Wodospad

#61
Jak to zawsze bywało w samym jego przypadku, białofutry po raz wtóry wysłuchał w wielkim skupieniu słów będących odzwierciedleniem wielkiej mądrości zaklętej w jestestwie szarej. Która od zawsze potrafiła odnaleźć najdrobniejsze światełko nadziei, tam gdzie wszystko inne było spowite w całkowitej dla niego ciemności – Masz rację. - Odrzekł bardzo spokojnie, tym samym wyrażając w tych oto dwóch słowach swoją aprobatę w stosunku do obu kwestii jakimi raczyła równocześnie go obdarować. Po czym nie marnując już więcej cennego dla nich czasu, w tymże miejscu ich cudownej samotności, jak za starych dobrych czasów ich wspólnych schadzek w księgozbiorach Moenis, do jakich lubował od czasu do czasu powracać swoją pamięcią.
Po chwili jakże drobnej zwłoki, ruszył tuż zza jestestwem swojej lubej.
~ zt ~

Wodospad

#62
Wkrótce samiec dotarł nad Wodospad. Szum potoku był słyszalny już od dłuższego czasu, lecz Lotar uparcie brnął przed siebie, aż do samego źródła odgłosu. Odetchnąwszy głęboko, basior utkwił spojrzenie w tym majestatycznym tworze natury, w absolutnej ciszy spoglądając, jak woda z niesłychaną siłą parła w dół, porywając z sobą wszystko, co znalazło się na jej drodze; od drobnych liści do sporawych kłód - lichych pozostałości niegdyś potężnych drzew. Niekończące się pokłady cieczy w połączeniu z jednostajnym szumem sprawiały, iż obraz ten był dziwnie hipnotyzujący... Zupełnie jakby wszystko inne straciło na znaczeniu; walka z jeleniem, pozyskiwanie ziem, dbanie o stado... Wszystko wnet stało się tak... płytkie. Tak odległe. Tak zatarte... Liczyła się tylko nieustannie spadająca woda, która bez końca obmywała skały rozpostarte na dole. Czy Przebłysk Jutra kiedykolwiek taki będzie? Nieugięty, potężny... Wieczny? Czy to wszystko miało sens? Już tyle razy Lotar niemalże osiągnął ów cel, swą wymarzoną utopię, lecz ostatecznie zawsze musiało pójść coś źle. I to nawet nie z powodu jego błędów; ot, siła wyższa. Czy kiedy zatem prąd rzeki znów zwróci się przeciwko nowej watasze, zdoła ona wytrzymać? Czy jednak pozwoli się ona porwać nurtowi, i tak jak ta kłoda - skończy roztrzaskana o skały?
Konkordia miała być dla nich ostoją, nowym początkiem, a tymczasem okazało się, że tu i ówdzie grasują wściekłe jelenie spragnione wilczej krwi... Na dodatek w krainie potworzyły się inne watahy, o których Lotar obecnie nie mógł zbyt wiele powiedzieć. Być może zbyt długo żyli w ukryciu, paradoksalnie odizolowani od reszty? Może należałoby podjąć nieco bardziej stanowcze kroki, wybadać sytuację, pozyskać nowych członków? Zmrużywszy nieznacznie lśniące złotem ślepia, basior powiódł spojrzeniem na szczyt wodospadu. Oczywiście samiec nie mógł przewidzieć przyszłości, ale wiedział jedno - nie podda się bez walki. Zamierzał zażarcie brnąć do celu, nawet jeżeli oznaczało to płynięcie pod prąd. Kto wie? Może doczeka chwili, aż to oni zaczną wyznaczać bieg rzeki? Z pewnością będą musieli stawić czoła wielu przeszkodom, zarówno nadprzyrodzonym, jak i tym całkiem przyziemnym, lecz czyż właśnie nie na tym to wszystko polegało? W życiu niczego nie uzyskiwało się łatwo. Wystarczyło tylko trochę determinacji...
Parsknąwszy kpiąco na własne rozmyślania, Lotar nachylił się nad strumieniem, przyglądając się melancholijnie własnemu odbiciu. Już nie przypominał tego pyszałkowatego młodzieńca, któremu zdawało się, że pozjadał wszystkie rozumy... Zamiast tego w tafli wody widniał poważny wilk w sile wieku, choć z wyraźnym zmęczeniem wymalowanym na licu. Przez te wszystkie lata basior nabrał dystansu, zarówno w stosunku do otaczającej go rzeczywistości, jak i własnej osoby. Może i nie widział już świata w różowych barwach, może i przestał być niepoprawnym optymistą... Może i nawet zaczynał się bać. Mimo to zamierzał walczyć; o dobro swoje, watahy i owocną przyszłość.

Wodospad

#63
Westchnąwszy bezgłośnie, basior ostatecznie zniżył łeb, by pociągnąć kilka łyków orzeźwiającej wody. Ostatnia walka nieźle dała mu się we znaki, zaś kojący dotyk chłodnej cieczy przynosił z sobą nieopisaną ulgę. Czując, jak spływa ona do środka gardzieli, samiec zdecydował się wypić jeszcze trochę, dopóki targające jego wnętrzem pragnienie nie zostało całkowicie zaspokojone. Oblizawszy językiem mokre wargi, kilka dotychczas zwisających z pyska strużek płynu wpadło z powrotem do strumienia, znów scalając się z resztą akwenu. Krótszą chwilę wilk śledził pęd wody, nim ostatecznie przymknął ślepia i uniósł nieznacznie głowę ku górze, pozwalając tym samym ciepłym promieniom słonecznym delikatnie opatulić jego kufę. Większość lasu nieustannie skąpana była w zimnym cieniu, lecz czasem drobne przebłyski światła wyściubiały spoza drzew; warto chłonąć takie chwile, są niezwykle przyjemne.
Lotar stał tak zatem jeszcze kilka długich minut, lecz wkrótce przygarbił się, kiedy słońce znikło pod kłębiną puszystych chmur. Nie ociągając się już dłużej, samiec przystąpił do oznaczania terenu. Tak jak i w przypadku serca lasu - podlał kilka z pobliskich drzew, zaś w przypadku niektórych postanowił ograniczyć się jedynie do zwykłego otarcia ich kory barkiem. Wtedy właśnie dostrzegł kolejne interesujące okazy roślin. Wpierw uwagę basiora przykuły fioletowawe kwiaty rosnącej nieopodal brzegu szałwii, która kołysała się dźwięcznie przy lekkich podmuchach wiosennego wiatru.
Podszedłszy zatem w kierunku ziela, Przewodnik obwąchał delikatnie łodygę i kwiecie, by ostatecznie rozewrzeć szczęki i zerwać tyle, ile dał radę uzbierać. Przy okazji zgarnął jeszcze kilku innych pobliskich przedstawicieli flory, niekoniecznie intuicyjnie. Cóż, działał na wyczucie, lepiej zaś wziąć więcej niż za mało. Nie był w końcu zielarzem; znał podstawy, aczkolwiek nie był w stanie ocenić użyteczności wszystkich gatunków rosnących wokół. A nuż natrafi przy okazji na coś przydatnego?
Już zamierzał ruszać w dalszą drogę, lecz wtem coś zaszeleściło mu pod łapą. Uniósłszy kończynę, basior spostrzegł, że nadepnął na kolejnego ciekawego przedstawiciela flory - skrzyp. O tak, rzadkie to ziele, lecz cieszące się niezwykle pozytywnymi właściwościami. Powoli zaczęło brakować mu miejsca w pysku... Ach, no nic, wystarczy. Trzeba będzie ruszyć powoli w drogę powrotną, szkoda marnować więcej czasu. Sytuacja, w której znalazło się stado, wciąż się jeszcze nie ustabilizowała, aczkolwiek brak śladów obecności nadnaturalnych jeleni stanowił niejakie pocieszenie. Możliwe zatem, że najbliższe dni będą raczej spokojne, choć nigdy nic nie wiadomo.
Zerknąwszy przez ramię ostatni raz w kierunku wodospadu, Lotar w końcu opuścił ten obszar.

// zt

Wodospad

#64
Płomień powoli sunął przed siebie, co jakiś czas zerkając w lewo lub w prawo. Nie znał terenów tej watahy, w dużej mierze opierał się na lekko zwietrzałych zapachach, zatartych śladach łap oraz krzewach z połamanymi gałązkami. Srebrzysto-złote oczęta pochłaniały wszystko, co na swej drodze napotkały; zachowywały się jak perfekcyjne czujniki, skanujące otoczenie, wykrywając każdą niedoskonałość, wszystko, co naturalne lub odbiegające od normy. Ognisty chłonął, a kolejno analizował dostarczane mu informacje, sprawnie segregując je i łącząc ze sobą. Musiał dowiedzieć się jak najwięcej, gdyż plan obmyślony przez Oriona oraz przydzielona mu przez niego rola szpiega zobowiązywały. Prawdopodobnie nie musiał się na to wszystko godzić, ale na pewno przywódca zwiadowców przypiąłby mu łatkę bezużytecznego.
Zdawał sobie sprawę, iż wchodzi w paszcze smoka. Lotar, choć znany mu z przeszłości, nie miał zamiaru tak łatwo obdarować rudzielca zaufaniem. Co prawda, przywódca Przebłysku Jutra znał możliwości Shevayala, niegdyś razem odparli atak znacznie liczniejszej watahy, ale skażony pierwiastek umysłu młodziaka nie spodobał się podejrzliwemu basiorowi. Nie ma co się mu dziwić - obalony przez niespełna rozumu, kontaktującą się z boginią śmierci medyczkę podchodził do pewnych spraw z ogromną rezerwą. Nie opłacało mu się zawierzyć osobnikom przejawiającym jakiekolwiek objawy chorób psychicznych, gdyż istniało bardzo duże prawdopodobieństwo, iż skończy się to źle. Shevayal pogodził się już z myślą, że prawdopodobnie nigdy nie pozbędzie się jaźni Surkh'a. Przestał nawet wściekać się za każdym razem, gdy zdawał sobie sprawę, iż powierzone zadanie nie będzie takie łatwe do wykonania. Przez niego.
Powolne przemieszczanie się przed siebie przez nieskończenie wielką puszczę niezwykle go znużyło. Przestał myśleć, kolejne kroki stawiał niezwykle mechanicznie. Z letargu wyrwał go szum znajdującego się w pobliżu wodospadu. Momentalnie ożywił się i ruszył w jego kierunku. Dotarłszy na miejsce, przystanął i wziął kilka łyków lodowatej wody.

Wodospad

#65
Jakiś czas temu, możliwe że było to tylko kilka dni po Nikolaju, do Konkordii przybyła Ana. Nie wyglądała jak inne wilki, które spotyka się każdego dnia, należała do innej ich grupy. Wyróżniało ją rude, płomieniste futro, które zdecydowanie było zbyt puszyste i mięciutkie, za razem dawało to ochronę, więc nie powinna narzekać. Początkowo przemierzała jedynie las, pełen różnorakich drzew liściastych z lekką dominacją brzóz.. wszystko zaczęło się zmieniać niedaleko granicy krainy, jeżeli tak to można nazwać. Drzewa wciąż pozostawały w większości liściaste, a dominujące dotychczas białe panienki zostały zastąpione dębami o grubych pniach i rozłożystych koronach. Domyślała się, że trafiła do puszczy.. Roślinność z biegiem czasu robiła się gęstsza, lecz nie był to las deszczowy, żeby musiała wręcz się przedzierać.
Czas się zatrzymać.. Przeszło jej przez myśl, gdy długie łapki zaczęły się powoli plątać, a poduszki łap nieprzyjemnie piec, wprawiając ją w nieco gorszy nastrój. Nie było jednak widać tego po jej osobie.. Gdzieś między tymi wszystkimi odgłosami lasu, zwierząt i wiatru do jej uszu dotarł chyba najbardziej wyczekiwany dźwięk - szum wody. Uśmiechnęła się delikatnie do siebie przyśpieszając, dając z siebie jeszcze trochę przed upragnionym odpoczynkiem. Nie zastanawiała się nad niczym, gdyż było to dla niej zbędne, wolała żyć chwilą, bez żadnych kłopotów, ale przecież wiemy, że tak się zwyczajnie nie da. Wyskoczyła z krzaczków niczym mala płonąca sarenka o bystrych granatowych oczkach. Znajdowała się na górze wodospadu, wyglądała na zachwyconą tym widokiem. Podreptała do brzegu, by bez chwili wahania wejść do koryta. Lodowata woda z początku ją poraziła, lecz już po chwili dała ulgę, tego właśnie potrzebowała. Rozejrzała się dookoła aby zapamiętać to piękne miejsce, a nóż kiedyś tu wróci i właśnie wtedy zobaczyła innego wilka, który przywiódł jej na myśl słoneczko.. ciepłe zachodzące słoneczko.. Zaczęła węszyć dokładniej, czego nie zrobiła zbliżając się tu i zrozumiała, że chyba wtargnęła na czyiś teren. Podeszła bliżej skraju, wychodząc uprzednio z wody.
- Witaj.. am.. - Trochę się zakłopotała, ale za razem cała się cieszyła widząc kogoś nowego. - To teren twojej watahy? Przepraszam, że wtargnęłam.. nie wyczułam zapachu.. - Oblizała swój pyszczek wlepiając w niego ciekawskie spojrzenie.
Zastrzegam sobie:
xXx

Wodospad

#66
Ugasiwszy pragnienie, wyprostował się i nie mając nic lepszego do roboty, usiadł. Pech chciał, iż podczas przechadzki nie udało mu się spotkać żadnego z członków nowego stada. Potrzebował poznać liczebność oraz skład watahy Lotara, coby móc choć pobieżnie ocenić ich siłę. Nie miał zamiaru zwracać na siebie uwagi, nie chciał wyróżniać się z tłumu, nie mógł pozwolić dać się rozgryźć. Zapewne jego misja niezwykle rozciągnie się w czasie, co niespecjalnie mu się podobało... Ale jest już niestety za późno na wycofanie się - był oficjalnym członkiem Przebłysku Jutra. Ponownie podwładnym Lotara.
Dwukolorowe ślepia powoli wodziły po okolicy, niby szukając inspiracji, pomysłu na przyszłe posunięcia. Dostrzegłszy wśród zarośli jaskrawy kształt, skupił na nim całą uwagę. Samica o nietypowym wyglądzie, poruszająca się płynnie niczym młoda łania, przykuła spojrzenie Płomienia. Nie ze względu na nieznaną odmianę; za młodu widział już takiego wilka. Po odejściu Revirell władzę u Wędrowców przejął wilk grzywiasty, którego imienia rudzielec za żadne skarby nie mógł sobie przypomnieć. Anaya zainteresowała go, gdyż miał nadzieję, że udało mu się napotkać innego osobnika znajdującego się pod pieczą syna Rosemary. Pomylił się. Nie pachniała tutejszymi ziemiami, co nieznacznie osłabiło jego ciekawość, ale nie dał tego po sobie poznać.
Pozwolił waderze zająć się własnymi sprawami. Nie należał do typu niezwykle towarzyskich, którzy z otwartymi ramionami witali każdego, by kolejno zalać ich lawiną pytań. Przejmował się jedynie sobą oraz bliskimi. Trudno było dostać się do tego grona.
W odpowiedzi na przywitanie skinął pyskiem. - Można tak powiedzieć. - Odparł na słowa ognistej, nie do końca wiedząc, w jaki sposób powinien zareagować. Bycie członkiem dwóch watah, z czym dołączenie do drugiej wiązało się jedynie z pozyskiwaniem informacji dla tej pierwszej, nie należało do naturalnego stanu rzeczy. Wciąż zdarzało mu się bić z myślami, co nieznacznie utrudniało odgrywanie roli perfekcyjnego rekruta. - Nie dziwię się, ja też idąc tutaj napotkałem pewne trudności, a zapach znam. - Dodał. Nie burczał, nie mruczał; wypowiadał się całkowicie normalnie, może z ledwo słyszalną nutką radości w głosie? - Prawdopodobnie powinienem cię stąd przegonić, ale czy jest taka potrzeba? - Posłał wilczycy wymowne spojrzenie, niby wyzywając do potyczki na słowa.

Wodospad

#67
Zastrzygła uszami na jego zapytanie, ewidentnie ją podpuszczał do jakiegoś błędu. Może chciał w ten sposób mieć powód do ataku? Nie, przecież ona nie wyglądała nawet na jakąś specjalnie silną - nie stanowiła zagrożenia.
- Powiedzieć mogłabym, że nie, ale bardzo kusi mnie, by powiedzieć tak. - Przyglądała mu się stawiając z gracją łapy przed siebie, przemieszczając się w kierunku spokojnego zejścia z góry. - Odpowiedź, pozostawiam tobie wilku. - W tym momencie zeskoczyła, wylądowała na miękkich łapkach uginając je nieco, aby zminimalizować impet uderzenia.
- A jednak kłócić się bym mogła, gdyż zapach twój, twojej watahy wywietrzał.. tak jakby było was niewielu, albo w ogóle byście się stąd wynieśli. - Delikatnie machała ogonem, nie spuszczała z niego swojego wzroku, analizowała każdy jego ruch, drgnięcie i spojrzenie.. Chciała być w razie czego o krok do przodu, gdyż nie widziało jej się walczyć w tym momencie, była nazbyt zmęczona podróżą. - Zarazem, nie szukam zwady. - Dodała po dłuższej chwili zatrzymując się na porośniętym delikatnym mchem kamieniu. Kolor jego futra w pewnym stopniu ją intrygował, gdyż tak żywej, pięknej barw nie widziała od bardzo bardzo dawna, że aż uznała iż takie wilki zwyczajnie wymarły albo wyniosły się naprawdę daleko.
"Coś mi w nim nie pasuje" Delikatnie zmarszczyła nosek sadzając swój tyłek na ziemi, automatycznie owijając swoje łapy puchatym ogonkiem. Pozostawała czujna, doskonale wiedziała, że jeżeli jest to teren watahy i jest tu on to zawsze może zejść się ich tu więcej.. i nie wiadomo jak oni zareagowaliby na intruza jakim była Ana.
Zastrzegam sobie:
xXx

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

cron