzywiła się. - Dzieci. - Słowo to ledwo przeszło przez jej gardło. Nie była przyzwyczajona do tego. Po chwili jednak znieruchomiała. - Myślisz... Myślisz, że tak właśnie jest? W sensie, że dalej mnie nienawidzi? - wymamrotała. Choć taka myśl krążyła już wcześniej po jej głowie, nie była w stanie tego wypowiedzieć na głos. - Cholera.
Teraz propozycja Revirell nie wydawała się jej taka głupia.


Miałam znów sen, łamiesz mi kości
Wyrywasz włosy, uderzasz głową
a ja kocham być z Tobą
kocham być z Tobą
kocham być z Tobą

voice & theme

Przełęcz

#98
Obserwowała Czarnowłosą uważnie, muskając jej lico blaskiem księżycowych ślepi wyłaniających się spod koronki hebanowych rzęs. W milczeniu odczekała, aż wadera zakończy całą wypowiedź, nim odezwała się po kilku minutach wiszącej w powietrzu ciszy.
- Staram się nikogo nie ograniczać. – Zaczęła, poszukując w świadomości adekwatnych słów. – Jeżeli tylko nie zwróciłabyś się umyślnie przeciw mnie, to możesz znikać i na długie lata. Wedle woli. Nie narzucam ni wiary, ni sposobu bycia. – Oblizała ciemne wargi, uznając wyjaśnienia za wystarczające, choć wiele mogłaby powiedzieć o niezależności każdej z Iskier. Tematu Zięby już nie poruszyła, bo i ona nie mogła być pewna emocji targających duszą Płomiennookiej, jej myśli i ewentualnych planów. Dalej uwaga Kruczycy skupiła się na młodej Wieszczce, umysł zalała fala mniej, lub bardziej sensownych pytań. Mimowolnie stuliła uszyska, kryjąc je w gęstej kryzie porastającej kark.
- Tak. Iskry. Maelvius, Sura i Dzierzba. Poznasz ich zapewne osobiście, gdy tylko udamy się na miejsce spotkania. Po trenach cię oprowadzę, niedźwiedź jak niedźwiedź, widziałam, i tak i nie, zobaczymy, wiem. – Udzieliła chaotycznej odpowiedzi, nie skupiając się zbytnio na kolejności zadanych przez wilczycę pytań. Trójkątny łeb zaprzątało zbyt wiele spraw, aby potrafiła w pełni oddać się konwersacji.
- Jeżeli to wszystko, pozwól, że się oddalimy. – Dodała, zerkając ku Kos. – No chyba, że zechcesz jednak spróbować. Wtedy rusz po naszych śladach. - Kąciki pyska wykrzywiły się w lekkim uśmiechu, zanim Revirell odwróciła się i ruszyła w górę zbocza, ku pasmu wschodniemu. / zt x 2

Przełęcz

#99
Miała zatem pełne prawo uciekać, chować się i znikać ile tylko mogła, kiedy tylko mogła, byleby nie urazić przy tym panny Revirell. Świetnie, brzmiało wręcz idealnie, jak coś, do czego Kos mogłaby się podczepić i odczepić w sytuacji, kiedy ta... Zacznie być najzwyczajniej w świecie niewygodna. A miała do tego predyspozycje, jak najbardziej. Szczególnie, że w Iskrach, stadzie czarnej samicy, była również córka Kosa, Dzierzba, która chyba nie pałała zbytnią miłością do swojej matki. Poruszyła się niespokojnie, idealnie wręcz odwzorowując tymi ruchami to, jak teraz czuła się w środku. Wkraczała powoli na niepewny grunt i zaczynała to boleśnie odczuwać.
- Dobrze - zaczęła wolno, patrząc gdzieś w bok. - Przemyślę to, aczkolwiek nie spodziewaj się zbyt wiele - mruknęła. Przeniosła wzrok z powrotem na samicę i uśmiechnęła się krzywo.
Immunitet kusił.
Bardzo.
- Żegnaj - rzuciła jakby beztrosko i sama się oddaliła, w przeciwną stronę. Nie miała gdzie się podziać, ale to nie było istotne.
W razie czego wiedziała, gdzie szukać Revirell.

/zt


Miałam znów sen, łamiesz mi kości
Wyrywasz włosy, uderzasz głową
a ja kocham być z Tobą
kocham być z Tobą
kocham być z Tobą

voice & theme

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron