Wodospad

#31
Podążał kilka kroków za waderą, uważnie się przy tym rozglądając, nasłuchując i węsząc podczas przedzierania się przez zarośla. Wydawało mu się, że do jego uszu dociera dźwięk szumiącej wody, a nozdrza drażni z każdym krokiem mocniejszy zapach, mieszanina rozmaitych woni, w której wyraźnie wyczuwało się wilczą.
Raz, czy dwa oberwał po uszach jakąś gałązką, gdy akurat odwrócił głowę bardziej gwałtownie, czasami przedzierał się przez jakieś krzaki dłużej, niż powinien, innym razem przystawał, by się rozejrzeć, a potem puszczał na chwilę biegiem, by dogonić towarzyszy. Widać było w nim ciekawość świata, jaka zazwyczaj cechuje szczenięta. Stanowczo za dużo, niż powinien okazywać dorosły wilk.
Wreszcie po wyplątaniu się w kolejnych zarośli, wyszedł na wolną przestrzeń, gdzie woda szumiała głośniej niż dotychczas. Po chwili rozglądania się ujrzał wodospad, w którego kierunku Melodia postanowiła się udać, więc podążył za samicą. Z każdym krokiem woń docierająca do jego nozdrzy wraz z wdychanym powietrzem wydawała się wyraźniejsza. Czuł wilki. Ostry zapach dwóch samców, którzy musieli to być całkiem niedawno. Oraz krew. Nie wilczą posokę, lecz sarnią. Musieli tu polować.
Gdy C’Antilane się zatrzymała, początkowo nie poszedł w jej ślady, a zaczął lekki truchtem krążyć po okolicy, przystając od czasu do czasu, by powąchać jakąś zaschniętą kałużę krwi, czy zbadać zdeptaną ziemię. Przestał, słysząc słowa wadery i czym prędzej odwrócił łeb w jej stronę, złociste oczy błysnęły wesoło.
- Całkiem możliwe - potwierdził jej słowa, kierując wzrok to na nią to na Drake'a. - Powinniśmy się tego dowiedzieć. Wiem, że to ryzykowne, ale... Może mogliby nam pomóc? Powinni wiedzieć więcej, niż my.
Ach, to keiranowe optymistyczne podejście do świata. Nawet, jeżeli przemknęło mu przez myśl, że wataha może ich w najlepszym wypadku przegnać ze swych terenów, to szybko ją od siebie odrzucił. Bo niby czemu mieliby to robić? Nie mają przecież złych zamiarów, tylko podróżują. Może nawet przyjęliby ich w swoje szeregi? Zawsze o trzy wilki więcej, na pewno mogliby się im na coś przydać, prawda?

Wodospad

#32
Bez większego problemu odnalazła wspomnianą przez Oriona puszczę. Początkowo poruszała się w kierunku widniejących na horyzoncie gór, by później odbić od nich na zachód, wkraczając w tereny zieleńsze, porośnięte bujną roślinnością. Tutaj nieco zwolniła, nie chcąc podczas szybkiego truchtu narobić zbyt dużego hałasu, przypadkowo potrącając jakieś gałązki, na wszelki wypadek, gdyby basior się jednak mylił i ktoś wcześniej zajął te tereny. Szczerze mówiąc, przybierająca na intensywności z każdym krokiem wilcza woń jak na jej gust dobitnie o tym świadczyła i niejednokrotnie wadera miała wielką ochotę zawrócić. Lecz wówczas całą siłą swej woli ponownie zmuszała się do porzucenia gnieżdżących się gdzieś głęboko w tym zakątku duszy, którego się wstydziła, lęków i upartego parcia dalej, przed siebie. Musieli chociaż się rozejrzeć.
Mimowolnie dała się prowadzić odgłosom płynącej wody oraz świeżym dość zapachem osobników, które prawdopodobnie niedawno tędy przechodziły. Słyszała, jak jej towarzysze podążają za nią, lecz nie uczestniczyła w rozbrzmiewających od czasu do czasu rozmowach, wciąż pogrążona w myślach. Planowała. Zastanawiała się, co robić dalej. Analizowała każdy możliwy scenariusz i starała się zawczasu wymyślić rozwiązane ewentualnych problemów. Wielu mogłoby uznać, że za bardzo się z tym wszystkim śpieszyła, skoro jeszcze nawet ich stado nie powstało, lecz według niej był to odpowiedni moment. Musiała zaplanować wszystko naprzód, by później być gotową. Jeżeli chciała upragnionego spokoju i dobrobytu, którego nigdy wcześniej nie zaznała, musiała być o krok przed innymi. Za wszelką cenę walczyć o swoje, lecz nie robić tego bezmyślnie, robiąc sobie tylko wrogów i wdając w niepotrzebne konflikty. Od samej siły dużo bardziej wartościowa jest siła w połączeniu ze sprytem i inteligencją.
Dotarłszy do niewielkiego wodospadu, wadera postanowiła przystanąć, upewniając się uprzednio, że dokładnie kryją ją zarośla, dając swym towarzyszom znak, by również to uczynili. Zdawało jej się bowiem, że usłyszała głos, niewątpliwie należący do wilków. Kilkukrotnie wciągnęła powietrze, a jej nozdrza podrażniła mieszanka wilczych woni, krwi i zapachu sarny. Powoli wychyliła się zza krzaków, by ujrzeć zaraz parę czworonogów kręcących się nad niewielkim wodospadem. Polowali...? Nie, oni również węszyli w powietrzu i wyraźnie się rozglądali, badali teren. Nie wyglądali na szczególnie pewnych siebie, raczej na zaciekawionych i nieco zaskoczonych, więc chyba mogła uznać, że mieli szczęście i właśnie natrafili na podobną grupkę wędrowców, jaką oni na razie byli.
Przez chwilę przyglądała im się uważnie, starając się wypatrzyć jak najwięcej szczegółów, ile była w stanie z takiej odległości, schowana za zaroślami. Wadera, czarna, mniej więcej wzrostu niej samej, lecz dużo drobniejsza, o delikatnej, kruchej budowie. Gdy odwróciła łeb, Lokatt ujrzała szpecące jej oblicze okropne blizny, sprawiające, że przeszedł ją dreszcz. Okaleczenia niezmiennie przypominały jej o piekle, jakie dane jej było oglądać kiedy była szczenięciem, bratobójczej, wyniszczającej walce i późniejszym wielkim głodzie, odbierającym rozum...
Odrzuciła od siebie ponure myśli i przeniosła wzrok na basiora. Mimo młodego wieku już rosły, silny, o postawie godnej wojownika i połyskującej w słońcu, złocistej sierści. Ów mógłby stanowić problem, gdyby zechciał ich zaatakować, lecz... Szczerze mówiąc jego zachowanie przypominało Lokatt szczeniaka. Dreptał z miejsca na miejsce, rozglądał się dookoła, jakby chcąc wszystko sprawdzić, szeroko uśmiechał do towarzyszki, merdał ogonem...
Uznając, że powinni zaryzykować, powoli wychynęła z krzaków, krocząc pewnie, lecz bez żadnych znamion agresji. Zatrzymała się w wystarczającej odległości od nieznajomych, by dobrze ich widzieć, lecz nadal nie naruszając nijak ich przestrzeni osobistej i obdarzyła obojga lekkim uśmiechem. Miała nadzieję, że jej towarzysze zrobili to samo. Zawsze bezpieczniej w towarzystwie trójki wilków, niż samemu.
-Witajcie - rzuciła spokojnie. - Bez obaw, nie mam wrogich zamiarów - dorzuciła, skinąwszy nieco łbem w ich stronę.

Wodospad

#33
Szła powoli, ostrożnie badając teren. Kierowała się jednym dominującym zapachem, zapachem wody. Była straszliwie spragniona. Przez dłuższy czas wędrowała przez piaszczyste wydmy, gdzie życiodajnej cieczy było jak na lekarstwo. Jej przednie łapy natrafiły nagle na coś twardszego, nie była to z pewnością trawa, przez którą przedzierała się przez dłuższy czas. Uśmiechnęła się sama do siebie i ostrożnie sprawdziła, czy kamień nie jest śliski albo poluzowany. Na szczęście nie był. Stanęła na nim i wodząc niewidzącymi oczyma po okolicy zaczęła węszyć i nasłuchiwać. Las był spokojny, ptaki ćwierkały wśród drzew. Wiatr niósł zapach wilków, z jego natężenia wynikało, że drapieżniki są daleko od niej. Wadera odetchnęła z ulgą. Z pewnością było ich dużo, aromaty nakładały się na siebie, ale była wciąż za daleko, żeby móc je rozróżnić. Nie chciała ryzykować spotkania z całą watahą, mimo tego, że jej wyczulone zmysły nie wyczuwały, by ktoś znaczył tutaj teren. "Tylko się napiję i znikam". Ostrożnie zeszła z głazu, uważając, by się nie potknąć, po czym ruszyła dalej. Kroczyła po obfitym runie, przybliżając się coraz bardziej do źródła szumu. Był to bez wątpienia mały, leśny wodospad, wodopój, przy którym zbiera się zwierzyna. To po części wyjaśniało obecność tak wielu wilków. Liczyła na to, że drapieżniki tam polują, potem odejdą, a padlina zostanie dla niej. Żołądek miała pełny, ale lata wędrówek nauczyły ją, że warto jeść na zapas. Przystanęła w miejscu, bowiem jej czuły nos wychwycił zapach krwi. Nie była świeża, tylko stara i zaschnięta. Ruszyła w jej stronę, mając nadzieję na małą ucztę. Gdy stanęła tuż obok kałuży posoki, ze zrezygnowaniem stwierdziła, że padliny tu nie ma. Zaczęła wodzić łapą po wgnieceniu, gdzie wcześniej musiało leżeć mięso. Ofiarą było młody samiec sarny, choć dość spory, jak na swój wiek. Łowców było dwóch, oboje byli basiorami. O dziwo, nie skonsumowali rogacza na miejscu, tylko przenieśli go gdzieś, o czym świadczyła wgnieciona trawa. "Najwyraźniej dzisiejszy obiad będę musiała sobie złapać sama". Z westchnieniem obróciła się i ruszyła w stronę wodopoju, starając się kryć wśród okolicznych krzaków. Zapach drapieżników przybierał na sile, ale skupiała się na coraz bardziej wyraźnej woni wody. W końcu dotarła na miejsce. Wilki były tuż obok, ale były skupione na rozmowie ze sobą. Nie obchodziło ją to. Chciała się tylko napić i dyskretnie wycofać, a jeśli będzie odpowiednio cicho - nie powinni jej nawet zauważyć. Nachyliła się w stronę lustra wody, cały czas pozostając w bezpiecznym obrębie maskujących ją roślin i zaczęła pić. Woda była zimna, smakowała ziemią i była wspaniałą odmianą po brudnych, piaszczystych i zatęchłych kałużach, jakie znajdowała wcześniej. Rozkoszowała się jej smakiem, jednocześnie badając słuchem i węchem wilki i ich zachowanie. Nagle zamarła, a krystaliczna woda ugrzęzła jej w gardle. Znała ten zapach. Tak pachniały jej szczenięta. Wadera zapomniała wiele rzeczy, ale zapachu swoich szczeniąt nie zapomniała i nie zapomni nigdy. Przymknęła oczy i z na wpół otwartym pyskiem zaczęła węszyć. Musiała się dowiedzieć, które to młode. I dowiedziała się. "Keiran..." Raptownie ogarnął ją strach. Musiała stąd uciekać, wiać, ile ma sił w nogach. On może chcieć się zemścić, za to, że pod wpływem innych go porzuciła. A może jej wybaczył? Chociaż w sumie... On pewnie jej nie pamięta. Nie wie, kim jest. Ale to nie zmienia faktu, że musi stąd odejść i to szybko. Wtem straciła grunt pod nogami, potknęła się o jakiś kamień i efektownie wpadła z pluskiem do wody. "Teraz nie mam już drogi odwrotu. Widzieli mnie, więc nie mogę się wycofać. Jak ucieknę, zaczną mnie gonić. A jak zaatakuję, zabiją mnie. Muszę tu zostać i czekać na rozwój wydarzeń."
- Eeeee....Yyyyyy... Witajcie? Yyyy...Jestem tu przypadkiem. Nie mam złych zamiarów... Ja...Yyy... Zaraz odejdę... - wymamrotała szybko, pospiesznie wychodząc na brzeg.

Wodospad

#34
Już miała kierować swe łapy ku domniemanym legowiskom koczującej w tej okolicy watahy, gdy niespodziewanie ostra woń podrażniła czułe nozdrza samicy. Stała w bezruchu, nasłuchując oraz węsząc. Nie potrzebowała wzorku, bardziej polegała na swych pozostałych zmysłach. Wyłapawszy dźwięk, naderwane ucho drgnęło, a ciało jak na zawołanie wykonało płynny zwrot, pozwalając Melodii dostrzec wyłaniającą się spośród zarośli waderę, a następnie jej towarzyszy. Odruchowo wykonała krok w tył, niejako kryjąc się za silniejszym od siebie Keiranem, ale krucze futro na jej grzbiecie nie zjeżyło się, a ona sama nie ukazała kłów. Nie należała do osobników agresywnych, ba, unikała konfliktów jak ognia, ale wobec nieznajomych zachowywała szczególną ostrożność. Nie chciała pozwolić potencjalnym przeciwnikom na atak z zaskoczenia, a nie miała pewności co do zamiarów grupki wilków. Oblicze Oszpeconej pozostawało neutralne. Jedynie szmaragdy zdradzały zainteresowanie niewielkim stadem - kamyczki delikatnie połyskiwały i mieniły się w świetle.
Usłyszawszy wypowiedź Lokatt, nieco się uspokoiła, ale nie pozbyła się wszystkich wątpliwości, które wiązały się z przybyciem obcych. Wciąż pozwalała Słonecznikowi stać przed nią - fakt, iż basior znajdował się w pobliżu, był miodem na wielokrotnie zranione serduszko C’Antilane. Jego obecność zdecydowanie poprawiała jej humor.
Czarna zdążyła jedynie skinąć ku nowo przybyłej pyskiem, zanim coś innego zmusiło ją do zmiany obiektu zainteresowania. Odległy plusk, poprzedzony cichym jęknięciem, sprowokował Zapomnianą do odszukania spojrzeniem stworzenia odpowiedzialnego za wydanie tych dźwięków. Ku jej zdziwieniu okazała się nim starsza wadera, dodatkowo sprawiająca wrażenie zagubionej i nieporadnej. Zielonooka ruszyła ku niej, przystając w pobliżu. - Nic się nie stało? - Zapytała, a w śpiewnym głośnie tliła się nutka troski.
C’Antilane

GŁOS__MUZYKA

Wodospad

#35
Jeszcze chwilę temu stał tutaj jedynie w towarzystwie Melodii, przygotowując się do wyruszenia śladem nieznanego stada, a w sekundę później już poczuł kolejne osobniki zbliżające się do wodospadu. Odwrócił powoli łeb w stronę, z której napływała woń akurat w odpowiednim momencie, by ujrzeć wyłaniającą się zza zarośli waderę. Prawdopodobnie nie była sama, sądząc z drażniących jego nozdrza zapachów, miała towarzyszy, podążających jej śladem. Jednakże zapach żadnego z nich nie był tym, który wyczuli wcześniej, ani śladu tych dwóch basiorów, którzy wcześniej tu polowali, by zawlec później zdobycz do swego legowiska. Nie wykluczał ich przynależności do tamtej watahy, choć z drugiej strony... Chyba jeszcze nie weszli na ich teren, prawda? Nie wyczuwał żadnych jednoznacznych śladów zapachowych.
Zauważył, że jego towarzyszka instynktownie się za nim ukryła i również automatycznie postąpił krok do przodu, gotowy jej bronić, gdyby zaszła taka konieczność. W końcu już dawno sobie w duchu poprzysiągł, że będzie bronił Zapomnianej przed złym losem. W postawie nieznajomej samicy nie było jednakże ani śladu wrogości, a wkrótce potem jej słowa tylko to potwierdziły. Mięśnie samca nieco się rozluźniły, a na pysku zajaśniał nawet i lekki uśmiech, jakże dla niego charakterystyczny.
Przez chwilę przyglądał się waderze z wyraźnym zaciekawieniem. Jasna, średniej wielkości, w widocznie dobrej kondycji, choć przykurzone futro świadczyło o przebyciu długiej drogi. On i Melodia pewnie prezentowali się podobnie. Przez chwilę wodził wzrokiem po ciemnych znaczeniach po obu stronach jej pyska przywodzących na myśl spływające z oczu łzy, aż wreszcie zatrzymał wzrok na brązowych soczewkach.
- Witajcie. Jesteście stąd? - wypalił, uśmiechając się nieco szerzej... I wtem nagle usłyszał jakiś cichy jęk i pluśnięcie wody. Uszy drgnęły, a łeb odwrócił się w stronę odgłosów.
Nie poznał w tamtej samicy matki. Nie mógł. Jego wspomnienia z dzieciństwa w znaczącej mierze zniknęły, powracając jedynie czasami w snach jako ulotne, zniekształcone strzępy myśli, zbyt mgliste by mógł je zapamiętać. Zarówno jej wygląd, jak i zapach były dla niego całkiem obce. Uznał więc waderę po prostu za jakąś zagubioną staruszkę, która zapragnęła się po prostu napić. Widząc jej niepewność, posłał jej szeroki uśmiech i pomachał ogonem, święcie przekonany, że jest ona w stanie ten gest ujrzeć.
- Spokojnie - rzucił łagodnym tonem, odwracając na chwilę głowę od starszej wadery i zerkając z powrotem na tę jaśniejszą. Wreszcie kogoś spotkali. Coś się działo. Keiran nie potrafił kryć swej radości.

Wodospad

#36
Usłyszała szybkie kroki. Ktoś biegł w jej stronę. Ve'nevri skuliła się, czekając na atak, który na szczęście nie nastąpił.
- Nic się nie stało? - usłyszała śpiewny, troskliwy głos jakiejś wadery.
Odetchnęła z ulgą. To była miła odmiana po atakujących i goniących ją wilkach. A jeśli to tylko sprytny podstęp? Zaufa jej, a potem.... Nie, nie, nie. "Muszę przestać być taką paranoiczką." Milczała i słuchając kojącego szumu wody zastanawiała się nad odpowiedzią. Co ma jej powiedzieć? Na ile może jej zaufać?
- Spokojnie - z rozmyśleń wyrwał ją nagle głos syna.
Zacisnęła mocno wargi i pochyliła głowę ku ziemi, próbując opanować wzruszenie. Była taką wyrodną matką, porzuciła go, a on jej wybaczył! Albo nie wie, że Ven jest jego... Tak czy owak, nie rzucił się na nią z zębami, nie rozharatał gardła. Do kącików oczu napłynęły jej łzy, a ona sama wydała z siebie gardłowy, niski skowyt. Jakże żałowała, że nie może go ujrzeć!
- Nie, nic mi się nie stało... Chciałam się tylko napić wody, już odchodzę - wydukała wreszcie odpowiedź na pytanie wilczycy.
Nie mogła już znieść jego zapachu. On tylko przypominał jej o wydarzeniach tamtej nocy. Odwróciła się, nie bacząc zbytnio na otoczenie. Chciała stąd odejść jak najszybciej, by móc w spokoju zdusić w sobie poczucie winy i żal. Ruszyła szybkim truchtem, nie węsząc, nie słuchając, nie uważając. Nawet nie zwróciła uwagi na natężający się coraz bardziej zapach drewna. Z głębokiej zadumy otrząsnęła się dopiero wtedy, gdy weszła w drzewo i z gracją rannego jelenia upadła na leśne runo.

Wodospad

#37
Lokatt przez dłuższą chwilę obserwowała zachowanie wilków. Wadera ze szramami na pysku cofnęła się, gdy wyszła zza krzaków, a jej towarzysz wręcz przeciwnie, postąpił do przodu, by w razie czego jej bronić. Czyżby jej partner? Niezbyt prawdopodobne. Nie zauważyła, by wcześniej jawnie okazywali sobie czułość. Więc prędzej przyjaciel.
Szczerze mówiąc, uśmiechnęła się w duchu, widząc ich reakcję. Pierwszy raz od wielu lat, jeżeli nawet nie pierwszy raz w życiu ktoś cofał się przed nią, a nie ona przed kimś. Całkiem miła odmiana.
W chwilę później wcześniej usłyszała, niż ujrzała czy wyczuła kolejną waderę, która dość hałaśliwie wpadła do wody. Obrzuciła ją uważnym spojrzeniem od góry do dołu. Dużo od niej starsza, poruszająca się raczej niepewnie i z dziwną niezgrabnością, która przywodziła jej na myśl Sen. Czyżby kolejna niewidoma? Wadera westchnęła ciężko w duchu. Dlaczegóż los musiał być na tyle okrutny, by wciąż zsyłać jej kolejne kalekie osobniki, kiedy ona poszukiwała właśnie tych zdrowych, silnych i będących w stanie zapewnić jej przyszłemu stadu godny byt? W duchu ucieszyła się, widząc, że ta próbuje się od nich oddalić... Choć szczerze mówiąc zaciekawiło ją nieco, jak nerwowo zareagowała. Co dziwne, wydawało się, że tę nagłą reakcję wywołał ten złocisty basior. Ale jakim cudem mógłby ją tak przestraszyć z tą swoją ufną, przyjacielską postawą i łagodnym tonem głosu?
Przez chwilę zastanawiała się, co dalej począć. Nie chciała, by w jej przyszłym stadzie znalazł się kolejny kaleka. Sen przynajmniej potrafiła nie wpadać na drzewa. Z drugiej jednak strony, zależało jej na zrobieniu dobrego pierwszego wrażenia, żeby od razu w oczach tej dwójki nie wypaść na nieczułą i bezduszną. Tamta czarna sprawiała wrażenia wrażliwej i empatycznej, gdyby nie spróbowała choć pomóc staruszce, mogłaby ją do siebie zrazić. A ten złocisty pewnie poszedłby za nią. Powolnym więc krokiem ruszyła w stronę starszej wadery, by wreszcie pochylić się nad nią i lekko pociągając za skórę na grzbiecie pomóc jej wstać na nogi.
- Radziłabym uważać na siebie - rzekła uprzejmym tonem, na jej pysku automatycznie zakwitł lekki uśmiech, wyćwiczony do perfekcji przez wiele lat praktyki. Następnie powoli znów odwróciła łeb w stronę złocistego. - Nie, nie jesteśmy stąd. Podróżujemy, zapewne tak, jak i wy. Do tej puszczy przybyliśmy w poszukiwaniu bezpiecznego schronienia, lecz jak widać, ktoś wcześniej nas ubiegł - tu wymownie rozejrzała się po polance splamionej sarnią krwią i przesiąkniętej zapachem tamtych samców. Następnie ponownie spojrzała na zebranych i kontynuowała, tym samym spokojnym tonem, decydując się przejść od razu do sedna. - Teraz prawdopodobnie udamy się w dalszą drogę. Jeżeli zechcecie, możecie się do nas przyłączyć. Im nas więcej, tym bezpieczniej. Oczywiście, zrozumiem, jeżeli macie już inne plany - dorzuciła, choć wątpiła, by podróżnicy takowe plany mieli. Lecz gdyby odmówili, tak jak w przypadku Oriona pozwoliłaby im odejść, starając się jednakże, aby ich relacje były jak najlepsze. W końcu ceniła sobie sprzymierzeńców niemalże na równi z członkami stada, a każdy tutaj z obecnych miałby coś do zaoferowania. Nawet ta ślepa wadera. Na nieporadną staruszkę raczej nikt nie zwraca uwagi, a przecież i taka potrafi słuchać, zdobywać informacje i się nimi dzielić. Szczerze mówiąc, Lokatt wolałaby taki stan rzeczy niż żeby owa wadera zechciała ruszyć z nimi.

Wodospad

#38
Szybkie, niezwykle nerwowe ruchy starszej wadery oraz jej wypowiedzi stanowiły dla Melodii trudną do rozwikłania zagadkę. Kątem zdrowego oka dostrzegła, iż powodem roztargnienia Ve'nevri mógł być biszkoptowy, ale w żaden sposób nie zbadała tej teorii; nie było na to czasu. Gdy fiołkowooka poczęła prędko poruszać się w kierunku dzikiej puszczy, Zapomniana odruchowo ruszyła za nią, ale zdecydowanie wolniej. - Nie odchodź... - Powiedziała cicho, niezwykle zbita z pantałyku. Nie zdążyła dodać nic więcej, gdyż ciemnofutra legła na glebę niczym kłoda, uprzednio zderzywszy z drzewem. Uchylone wargi, które jeszcze nie zdążyły domknąć się po prawie niedosłyszalnej prośbie, ani myślały, by to uczynić. Zdziwiona C’Antilane obserwowała poczynania Ven. Otrząsnąwszy się z początkowego szoku, postąpiła kilka kroków ku staruszce, ale Lokatt zdążyła ją uprzedzić. Rozdziawiony pysk powrócił do porządku, a roztargnienie ustąpiło miejsca skupieniu. Oszpecona zbliżyła się do poszkodowanej i dokonała pobieżnych oględzin jej stanu. Nie dostrzegłszy żadnych otwartych ran, które mogłyby w przyszłości zostać zakażone, wykonała krok w tył i skierowała swe zielone ślepia ku Jaskółce. Z zaciekawieniem wysłuchała tego, co miała do powiedzenia, po czym szmaragdy odnalazły Keirana i wysłały mu nieme pytanie. Od dawna wspólnie wypatrywali innych mieszkańców krainy, ale wadera nie sądziła, że po spotkaniu białej wrony ich poszukiwania nabiorą tak wielkiego rozpędu. Niemalże dotarli do obozowiska jednej z watah, by niespodziewanie na ich drodze stanęła zagadkowa wilczyca, proponująca im wspólną podróż w poszukiwaniu bezpiecznego schronienia... Może to właśnie los miał dla nich zaplanowane od dawien dawna?
Zapomniana nie zadręczała się myślami. Wiedziała, iż Słonecznik równie mocno cieszył się na spotkanie innych przedstawicieli ich rasy, zwłaszcza tak licznej grupy. - Chętnie się do was przyłączymy. - Zaświergotała, przenosząc połyskujące kamyczki na Łzę. - Zwą mnie Melodią. - Dodała po krótkiej chwili milczenia, ponownie skinąwszy pyskiem. Ukradkiem zerknęła w stronę Orlicy, prawdopodobnie sprawdzając, czy w międzyczasie nie uczestniczyła w kolejnym wypadku.
C’Antilane

GŁOS__MUZYKA

Wodospad

#39
Nie rozumiał. Ledwie się odezwał, a starsza wadera jakby się zasmuciła, czy nawet przestraszyła, coraz to gwałtowniej powtarzając, że musi odejść. Skończyło się tak, że wpadła na drzewo i szara wadera wraz z Zapomnianą ruszyły jej na ratunek. Słonecznik został w miejscu, obserwując całą scenę szeroko otwartymi ślepiami, z lekko uchylonym pyskiem. Uszy położył po sobie, przyjmując postawę zbitego psa, niczym skarcony szczeniak. Czy to jego wina? To przez niego tak się spłoszyła? Ale co takiego zrobił? W żadnym wypadku nie miał złych zamiarów, chciał się tylko przywitać.
Spojrzał przelotnie na Melodię, jakby szukając w niej pocieszenia, a w chwilę później przeniósł wzrok na szarą waderę, która postanowiła przemówić. Jej słowa na nowo napełniły jego serce radością. Skulone wcześniej uszy wróciły na swoje prawowite miejsce, uśmiech przegnał z jego pyska skrzywiony grymas smutku, a ogon zahuśtał się wesoło. Wymienił spojrzenia z Zapomnianą. W końcu od tak dawna szukali towarzyszy. A teraz całkowicie znienacka zjawia się ktoś, kto sam z własnej woli proponuje, by się do niego przyłączyli. Cieszył się z tego niezmiernie, nie tylko dlatego, iż uwielbiał towarzystwo innych, lecz również z powodu towarzyszącej mu wadery. Teraz Melodia będzie bezpieczniejsza, niż kiedykolwiek. Wiedział to.
Szczerze mówiąc, był niemalże pewien, że coś takiego się wydarzy. No, może nie do końca spodziewał się takiego obrotu sprawy, lecz od początku był pewien, iż ich wyprawa zakończy się dla nich pomyślnie. Nie mogło być przecież inaczej! Keiran od zawsze należał do niepoprawnych optymistów, którzy nawet w największych ciemnościach potrafią ujrzeć światło.
- Z przyjemnością będziemy wam towarzyszyć - potwierdził, obdarzając brązowooką szerokim uśmiechem. Ślepia zalśniły niczym płynne złoto. - Jestem Keiran.
Zerknął ukradkiem na ciemnofutrą waderę. Miał szczerą nadzieję, że i ona się do nich przyłączy. Przecież było widać, że potrzebowała wsparcia. Z chęcią sam by jej pomógł, gdyby zaszła taka potrzeba. Jej też mógłby bronić. Albo chociażby i pilnować, by przypadkiem ponownie nie wpakowała się w jakieś tarapaty.

Wodospad

#40
Naerys musiała chyba nieco zostać w tyle za Lokatt i Izukim. Nigdzie po drodze nie zobaczyła Snu. Czy biała wadera je opuściła, albo zbytnio się oddaliła i nie może ich znaleźć? Ale przecież Sen radziła sobie doskonale mimo braku wzroku. To nie mogła być przyczyna jej zniknięcia. Wyglądało też na to, że Naerys nie rozwiąże szybko tej zagadki, dopóki Sen nie pojawi się znowu i nie wyjaśni co takiego się stało.
Kiedy dotarła do Lokatt okazało się, że ta znajduje się już w towarzystwie innych wilków, których Złotooka nie znała. Zarówno ich widok jak i ich zapach były jej zupełnie obce, toteż mała postawiła uszka na sztorc obserwując zgromadzonych z ciekawością. Złote oczka błyskały, kiedy odbijało się w nich przemykające się przez korony drzew światło.
Uśmiechnęła się tylko do obecnych i usiadła obok Lokatt, nie będąc na razie pewną czy powinna się wtrącać do rozmowy.

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron