Błotniste wybrzeże

#41
Srebrny uznał, że pozwoli mówić Maelviusowi, jako, że Czarny miał znacznie bardziej dyplomatyczną i przebiegłą naturę niż on sam. Sylvan był bardziej prostolinijnym stworzeniem, niezbyt skorym do intryg czy gry o tron. Zabawa we władzę i dziedziczenie nigdy nie należała do jego ulubionych, ba, prawdopodobnie gościła w pierwszej dziesiątce najbardziej nielubianych przez niego zajęć. Zamiast silić się na sklecenie wypowiedzi o wątpliwej błyskotliwości, skupił się na przyjrzeniu się tym, którzy podeszli ku niemu i Maelviusowi. Zapamiętał imię drobnej wilczycy, która zjawiła się przed nimi jako pierwsza, bez żadnych uprzedzeń, rzekłby nawet, z brawurą, jaką rzadko mógł widzieć wśród samic, a nawet i wielu samców. Lekkość, z jaką ta się poruszała, jakby nieomal płynęła przez otoczenie, stąpając delikatnie i z niewymuszoną gracją, przywiodła mu na myśl jedną z samic. Ślepą, białolicą albinoskę, jakże różną od stojącej tu kruczycy, niemniej jednak niezmiernie ważną dla Sylvana. Basior jednak nie miał zupełnie pamięci do imion, kiedy znudził się ową panną, i jej imię zatarło się w jego umyśle, ale cień tejże damy pozostał. Jak zapamiętany jak przez mgłę sen, nawiedzał go od czasu do czasu.
Tak więc teraz Sylvan przyłapał się na tym, że wpatruje się w lico Revirell z nieudolnie skrywanym zainteresowaniem. W tej samicy było coś, co nie dawało mu spokoju już od początku, była zdecydowanie inna niż wszystkie, choć Sylvan nie był pewien, w czym przejawiała się ta inność, za wyjątkiem filigranowej sylwetki i jaśniejących oczu - podobnych do jego własnych, ale wypranych z wszelkich przejawów przyćmionego złota. Te oczy były zimnymi okręgami księżyca w pełni na pozbawionym gwiazd niebie.
A potem jego wzrok przeniósł się na samca, który przybył ku nim w ślad za Czarnolicą waderą. Równie srebrzyste, zimne srebrniki, ale obramione tym razem w futro płomiennie rude, naznaczone na szyi nieznajomego licznymi przerwami, jakby zostało ono wyrwane z jego karku. Dopiero po chwili Sylvan zrozumiał, że przerwy w futrze Rudego znaczą liczne, leciwe blizny. Od tego samca biło zupełnie inne wrażenie, o ile Revirell go intrygowała, to jej towarzysz go odpychał, jakby niósł w sobie coś niesamowicie czarnego, czarniejszego od samej wadery i jej włosia.

Błotniste wybrzeże

#42
Zapominając o tym co się wydarzyło i uzbrajając się znów w pogardę dla płci przeciwnej Zmora postanowiła nie myśleć więcej o amorach. Jednooki dał jej cenną nauczkę, która dobrze wryła się w jej psychikę, ale nie należała do tych którzy rozpadali się nad sobą. Była w końcu wojowniczką, nie raz oberwała po skórze, nie raz bolało i była sama. Zwyczajna sprawa, przejęła się raczej nowoprzybyłymi, ruszyła w pewnej odległości za Revirell w ich stronę, w razie gdyby Kruczyca potrzebowała wsparcia. Wielkością dorównywała Mealviusowi, co oznaczało że przewyższała i Sylvana i Shevayala, co było zdecydowanie nietypową cechą jak na waderę. Mimo to, trudno było ją pomylić z samcem, na swój dziwaczny sposób była i piękna i szkaradna, zależnie od gustu obserwującego. Mięśnie rysowały się wyraziście pod hebanowym futrem, długie łapy nosiły sylwetkę wysmukłą, lecz mocną. Poruszała się pewnie, giętko jakby zawsze była gotowa do walki, a na licu o ostrych rysach odbijała się mieszanka pewności siebie, pogardy i spokoju. Zatrzymała się o krok dalej, prawie u boku swej przewodniczki obserwując basiory bez oznak wrogości. Wyglądała dosyć imponująco jak i przerażająco w swej obojętności, nie bała się starcia i też nie widziała sensu w dążeniu do niego. Była doskonale pewna swojej siły, nie na darmo powiadano że wilki z wschodnich rubieży powalały w pojedynkę niedźwiedzie. Skoro wadera ich krwi wyglądała w ten sposób, strach myśleć jakie były samce.
Spojrzenie różnookiej zatrzymało się na Mealviusie, powoli pochyliła kształtny łeb i trwała tak, czekając na rozwój sytuacji.
Walkę kończy jedynie śmierć.

Błotniste wybrzeże

#43
Białawe, jakby rozświetlone od wewnątrz milionem iskier patrzałki, nachalnie wwiercały się w będące zupełnym kontrastem, chmurne ślepia basiora. Kruczyca bynajmniej nie kryła buzującej wewnątrz niewielkiego ciała ciekawości, która wręcz wylewała się z głębi jasnych ocząt. Pomimo upływu lat, ta cecha jej charakteru wciąż pozostawała niezmienna. Dopiero słowa Czarnowłosego odrobinę ugasiły fascynację, przywracając Rell do rzeczywistości. To wystarczyło, aby odwróciła wzrok, na powrót sunąc nim po okolicy i reszcie wilków; zdecydowanie bardziej odruchowo, niźli w konkretnym celu. Na dłużej zatrzymała się na Płomieniu, naprędce analizując jego postawę wobec obcych. Niezbyt podobało jej się tak odpychające zachowanie z jego strony, tym bardziej, że wraz z odejściem niedoszłego partnera Finnelyn, ich grupa prawdopodobnie straciła szanse na znalezienie azylu i naznaczenie go własną wonią, odganiając w ten sposób ewentualnych agresorów. Nie odezwała się jednak, ani nie zareagowała w żaden inny sposób, póki co ignorując Rudzielca. Na powrót wpiła księżyce w lico hebanowego basiora, jakby zastanawiając się, cóż począć. Atmosfera zdecydowanie była zbyt napięta, przynajmniej jak na gust Jasnookiej, toteż naprędce wpadła na genialny pomysł. Rozmówca wydawał się jakiś taki ponury, co najwyraźniej w pewien sposób oddziaływało również na Shevayala, trzeba więc było zaradzić temu u źródła – znajdującego się centralnie przed nią. Jako istota nazbyt niska, nie była w stanie wykonać planu z poziomu, na którym się znajdowała, w związku z czym wybiła się lekko na przednich łapach, zad pozostawiając na ziemi. W ułamku sekundy nos Maelviusa został naznaczony śliną, będącą pozostałością po zetknięciu z ciepłym jęzorem. Dumna z siebie, wyprostowała się, wyżej zadzierając trójkątny łeb i błyskając kłami w czymś, co można było uznać za uśmiech. Pospiesznie zerknęła jeszcze ku towarzyszom, jakby oczekując aprobaty dla swojego doskonałego pomysłu i jego bezbłędnego, szybkiego wykonania. Pewnie gdyby nie była sobą, zamilkłaby teraz, dając Czarnemu czas na reakcję, ale…
- Wszyscy podróżujemy. Wszyscy trafiliśmy przypadkiem. Przypadkiem również się spotkaliśmy, ponownie. Może chcecie iść z nami? – Rzuciła wprost, nie bawiąc się w ładne słowa. Bo i po co? Ogon zaszurał po podłożu, wijąc się z lewa na prawo i z powrotem. – Większa grupa oznacza większe bezpieczeństwo.

Błotniste wybrzeże

#44
Przez dłuższą chwilę nie spuszczał wzroku ze srebrnookiej, lecz odgłosy zbliżających się ku nim kolejnych czworonogów wreszcie zmusiły go do oderwania na moment ślepi od jej oblicza i skierowania ich na pozostałe wilki. Pierwszy zza zarośli wyłonił się basior o niezwykłym umaszczeniu. Mealvius obrzucił go uważnym spojrzeniem od stóp aż po końcówki przydługich uszu, zatrzymując na krótką chwilę wzrok na bliznach znaczących jego kark. Niecodzienny wygląd, niewątpliwie świadczący o pokrewieństwie owego osobnika ze zwierzęciem innym niż wilk, w połączeniu z jego dumną postawą sprawiał dość nieprzyjemne jak na jego gust wrażenie. Maelviusa już niemal zdążyła poważnie zirytować bezczelność tego kundla, lecz skierował zmrużone, ciskające gromy ślepia na jego oblicze... Poczuł nagły niepokój. Jakby jedno spojrzenie w te srebrzyste ślepia wystarczyło, by zdał sobie sprawę z tego, iż z tym wilkiem jest coś mocno nie tak. Nie potrafił do końca powiedzieć, co to było, lecz miał złe przeczucia. Z trudem powstrzymał chęć oderwania wzroku od tej odpychającej, lecz jednocześnie intrygującej persony.
- Można by rzec, iż głównym celem naszej podróży było dotarcie tutaj - odpowiedział na zadane przezeń pytanie, a kąciki jego czarnych warg uniosły się w górę, gdy ostre zębiska błysnęły na chwilę w dziwnym uśmiechu. Wyglądało to nieco, jakby Maelvius zapomniał, jak się uśmiecha lecz mimo to próbował.
W chwilę później przeniósł wzrok na milczącą waderę o imponującej sylwetce i różnobarwnych soczewkach. Przez moment przyglądał jej się z zainteresowaniem. Nigdy wcześniej nie dane mu było spotkać samicy dorównującej wzrostem najwyższym samcom i najwyraźniej nie ustępującej im w sile. Poruszała się zwinnie i pewnie, jakby przez cały czas przyczajona, gotowa do skoku, jeżeli dostrzeże choćby najmniejszą oznakę wrogości. Prawdziwa wojowniczka, stworzona do zabijania. On sam niegdyś był podobny, lecz odniesione rany, głód i męcząca podróż zrobiły swoje. Na moment wrócił wspomnieniami do czasów sprzed swego wygnania, gdy wraz z braćmi siali wręcz postrach wśród innych wilków, gnani wściekłością, która narastała w nich przed wiele miesięcy...
Dopiero ruch Revirell skłonił go do ponownego zerknięcia na filigranową waderę stojącą przed nią, lecz nie zdążył nawet do końca się odwrócić, a już poczuł muśnięcie ciepłego języka na swym nosie. Zamarł na dobrą chwilę, kompletnie zaskoczony, wbijając rozwarte szeroko ślepia w stojącej przed nim samicy. Nie spodziewał się taki serdecznego gestu ze strony poznanej dosłownie przed chwilą wadery. Sprzeczne emocje obudziły się ponownie, buzując w jego wnętrzu przez dobrych kilka sekund, po czym... Nagle zanikły ponownie, zastąpione przez swego rodzaju poczucie dumy, gdy wilczyca zadała kolejne pytanie. Odpowiadało mu to, że to Revirell proponuje im przyłączenie się do nich, bowiem samemu trudno by mu było się zmusić, by o to prosić. Na obliczu czarnofutrego po chwili ponownie błysnął ów dziwny uśmiech, gdy ponownie spojrzał na stojącą przed nim waderę. Schylił nieco łeb, wciąż spoglądając w jej srebrzyste ślepia, tym razem wydawał się jednak nieco mniej spięty. Teraz wydawało mu się jasne, iż przyłączenie się do tych wilków przyniesie korzyści dla obu stron. Hebanowa miała całkowitą rację co do bezpieczeństwa, a on, wychudzony i znacznie osłabiony właśnie bezpieczeństwa teraz potrzebował. Zresztą, gdzieś na granicy świadomości wciąż czaiła się nieśmiało nadzieja, iż w przyszłości ta decyzja mogłaby przynieść i więcej dobrego.
- Zgadzam się w zupełności, im większa grupa tym bezpieczniej - przytaknął, a jego ogon zakołysał się z wolna na boki. - Jeżeli zechcecie nas przyjąć, z chęcią na waszą propozycję przystaniemy.
W tym momencie jakby nagle przypomniał sobie o istnieniu Sylvana i z wahaniem odwrócił łeb, by na niego spojrzeć, oczekując potwierdzenia jego słów. Ponownie, nawet przez myśl mu nie przeszło, iż srebrzysty mógłby odmówić. Wydawało mu się, iż bardziej odpowiada mu pozostanie nieco na uboczu, oczywiście o ile sprawy toczą się z korzyścią dla niego. Samego czarnego cieszył ten fakt.
Poczekawszy na jego reakcję, w chwilę później ponownie obrzucił spojrzeniem znajdujące się wokół wilki, by wreszcie ponownie utkwić wzrok w Revirell.

Błotniste wybrzeże

#45
Gest Revirell wprawił Sylvana nie tyle w osłupienie, co w pozytywne zaskoczenie i lekkie zmieszanie. Nie poznał jeszcze wadery potrafiącej tak szybko przejść z poważnej rozmowy we frywolne zachowanie i z powrotem, a ta tutaj, także pod innymi względami niż to, była wyjątkowa. Nie dziwne więc, że na widok ruchów wilgotnego, ciepłego jęzora wilczycy Sylvan nieco szerzej otworzył oczy. Była to jednak jedyna oznaka jego emocji, resztę ciała bowiem trzymał w okowach braku ruchu, wciąż nie będąc pewnym, czy powinien wykonać jakikolwiek ruch, czy nie. Chwilowo rozmowa potoczyła się w pozytywnym i dla niego, i dla Czarnego basiora kierunku, ale w innym wypadku zarówno krok w tył jak i w przód mógłby zostać źle odczytany i zadziałać na ich niekorzyść. Na szczęście Maelvius, jak widać, dobrze dobrał słowa i poniekąd chwilowo wkradł się w łaski obecnych tu wilków, bo widocznie poszukiwali większej ilości towarzyszy aby założyć watahę. Dobrze się złożyło, że wszyscy trafili akurat tutaj.
- Tak uprzejmie podanej propozycji wstyd by było odmówić - Dopowiedział w końcu, chcąc dodać coś od siebie i nie pozostać całkowicie niemym w tej rozmowie, chociaż tak naprawdę większość, jak nie wszystko co najważniejsze wyjawił już Maelvius.

Błotniste wybrzeże

#46
Milczała i czekała, spokojnie analizując przebieg sytuacji aż coś w niej zmieniło się delikatnie. Co takiego i dlaczego, nie mogło to być dla zgromadzonych jasne. Ogromna wilczyca powoli ruszyła przed siebie, mijając najpierw Revirell. Nie patrzyła na obecnych, patrzyła przed siebie, mięśnie grały łagodnie pod skórą, hebanowe futro migotało subtelnie to błękitem, to znów zwyczajnie, bez barw. Bez słowa wytłumaczenia przeszła obok samców i przyspieszyła lekko kroku, jakby się spieszyła gdzieś. Pochylony na wysokość barków trójkątny łeb zakołysał się lekko, w różnobarwnych ślepiach dojrzeć można było iskry. Po chwili już biegła, aż zniknęła.
*Nie chciałam zostawiać was z sytuacją "zróbcie sobie co chcecie", ale wycofuję Finn z gry.*
Walkę kończy jedynie śmierć.

Błotniste wybrzeże

#47
Wygięte kąciki warg, tworzące do tej pory nieprzyjemną, odpychającą karykaturę uśmiechu, uniosły się jeszcze wyżej, a nieco już pożółkłe zębiska błysnęły. Swoim zachowaniem nie miał na celu zniechęcenia do siebie nieznajomych, ale stan, w jakim się znajdował nieco utrudniał mu sprawienie dobrego, pierwszego wrażenia. Poważnie potrzebował snu, a aktualnie musiał się zmuszać do zachowywania pełni świadomości, gdyż los na ich drodze postanowił postawić dwoje przybyszów, którzy najwyraźniej chcieli się do nich dołączyć. Ale kto będzie czerpał z tego większe korzyści - osłabiony, niezdolny do poważnych bojów Maelvius oraz towarzyszący mu, niedawno poznany Sylvan czy oni - ufający sobie, znajdujący się w znacznie lepszym stanie fizycznym, obeznani w terenie? Myśląc o tym, jedna z wyimaginowanych rudych brwi podjechała do góry, a srebrniki błysnęły demonicznie.
Czekając na odpowiedź jednego z nich, Płomień pozwolił sobie na dokonanie lepszych oględzin podróżników. Srebrzyste spojrzenie wodziło powoli po ich sylwetkach, niby doszukując się wszystkich walorów oraz defektów w ich ciałach. Oceniał możliwości, siłę, sprawność, jakby chciał ich wycenić i wystawić na sprzedaż. Dodatkowo wcale się z tym nie krył. Jego oblicze pozostawało nieodgadnięte, brzydki uśmiech już dawno z niego spełznął, a błyszczące ślepia nie wyrażały niczego. W żaden sposób nie zdradził, jakie oceny przydzielił każdemu z nich. Usłyszawszy słowa, lekko się wzdrygnął, jakby został wyrwany z pewnego transu. Cierpliwie wysłuchał wymianę zdań, po czym poruszył się z okupowanego przez siebie miejsca. Długa kita przecięła ze świstem powietrze, uszy drgnęły, a przednie łapy powędrowały do przodu, pozwalając ich właścicielowi wyciągnąć kręgosłup, czemu towarzyszyło nieprzyjemne chrupnięcie. Zakończywszy ten rytuał, powrócił do wcześniejszej pozycji i prędko omiótłszy pyski zebranych, powoli ruszył przed siebie. - Nie ma na co czekać. - Odparł od niechcenia, nie odrywając wzroku od przebywających w okolicy wilków. - Idźmy wziąć, co nasze. - Dokończył beznamiętnie, a kolejno skierował się ku górom.

/zt

Błotniste wybrzeże

#48
Wydawało się, że już wszystko postanowione, a nowa grupa ich zaakceptowała. Co prawda do tej pory nie otrzymali żadnego jednoznacznego potwierdzenia od któregokolwiek z czworonogów, lecz dało się wyczuć, iż atmosfera wyraźnie się rozluźniła. Oczywiście, sam Maelvius był niezwykle rad z takiego obrotu spraw, zdając sobie sprawę z tego, iż towarzystwo innych wilków wiąże się z większym bezpieczeństwem. Chaotyczny plan, który powstał wówczas w oazie, odległa wizja jego na czele watahy teraz rozpadł się na milion kawałków, pod naciskiem niczego innego, jak zdrowego rozsądku. Nagle owa wizja wydała mu się nieskończenie wręcz głupia. Czy jakikolwiek zdrowy na umyśle wilk zgodziłby się uznać władzę kogoś w tak kiepskiej kondycji, w jakiej on był teraz? Powinien raczej wyrzec się ambicji, skupiając się przede wszystkim na odzyskaniu pełni sił. Bez tego każdy dzień mógłby skończyć się tragicznie, jeżeli los z jakiegoś powodu postawi na jego drodze niebezpieczeństwo.
W międzyczasie jedna z wader postanowiła najwyraźniej oddalić się od grupy, niepowstrzymywana przez nikogo. Czarny śledził przez pewien czas jej masywną sylwetkę, póki nie zniknęła między drzewami. Wówczas wrócił spojrzeniem do pozostałych, zatrzymując się chwilę na Sylvanie. Przemknęło mu przez myśl, iż Srebrzysty prawdopodobnie jest nieco zdziwiony, jak szybko Maelvius porzucił swe początkowe zamiary i mimo zdeklarowanej wcześniej niechęci do akceptowania narzuconych z góry zasad teraz zdecydował się na takowe posunięcie poprzez dołączenie do większej grupy, lecz szczerze mówiąc niezbyt go to obchodziło. Miał to do siebie, iż jego plany, mimo, iż pozornie dobrze przemyślane, często ulegały zmianom, gdy uznał, iż co innego może przynieść większą korzyść.
Po dłuższym milczeniu ognistofutry wilk kręcący się dotychczas wokół nich i najwyraźniej przyglądający się im zaproponował wreszcie ruszenie się z miejsca, na co basior zaraz z chęcią przystał. Zerknąwszy uprzednio na swych towarzyszy, po chwili zdecydował się podążyć za Płomieniem raczej nieśpiesznym, miarowym krokiem.

/zt.

Błotniste wybrzeże

#49
Dopiero kiedy inne osobniki przeniosły swoją uwagę na sunący w stronę zarośli kształt Sylvan skupił swój wzrok na Czarnej. Nie zdążył poznać jej imienia, nie dane mu było też dowiedzieć się dlaczego, ani też po co, Finnelyn zdecydowała się na oddalenie się. Odprowadził olbrzymią samicę swoimi srebrnozłotymi oczami. W tym czasie do ruszenia w drogę zdecydował się Rudy, a zaraz za nim podążył Maelvius. Sylvan nie widział sensu w dalszym pozostawaniu tutaj. Skoro mieli za chwilę przejąć ziemie dla swojej grupy - w tym jego grupy - to nie było na co czekać. Sylvan podążył za Maelviusem, pozostawiając w tyle las.

z.t.

Błotniste wybrzeże

#50
Dwa bliźniacze księżyce odprowadziły oddalającą się w milczeniu, masywną sylwetkę niegdyś bliskiej wadery. Kruczyca nie drgnęła nawet, patrząc, jak wojowniczka odchodzi, gdy zaś ta zniknęła zupełnie, Revirell straciła jakiekolwiek zainteresowanie jej personą. Cóż, nie przyda nam się tchórz w szeregach. Słowa tak niedawno wypowiedziane przez Finnelyn odbiły się echem w umyśle Czarnowłosej. Prychnęła bezgłośnie, w tej samej chwili ruszając wraz z nowo powstałą grupą w kierunku gór. Przyspieszyła nieznacznie, coby nie zostać w tyle i nieświadomie zadarła wyżej puszystą kitę, kołysząc nią od niechcenia z lewa na prawo i z powrotem. Zaskakujące, jak świat się zmieniał… Jak wiele niosła ze sobą jedna decyzja, ile znaczyło kilka słów… [z/t]

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

cron