Błotniste wybrzeże

#31
- Tak, brzmi dobrze. - zgodziła się nie wiedząc naprawdę na co takiego, już nie słyszała basiora dokładnie. Coś proponował, to i przytaknęła, ot co. Przeciągnęła się z pomrukiem, pod futrem zagrały lekko mięśnie, rysując się wyrazistymi kształtami pod hebanowym futrem. Nie miała ochoty się podnosić, ale i bała się opinii Jednookiego. Oczywiście, słowem o tym nie wspominała w myśli nawet. Powoli podniosła się, przerywając pieszczoty i postąpiła krok w tył, zadziwiona i chyba zawstydzona. Wyglądała zabawnie, wielka, potężna wojowniczka z miną zawstydzonej podlotki, co jeszcze potęgowały drapieżnie ostre rysy jej lica.
- Głodny? Ja chyba zapoluję, nie jadłam niczego porządniejszego już jakiś czas. - zmieniła temat, puszczając chwile słabości w niepamięć.
Walkę kończy jedynie śmierć.

Błotniste wybrzeże

#32
Dreptała do miejsca, które nie tak dawno temu opuściła, tym razem jednak w towarzystwie rudego basiora oraz podrostka. Drogę znalazła bez większych problemów, wszakże wystarczyło wrócić się po własnych śladach, wciąż bardzo wyraźnych i nienaruszonych żadnymi czynnikami. Krok miała jak zwykle pewny siebie, ogon zaś kołysał się w górze spokojnym, wręcz leniwym rytmem. Oczęta, rozświetlone od wewnątrz dziwnym błyskiem, uważnie przeczesywały teren, do momentu, aż w oddali zamajaczyła hebanowa sylwetka. Mała waderka przyspieszyła znacząco, świdrując wzrokiem wojowniczkę.
- Widzę, że już po wszystkim. – Rzuciła, znajdując się dostatecznie blisko. Nie, żeby coś sugerowała. Wcale. Na powitanie dźgnęła nosem bok Finnelyn, przy okazji smakując jej zapachu, nim posadziła zad na glebie. – To Płomyk. Może pamiętasz, szczeniakiem był, jeszcze za czasów mojego alfowania. Trochę wyrósł, tak jakby. A to drugie to… A nie wiem w sumie, Fąfel, czy jakoś tak. Jakby nie było, myślę, że w takim składzie mamy szansę zająć jakiś teren, o ile oczywiście twój partner zechce iść z nami. – Rozgadana i zaaferowana pędzącymi zdarzeniami, jakby przypadkowo określiła Dri takim, a nie innym mianem. Ot, wymsknęło jej się, czy coś. A może to było celowe?

Błotniste wybrzeże

#33
- Nie jestem Fąfel! - krzyknął gniewnie - Mam na imię Fuego! - Lekko zdenerwowany przycupnął między Revirell a Płomieniem. Jego oczy były lekko przymrużone i wpatrzone w Finnelyn. - A ty kim jesteś? - zapytał wilczycę. Nie oczekiwał odpowiedzi, gdyż wiedział, że nikt zwykłym podrostkiem się nie zainteresuje, ale chciał spróbować. Na jego pyszczku zagościł mały uśmiech, a ogon spokojnie spoczywał dotykając ziemi. Był ciekawy o czym mówiła Revirell, ale nie miał odwagi zapytać. Czyżby chcieli stworzyć watahę, której będzie członkiem? Było by to wspaniałe gdyż dzięki temu mógł by mieć rodzinę, albo przynajmniej dobrych znajomych. - W ogóle to po co tutaj przyszliśmy? - dodał po chwili namysłu - Macie jakieś konkretne plany? Przydam się na coś? - z jego pyszczka wypływały coraz to nowe pytania. Nie lubił żyć w niepewności i miał nadzieję, że zaraz ktoś mu wyjaśni co się dzieje. Jego złość szybko minęła i zmieniła się w ciekawość z nutką podejrzliwości. Chciał jak najszybciej wyniuchać o czym wilki gadają, by być chociaż trochę wtajemniczonym.

Błotniste wybrzeże

#34
Płomienia niezwykle nużyła niekończąca się podróż, którą zaserwowała mu jego przyszywana babka. Długi już czas nie miał okazji na zmrużenie oczu, a miarowe tempo nadawane przez Revirell oraz niezmieniający się krajobraz, dodatkowo potęgowały zmęczenie samca, powoli usypiając go, niby kołysząc i uciszając. Mimo słabego samopoczucia parł przed siebie, acz niechętnie uczestniczył w toczących się w międzyczasie rozmowach. Jego odpowiedzi pozostawiały wiele do życzenia, były zdawkowe i nieprecyzyjne, a dodatkowo w żaden sposób nie próbował podtrzymywać konwersacji, co mogło zniechęcić Kruczycę do dalszych pogawędek. Jednakże czarnofutra, jak to ona, niczym się nie przejmowała, a i on nie zadręczał się oraz nie kłopotał. Podróż minęła im całkiem przyjemnie.
Dotarłszy na miejsce, oblicze rudego nieznacznie wykrzywiło się, gdyż łapy nieprzyjemnie zanurzyły się w błotnistej mazi, którą wyściełane zostało podłoże. Shevayal prędko odzyskał świadomość i odsłoniwszy spomiędzy przymrużonych ślepi dwoje połyskujących księżyców, powoli omiótł okolicę, zatrzymując się na stojących nieopodal sylwetkach. Pobieżnie ocenił ich stan i możliwości, jednocześnie poszukując w pamięci wspomnienia dotyczące osobników, z którym przyjdzie mu żyć we względnej zgodzie. Basiora nie kojarzył, jednakże nie miał pewności co do wadery. Nie zastanawiał się nad tym długo. Po przedstawieniu go skinął ku niej pyskiem, po czym obrzucił jednookiego dość natarczywym spojrzeniem. Widać było, iż nie miał z tym żadnego problemu, najzwyklej w świecie patrzył na niego, nie zważając czy źle się z tym czuje, czy nie. Wzmianka o Fąfelu nawet go nieco rozbawiła, ale nie okazał tego. Usłyszawszy Fuego, zerknął w jego kierunku. - Żeby stworzyć stado. - Odpowiedział beznamiętnie, po czym dodał. - Jeśli chcesz, możesz dołączyć. - Zakończywszy wypowiedzi, nieco dłużej zatrzymał srebrniki na wielobarwnym, po czym powrócił do zgromadzenia. - Proponuję osiedlić się w górach lub w ich okolicach.

Błotniste wybrzeże

#35
Była jak na wilczycę ogromna, wyższa od kilku samców na pewno, wielkości raczej porządnie zbudowanego basiora. Umięśniona, ale wysmukła, urodzona wojowniczka, poruszała się z tą hipnotyzują giętkością, jakby cały czas czaiła się na ofiarę. Rysy lica miała ostre, co czyniło ją bardzo piękną, albo okrutnie szkaradną. Jej postawa sugerowała że jest pewna siebie, lecz nie nadto dominująca, nie chciała przewodzić. Wolałaby pełnić swoją rolę, walczyć i zabijać. Wyglądała tak, jakby była do tego stworzona. Obróciła kształtny łeb w stronę Fuego, przenosząc na niego spojrzenie różnobarwnych oczu.
- Finnelyn. - głos wyróżniał ją spośród wszystkich wader, był aksamitny i niesamowicie zmysłowy. - Mój partner zechce? - zabrzmiała jeszcze przyjemniej, lecz Jednooki już odchodził. Wybuchnęła za nim paskudnym, drwiącym śmiechem, ale nie poniżyła się na tyle żeby za nim biec. Nie będzie błagać, prosić, żałować. Sam wybrał, czemu? Nie chciała o tym myśleć, jedyne co czuła to czystą pogardę, nawet nie wściekłość.
- Cóż, nie przyda nam się tchórz w szeregach. - zamruczała wciąż rozbawieniem maskując ból. Była doskonałą aktorką, nikt poza Rell, która dobrze już ją znała nie mógł odgadnąć jak czuła się naprawdę.
Walkę kończy jedynie śmierć.

Błotniste wybrzeże

#36
Srebrzysty szedł przed siebie, jego łapy pracowały miarowo i rytmicznie, wyćwiczone stałym truchtem mięśnie nie odczuwały od tego tempa zmęczenia. Przeciwnie, mógłby tak iść i iść całymi godzinami. Zanim ostatecznie opuścił pustynię jego futro zdążyło jeszcze nieco podeschnąć, choć wciąż było jeszcze nieco mokrawe i dalej trąciło zapachem wilgoci. Nie było jednak na tyle mokre, aby wprawiać go w dreszcze i przeszywać zimnem aż do ukrytej pod gęstym włosiem skóry. Oddech wprawdzie sprawiał mu nieco kłopotu, jakby w kufie zaległ mu katar, przeszkadzając w pracującym bez wytchnienia nosie. Miał jednak nadzieję, że będzie to tylko przejściowy problem i ewentualne wdychanie jakichś ziołowych zapaszków pomoże mu przegnać to niemiłe uczucie.
Wraz z postępem podróży otoczenie zmieniło się diametralnie. Suchy piach ustąpił najpierw wilgotnawej glebie, aż i ona się skończyła, robiąc miejsce podmokłym leśnym plątaninom drzew i niższych roślin. Gdzieś w oddali słychać było rzekę, a być może i wodospad. Jednocześnie Sylvan świadom był podążającego gdzieś u jego boku, raz przed nim, a raz za nim, Maelviusa. Obecność ta dodawała mu odwagi, a może i brawury, bo basior czasem przecież zdawał się nie mieć wyczucia sytuacji, co już raz udowodnił w rozmowie z Czarnofutrym.
Po jakimś czasie, kiedy basior zagłębił się dość mocno w roślinność, na granicy słuchu począł słyszeć głosy należące do kilku obcych czworonogów. Sylvan postawił mimowolnie wręcz uszy na sztorc, nasłuchując, zwalniając jednocześnie kroku. Nie był pewien jak zareagować w obliczu większej grupy, być może nawet bardziej zgranej i znającej się od dłuższego czasu. Z pewnością nie chciał wywrzeć na nich negatywnego wrażenia, ani tym bardziej ich rozjuszyć swoim pojawieniem się, ale czy mu się to uda?

Błotniste wybrzeże

#37
Czarnofutry podążał u jego boku niczym milczący cień, pojawiając się od czasu do czasu przed nim, by potem znowu pozostać na chwilę z tyłu. Mealvius nigdy nie należał do gadatliwych, tak i podczas ich wędrówki niemal nie wyrzekł ani słowa, nie licząc rzucanych od czasu do czasu krótkich, zdawkowych uwag głównie dotyczących zmian w krajobrazie bądź zarejestrowanych przez niego, nowych woni.
Na szczęście szybko opuścili oni piaszczyste pustkowie, wkraczając na żyźniejsze, porośnięte zieloną roślinnością tereny, przekształcające się z wolna w podmokły las. Wiatr szumiący w konarach drzew niósł ze sobą wilgoć od strony pobliskiej rzeki oraz zmieszane wonie ziół i rozmaitych zwierząt. Czarnemu wydawało się kilkukrotnie, iż wśród tej mieszaniny zamajaczył wilczy zapach, raz świeży, innym razem dosyć już zwietrzały. Definitywnie można było w tym gąszczu natknąć się na inne czworonogi, co jednocześnie cieszyło czarnofutrego, jak i wzbudzało niejako pewne obawy. Co, jeżeli zmierzali na teren jakiejś agresywnej watahy? Nie był gotów na walkę. Odniesione obrażenia, długotrwała głodówka i męcząca podróż wywarły znaczący, negatywny wpływ na tego niegdyś pełnego sił wilka. Co prawda miał przy boku Sylvana, lecz cóż mogłyby znaczyć dwa wilki przeciwko całemu stadu?
Ledwo o tym pomyślał, jego oblicze wyraźnie spochmurniało, granatowe ślepia na chwilę straciły blask, przyoblekając się ciemną chmurą niczym nocne niebo. Tak. Był osłabiony. Prawdopodobnie zbyt słaby, by móc przemierzać te ziemie samotnie. Zdecydowanie zbyt słaby, by przewodzić stadu. Jego plany, które zrodziły się tam, w oazie... prawdopodobnie będą musiały poczekać do czasu, aż odzyska siły.
Z trudem stłumił cisnący mu się do pyska warkot, pozwalając sobie jedynie na ciężkie westchnięcie. Po raz kolejny rozbudzona nieświadomie przez Sylvana ambicja spoczęła gdzieś na dnie jego serca i zapadła w płytki sen, a jej miejsce zajęły ostrożność i resztki zdrowego rozsądku. Nie mógł pozwolić sobie na nic głupiego. Nie mógł zginąć przez swoją nieostrożność...
Jednakże, gdzieś w głębi umysłu basiora wciąż nie tyle tliła się, co płonęła gorącym płomieniem świadomość, iż przychylne mu bóstwa i duchy nie pozwolą, by spotkała ich krzywda. Powinien im ufać, prawda? Już raz ustrzegły go od pewnej śmierci, teraz z pewnością również nie pozwolą by zginął.
Pogrążony we własnych myślach dopiero po chwili usłyszał dochodzące z niedaleka głosy, niemalże w tym samym momencie, gdy dostrzegł, że srebrzysty się zatrzymuje. Sam również zwolnił, by wreszcie przystanąć nieopodal Sylvana, przybierając niemalże identyczną do niego postawę, tak, iż mogłoby się wydawać, że jest bardziej jego cieniem, który z niewiadomych przyczyn przyjął bardziej materialną postać niż żywym wilkiem. Nie był w stanie dokładnie określić liczbę drapieżników znajdujących się przed nimi, lecz z pewnością było ich więcej niż dwójka. Nie było szans, by nie zostali wykryci, obcy lada moment powinni wyczuć ich zapach. Tak samo, jak jego towarzysz, nie chciał już na wstępie obcych do siebie zrazić, starał się więc nie wykazywać żadnych oznak ani strachu, ani agresji.

Błotniste wybrzeże

#38
- Aj, nie wzburzaj się już tak, Fą… Fuego. – Mruknęła, na moment przenosząc spojrzenie dwojga bliźniaczych księżycy ku wielobarwnemu podrostkowi. Wstała, nie kryjąc iskierek rozbawienia, kłębiących się na dnie białawych ocząt. Kąciki pyska drgnęły ledwie zauważalnie, na ułamek sekundy układając się w nikły uśmiech, nim Kruczyca nie odwróciła łba, na powrót wbijając oczęta w lico wojowniczki. Słowa wypowiedziane przez Płomyka wpadły jednym uchem, ledwie musnęły umysł i uleciały w eter, nie były wszakże skierowane bezpośrednio do niej. Sama zaś Revirell nieznacznie ściągnęła brwi, wargi wykrzywił grymas niezadowolenia. Och, bynajmniej nie dlatego, że Dri ostatecznie zrezygnował, tym samym osłabiając ich szeregi. Emocje, umiejętnie skrywane przez Finnelyn, uderzyły w nią z taką siłą, iż niemal usiadła i tylko wyćwiczona przez laty, stalowa wola utrzymała ją w pozycji stojącej. Błyskawicznie przywdziała długo szlifowaną maskę zobojętnienia, nie chcąc zdradzić uczuć towarzyszki. Przyjdzie jeszcze pora, aby o tym porozmawiały, póki co Różnooka musiała zadowolić się spojrzeniem skrywającym przeznaczoną tylko i wyłącznie dla niej wiadomość: Dasz radę. Hebanowa wstrzymała się od jakiegokolwiek komentarza.
Dosyć niezręczną sytuację przerwało pojawienie się dwóch osobników, a raczej ich woni, niesionej z wiatrem. Waderka minimalnie nastroszyła futro na wysokości barków i to idące pasmem wzdłuż kręgosłupa; puszysta kita uniosła się kilka centymetrów wyżej. Rev, chociaż była maleńka, wzrostem niewiele przerastająca półroczne szczenię, emanowała pewnością siebie, zaś dominująca postawa tylko potęgowała ten efekt. Wyglądało to równie komicznie, co dziwnie i niebezpiecznie. Wszakże musiała mieć podstawy ku temu, by zachowywać się w ten, a nie inny sposób. W tym wypadku mocnym fundamentem były wilki, od których odwróciła się niespiesznie, by leniwym krokiem ruszyć ku nieznajomym. Bez wahania, powoli kołysząc zadartą nad zadem kitą. Jeden krok. Drugi. Trzeci. Zatrzymała się w odległości dwóch metrów, lustrując sylwetki samców od stóp, aż po koniuszki uszu. Milczała, wręcz taksując wzrokiem nieznajomych, niby towar na wystawie. Nie wyglądali na takich, co to by chcieli przerobić ją na futro, zechciała więc sprawdzić ich odwagę. I cierpliwość. Iście chochliczy uśmiech zagościł na obliczu Jasnookiej, ogon przyspieszył chaotyczne ruchy, zdradzając ni to radość, ni to złość. Rell miała to do siebie, iż często wysyłała sprzeczne sygnały. Tak też było w tej chwili. Ledwie podniosła jedną z przednich łap, a już zataczała zacieśniające się okręgi wokół dwójki basiorów. Okrążyła ich kilkukrotnie, zanim zatrzymała się naprzeciw. Blisko. Bardzo blisko.
- Cześć. – Wypaliła ni z tego, ni z owego, dochodząc do wniosku, że wypadałoby się przywitać, skoro już zdeptała czyjąś przestrzeń osobistą. Z powodu marnego wzrostu musiała zadrzeć ku górze trójkątny łeb, coby móc wodzić wzrokiem od jaśniejszych, do ciemniejszych ślepi. Odczekała moment, dając przybyszom czas na reakcję, by następnie kontynuować wypowiedź. – Revirell. Szukacie czegoś? Kogoś?

Błotniste wybrzeże

#39
Oczywiście, niebawem ich zauważono. Nie, żeby Maelvius się tego nie spodziewał, dobrze wiedział, że wkrótce to nastąpi. Nie sposób było, by tamte wilki nie wyczuły zapachu samców, wiatr bowiem wiał w ich kierunku, niosąc ze sobą ich wonie. Oblicze czarnofutrego nieco spochmurniało, mięśnie wyraźnie się spięły, a sierść na karku lekko podniosła, gdy patrzył z wyczekiwaniem na trącane przez zbliżającego się wilka gałązki, zza których po upływie niecałej sekundy wyłoniła się smoliście czarna, drobnej budowy wadera.
Mealvius obserwował wszystkie jej ruchy, nie spuszczając ani na chwilę posępnych, granatowych ślepi z krążącej wokół, drobnej sylwetki. Dość osobliwe było jej zachowanie, musiał przyznać, lecz coś w pewnych siebie ruchach wilczycy czy też jakiś szczególny błysk w jej bladych niczym księżyc oczach wzmagało w nim dziwną pewność, iż nie chciałby jej się na wstępie narazić. Zwłaszcza, że miała ze sobą grupę innych drapieżników, które w razie potrzeby pewnie przyszłyby jej z pomocą, a on mógł liczyć jedynie na Sylvana.
Wreszcie zatrzymała się przed nimi, stanowczo za blisko, co jednocześnie wywołało w Maelviusie ukłucie złości, jak i swego rodzaju niepokój. Przez krótką chwilę odczuwał tak samo mocną ochotę na cofnięcie się o krok, jak i postąpienie do przodu, obnażając ostre zębiska. Jednakże nie uczynił ani jednego, ani drugiego. Uciszył kłębiące się w jego wnętrzu sprzeczne emocje, stłumił wrzącą mieszaninę niepokoju i gniewu, zanim wykipiała, rozlewając się po jego wnętrzu i odbijając na obliczu. Pozostał w miejscu niewzruszony, mrużąc jedynie nieco chmurne ślepia, które zaraz odnalazły zamknięty w oczach wadery księżycowy blask. Starał się przy tym, by to spojrzenie nie wyrażało niczego prócz niewielkiej dozy zaciekawienia. Żadnego strachu, żadnej złości. Nie chciał sprowokować nikogo do walki, sam bowiem w obecnych stanie miałby w niej marne szanse, lecz z drugiej strony nie miał zamiaru przed nikim się płaszczyć.
- Maelvius. A to Sylvan - odpowiedział, gdy wliczyca zdradziła im swe imię. Tym samym dał do zrozumienia srebrzystemu, żeby milczał. Sylvan już wcześniej udowodnił, iż daleko mu do ostrożności, a gdyby teraz wymknęłoby mu się o kilka słów za dużo, mógłby ich obydwu wpędzić w tarapaty. - Nie. Po prostu podróżujemy i trafiliśmy tu przypadkiem. - odpowiedział krotko na zadane wcześniej pytanie. Jego głos z pewnością nie należał do przyjemnych - od dawna nie używany, był teraz okropnie zachrypnięty, a wyprany z emocji chłodny, rzeczowy ton wcale nie pomagał. Z drugiej strony jednak idealnie pasował on do czarnofutrego, którego wychudzone, pokryte gdzieniegdzie szpetnymi bliznami ciało wznosiło się na długich, kościstych łapach, a osadzone pośrodku naznaczonego ostrymi rysami łba ślepia przypominające pochmurne, nocne niebo rzucały na świat ponure spojrzenia kogoś, kto cudem wymknął się z uścisku śmierci.

Błotniste wybrzeże

#40
Niby nieobecny, niby wycofany, a na pewno zmęczony, po swej ostatniej wypowiedzi nie rzekł ni słowa. Nie przejął się, że Revirell nie odpowiedziała na jego propozycję oraz nie zareagował na skrywane ze wszystkich sił emocje targające wojowniczą duszą Finnelyn. Obszar ten nie należał do zainteresowań basiora, a usypiany dziwacznym marazmem, który powolutku przejmował władzę nad jego ciałem, nie miał chęci na przypominanie wszystkim o swej obecności.
Sytuacja jednak uległa dość gwałtownej zmianie, gdy ledwo pracujący nos ostatkami sił wyczuł mocne wonie dwójki nieznajomych. Nie wiadomo kiedy przymknięte powieki uniosły się, a srebrniki błysnęły, rozświetlając zmęczone oblicze rudego. Bez zbędnego pośpiechu przekręcił łeb w kierunku źródła zapachów oraz postawił na sztorc za duże, iście psie uszy. Zwlekł się z okupowanego przez siebie skrawka ziemi, by następnie podążyć śladem babki. Ślamazarnie przecisnął się wśród wszędobylskich zarośli, zręcznie unikając wszystkich gałęzi, coby nie zranić skóry, by ostatecznie przystanąć przed nimi, nieco dalej niż Kruczyca. On nie bawił się w kręcenie kółeczek ani zbytnie naruszanie przestrzeni osobistej. Nie potrzebował tego w pokazywaniu swojej wyższości nad zwykłym, nic nieznaczącym wilkiem, który najprawdopodobniej niedługo gdzieś padnie i zeżrą go padlinożercy. Nie żeby mu to zachowanie przeszkadzało czy też gardził nim - tolerował to u czarnej, ale osobiście stosował inne "metody".
Maelvius i Sylvan mogli mu się teraz dokładnie przyjrzeć. Ogniste, odcinające się na tle przymierającego z chłodu lasu, futro było znacznie gładsze, bardziej błyszczące oraz dłuższe niż u przeciętnego przedstawiciela ich rasy. Kark znaczyło wiele blizn, przez co i w sierści występowały liczne ubytki, a pozostały na nim jedynie pojedyncze, sterczące kłaki, swym kształtem przywodzące na myśl kolce. Znacznie za długa kita wręcz zamiatała wszędobylskie liście, a wysoko zadarty pysk powodował, iż ciemniejsze, acz niezwykle podobne samicy, soczewki spoglądały na parę basiorów z góry. Dziwak, mieszaniec, zwykły pies, który ma czelność czuć się lepszy od pełnokrwistego wilka. W postawie Płomienia nic nie było wymuszone – chłodno lustrował przybyszy, a przy tym biła od niego niesamowicie silna aura pewności siebie, wyższości, dominacji.
Pozwolił Revirell grać pierwsze skrzypce, bowiem to ona miała sprawować pieczę nad kreująca się właśnie watahą, a i nie w jego gestii było prowadzenie zabaw, które na pewno niedługo miały się rozpocząć. Za długo i dobrze znał tę waderę, wiedział, iż można się po niej spodziewać wszystkiego. Prawdopodobnie była niezrównoważona psychicznie – tak samo, jak on. Już za młodu uczyła go braku poszanowania do zdrajców, a tym bardziej ich zwłok. W wieku zaledwie kilku miesięcy poznał anatomię ludzkich pupili, a to wszystko za sprawą patomorfologa Revirell. To doświadczenie zostawiło skazę na niestabilnym umyśle, a w przeciągu kolejnych lat pojawiały się kolejne i kolejne, by wreszcie uwolnić drugą jaźń.
Teraz stał przed podróżnikami i uważnie słuchał tego, co mają, a dokładniej – co jeden z nich miał do powiedzenia. Wysłuchawszy go, kąciki ciemnych warg podjechały ku górze. Zdał sobie sprawę, że granatowooki nie chciał, by jego towarzysz się odzywał. Jasne ślepia łypnęły na białego, by następnie powrócić do tego bardziej rozgadanego. - A jaki cel przyświeca waszej podróży? - Spytał dość uprzejmie, co niezwykle kontrastowało z jego demonicznym uśmieszkiem. Mimo wszystko, cała kreacja tej nietypowej postaci ze sobą współgrała, tworząc dziwną, nieładną, pozostawiającą nieprzyjemny posmak na podniebieniu mieszankę.

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron