Jamy wśród korzeni drzew

#161
Białolicy w oczekiwaniu na odpowiedź ze strony kruczego kamrata, po raz kolejny oddał się najgłębszym zakątkom tajemniczego i zarazem gargantuicznego umysłu, w którym od zawsze odnajdował swój azyl, jakim było jego własne królestwo zgłębionej już wiedzy oraz nabytego doświadczenia. Do czasu kiedy jego uwagę po raz kolejny i w dość niespodziewany sposób, przykuło wydarzenie w postaci powrotu jego ukochanej, ku której momentalnie zwrócił swoje surowe lico, na jakim nie można było dostrzec niczego po za wszechobecnym pustkowiem, ziemią pozbawioną dawno temu życia, ponurą i jakże złowieszczą. Jednakże ci którzy potrafili szukać, dostrzegać rzeczy nad wyraz malutkie, bardzo szybko mogli odnaleźć w błękitnej toni jego studni wieczności, zaklętą radość na widok szarej, która jako jedyna potrafiła prawdopodobnie go zrozumieć, dogłębnie pojąć jego prawdziwe jestestwo. Które w niedalekiej już przyszłości raz jeszcze miało wystawić ich uczucie oraz wszystkich tutaj zgromadzonych na próbę.
Chwilę później jego soczewkom ukazał się jakże bezmyślny bohater, sprawca całego ówczesnego zamieszania, ku któremu bynajmniej nie posłał tak cudnego spojrzenia jakim uraczył obdarować jego matkę, by tym samym w całkowitym milczeniu ze srogim obliczem, które jakby potrafiło zamrozić, już dawno uczyniłoby z niego lodowy posąg. Tym samym długo nie musiał wyczekiwać na sprawozdanie, które rychło w czas padło z pyska wojowniczki z jaką u boku walczył wraz z nieokrzesaną niegdyś hordą, dzięki czemu w ten oto specyficzny sposób zapadła mu w jego pamięci. Po czym raz jeszcze sam los zechciał go całkowicie zaskoczyć, grając w ich żywotach niewątpliwie pierwsze to skrzypce, aby w samym zaś wychowywaniu oraz domenie ojcostwa, udzielił się nikt inny jak ten który powinienem teraz skupić się na całkowicie innych aspektach, przy czym białofutry nie zamierzał mu przerywać choć miał ku temu przeogromną słabość. A kiedy ponownie nastała pośród nimi cisza, wreszcie przemówił z oddali w jakiej niewątpliwie w obecnej chwili się znalazł – Póki co to nie Ty decydujesz o jego losie. - Rzekł bardzo spokojnie, po tym kiedy dołączyła do niego szara, tuż po jej słowach, na które póki co bezpośrednio nie odpowiedział. Jednakże nie zamierzał ich puszczać mimochodem, więc postanowił prawdopodobnie nieco później, po tym wszystkim wrócić do tejże rozmowy, lecz w obecnej chwili całą swoją uwagę raczył skupić na młodzieniaszku, który jakieś argumenty zapewne posiadał na rzecz swojej obrony. I takie oto również raczył im wszystkim przedstawić, co spowodowało w szafirookim niemałą konsternację, nad tym w jaki to sposób powinien postrzegać swojego potomka, który zapewne odziedziczył po nim nieco inną perspektywę postrzegania otaczającego ich porządku wszechrzeczy, co zdążył zauważyć już znacznie wcześniej w czasie ich potyczki z furiackim rogaczem.
I kiedy białofutry postanowił wyrazić swój osąd, niespodziewanie który to już raz dzisiaj z rzędu ? Los postanowił po raz kolejny spłatać im figla w postaci wizyty nieznajomych mu person, które raczyły wtargnąć bez zapowiedzi na ich ziemie.

Jamy wśród korzeni drzew

#162
- Tak... coś mi się obiło o uszy. - odpowiedział błękitnookiej, przenosząc wzrok na zbliżającego się właśnie w ich stronę Poranka, który już po chwili odezwał się do siostry. Evrett jednak poświęcił więcej uwagi słowom Rhiamon. Kolejny nadnaturalny jeleń? Westchnął cicho przenosząc jasnożółte ślepia na przywódcę...Co było nie tak z rogaczami w tej krainie? Brązowy z uwagą śledził każdą reakcje Lotara zarówno na historię z wrzosowiska, jak i na słowa niepokornego białego szczenięcia, chcąc poprzez dokładną analizę, odgadnąć, co skrywało się za tą chłodną, kamienną maską opanowania. Nie zdążył jednak dojść do żadnych konkretnych wniosków, ponieważ na terenie przy norach znowu pojawił się ktoś obcy... obcy dla niego, bo najwyraźniej tamten znał niebieskooką waderę która przed kilkoma chwilami przedstawiła im relację ze spotkania z bóstwem.
Ta niezapowiedziana wizyta, jak mu się wydawało, skupiła na sobie uwagę wszystkich zebranych, więc on sam, nie mając tu zbyt wiele w tym momencie do roboty - doszedł bowiem do wniosku, że nie przyda się zbytnio ani przy problemie z Wrzosem, ani przy załatwieniu sprawy z gościem - postanowił pozwiedzać okoliczne tereny. Nie miał zamiaru odchodzić zbyt daleko, a przy okazji mógł także sprawdzić, czy nikt inny się tu gdzieś nie kręci ... chociaż to było raczej tylko pretekstem aby się trochę przejść, oraz ewentualnym usprawiedliwieniem, gdyby okazało się, że komuś się to nie spodoba. On sam jednak nie widział przeciwwskazań, sytuacja też wydawała się dogodna - rudy basior w końcu nie wyglądał groźnie, a tuż za nim dreptało wyraźnie przerażone szczenię. - W razie czego, poszedłem się przejść. - rzucił przyciszonym, nieco konspiracyjnym tonem do Echo, po czym licząc na to, że nikt nie zwróci na niego większej uwagi, zagłębił się w okoliczny las.
/zt
“If you don’t know exactly where you’re going, how will you know when you get there?”
~Steve Maraboli

Jamy wśród korzeni drzew

#163
Sharan mogła tylko patrzeć i mieć nadzieję na pozytywne rozwiązanie problemu. Martwiła ją surowa postawa Lotara, z jednej strony miał rację i zdrada powinna być ukarana, ale z drugiej.. No właśnie. Poranek, nie dość, że był mały i niedoświadczony, to był jej synem. Nie mogła pozwolić aby coś złego spotkało jej rodzinę, ale nie potrafiła znaleźć wyjścia z tej sytuacji. Mogła tylko mieć nadzieję, że Lotar zdecyduje się dać maluchowi jeszcze jedną szansę, albo wybierze łagodną karę z uwagi na jego młodość i fakt, żeto pierwszy taki jego wybryk w życiu.
Aby oderwać swój umysł od trujących myśli, z trudem zmusiła się do rozejrzenia po okolicy, trzymając głowę i nos tuż przy ziemi, badając obecne tu wonie. Spróbowała przypomnieć sobie co zawsze było jej oazą spokoju i pozwalało jej uspokoić skołatane myśli. Od dziecka było to zielarstwo i oglądanie roślin, toteż i tym razem skupiła się na rosnących wokół roślinach i ewentualnych przydatnych ziołach. W najgorszym razie przydadzą się do opatrzenia.. Nie, nie powinna o tym myśleć.
Kiedy dostrzegła krwawnik i melisę, spróbowała zebrać delikatne łodyżki z namaszczeniem, powiększając swoją niewielką kolekcję ziół. Będzie musiała wybrać się poza tereny swojej watahy, aby zdobyć więcej różnorodnych roślin kiedy tylko będzie miała taką możliwość. Potrzebowała oddechu i zmiany otoczenia, wszechobecne kłopoty zaczynały ją przytłaczać. Były jak czarna chmura nad horyzontem, która przysłania, zabija wszystkie słoneczne promienie.
Z chęcią zagłębiłaby się w zielarstwie ponownie, ale wokół nie dostrzegała już żadnych innych ziół, w tym celu powinna przejść się po okolicy, z chęcią pognałaby już teraz, ale nie czuła się na siłach. Łapy trzęsły się pod nią z powodu stresu i obaw o to, co się może zaraz stać, na dodatek była zmęczona nieplanowanym wypadem, pogonią i zaciąganiem tu z powrotem Poranka. Żeby zająć myśli czymś innym spojrzała na niedawno przybyłego rudego i przyprowadzone przez niego szczenię, najwidoczniej przerażone obecnością obcych. Spróbowałby je pocieszyć, gdyby sama nie była teraz tak roztrzęsiona i gdyby miała jakieś wyjaśnienie co do celów, w jakich przyszedł tu dawny wędrowiec i towarzysz Lotara z minionych lat.
Always keep your foes confused. If they are never certain who you are or what you want, they cannot know what you are like to do next. Sometimes the best way to baffle them is to make moves that have no purpose, or even seem to work against you.

Jamy wśród korzeni drzew

#164
Białofutry nazbyt długo nie zwlekał wyczekując na dalszy rozwój obecnej sytuacji w jakiej oni sami niewątpliwie chwilę temu się znaleźli, dostrzegając mimochodem w oddali odchodzącego basiora oraz zbłąkane jestestwo jego lubej, które najwyraźniej całkowicie osamotnione w tym całym chaosie, oddaliło się w głąb nieznanej czeluści. I choć szafirooki od zawsze uchodził w mniemaniu innych za zimną skałę, wyzbytą jakichkolwiek uczuć życia doczesnego, to w najgłębszej otchłani jego własnego jestestwa, skrywała się drobna iskierka, którą to niegdyś ktoś w nim rozpalił. Tym samym pozostawiając nowo przybyłych gości kruczemu kompanowi, czym prędzej swoją cielesną okowę zwrócił w stronę walczącej z własnymi demonami, damy jego serca. Jednakże zanim biały lupar zdążył znaleźć się tuż obok niej samej, w między czasie zdążył minąć winowajcę tego całego zamieszania, któremu po raz kolejny i być może po raz ostatni posłał tęgie spojrzenie po którym, jeżeli on sam od zawsze baczył na swoje bezpieczeństwo, to powinien dogłębnie przemyśleć to oraz owo, póki miał ku temu okazję – Coś cię trapi ? - Rzekł bardzo spokojnie na tyle na ile było to tylko możliwe, samemu nadal odzyskując wewnętrzną równowagę tuż po tym co ich dotychczas spotkało oraz nadal nawiedzało niczym jakaś klątwa, bądź sroga kara za coś, wobec czego byli bezpodstawnie oskarżeni. Po czym kiedy samemu zamilczał, dając ukochanej tyle czasu, ile tylko potrzebowała, zbliżył się na tyle aby poczuć wspólną bliskość z której to niegdyś tak wielce korzystali, napawając się ich wspólnym szczęściem, dając oparcie jakiego teraz poszukiwała, światło nadziei za którym mogła teraz podążyć, aby w tym rozszalałym szkwale odnaleźć bezpieczną drogę i zawitać do ich wspólnej niegdyś przystani.

Jamy wśród korzeni drzew

#165
Sharan była dalej pogrążona w swoich własnych, ciążących jej myślach, kiedy zbliżył się do niej jej ukochany. Malakai był jej ostoją, opoką i oazą spokoju i zdrowego rozsądku. Ona sama była roztrzęsiona, z jej własnego chłodnego podejścia i spokoju ostało się na razie niewiele. Wciąż nie mogła się otrząsnąć z wydarzeń na wrzosowisku, a organizm na dodatek ciągle był pod wpływem adrenaliny wyzwolonej podczas walki z rogaczem.
Kiedy Malakai zbliżył się do niej, ona położyła kufę na jego szyi wtulając się w białe, tak znajomo pachnące futro. Przez chwilę stała tak, milcząc, aż niechętnie przerwała kontakt i spojrzała w oczy Ducha, rozpoczynając ciche wyznanie, przeznaczone tylko dla jego jedynego na tym świecie.
- Ja.. nie wiem, co mam robić. Wcześniej.. Przedtem moja droga była jasna. Kiedy moje stado umarło, wiedziałam, że muszę się rozdzielić z braćmi i szukać lepszego życia gdzie indziej. Kiedy trafiłam do was, wiedziałam, że chcę zamieszkać z wilkami z Moenis. - rozpoczęła, zatapiając się we wspomnieniach minionych lat - Kiedy spotkałam Ciebie i poznałam bliżej.. Kiedy zobaczyłam Ciebie prawdziwego, nie miałam wątpliwości, że jesteś tym, z kim chcę spędzić życie. Kiedy Yggdrasil zaczął obumierać było dla mnie jasne, że musimy szukać innego domu. Teraz jednak... - zawahała się - Teraz nie wiem.
Wadera usiadła, kręcąc głową, spuszczając wzrok i kufę ku ziemi.
- Myślałam, że jestem dobrą matką, że rozumiem swoje dzieci, że zawsze je ochronię.. Ale nie rozumiem. Nie rozumiem Poranka, nie potrafię się z nim porozumieć. On chce odejść, Malakai'u. On chce opuścić watahę, obiecał jeleniowi jakąś pomoc, nie konsultował się wcześniej z Lotarem.. Nie wiem co robić. Jeśli Lotar chciałby ukarać go za zdradę, jeśli zechce go zabić.. Ja nie wiem, czy to zniosę. Nie wiem co robić. Nie umiem wybrać. - wyszeptała w końcu. Była w kropce, stojąc przed murem, którego nie umiała ani obalić, ani ominąć. - Ja.. Ja nie sprawdziłam się w roli matki. Nie rozumiem własnych dzieci, nie umiem ich postawić do pionu ani ochronić przed niebezpieczeństwem. To niewybaczalne.
Always keep your foes confused. If they are never certain who you are or what you want, they cannot know what you are like to do next. Sometimes the best way to baffle them is to make moves that have no purpose, or even seem to work against you.

Jamy wśród korzeni drzew

#166
Białofutry milczał niczym skała, wsłuchując się w słowa będące jakoby spowiedzią, na które jeszcze przez pewien czas nie odpowiedział. Czy był zatem tym na kogo od zarania dziejów wyglądał, bezdusznym głazem którego w żaden to sposób nic nie potrafiło poruszyć, a być może była to tylko najzwyklejsza iluzja, jaką już dawno temu w nim odkryła, tym samym obracając ją w całkowitą perzynę. Udając kogoś kim nigdy nie był, pragnąc oszukać samego siebie czy pozostałą resztę ?
Żadna noc nie może być aż tak czarna, żeby nigdzie nie można było odszukać choćby jednej gwiazdy. Pustynia też nie może być aż tak beznadziejna, żeby nie można było odkryć oazy. - I nastała owa chwila w jakiej orzekł stoickim tonem, aby tuż po tym minąć jej sylwetkę oraz rozsiąść się naprzeciwko jej spuszczonego lica, chwilę później kontynuując - Pogódź się z życiem, takim jakie ono jest. Zawsze gdzieś czeka jakaś mała radość. Istnieją kwiaty, które kwitną nawet w zimie. - Odrzekł ponownie, w pełni opanowanym i zarazem wyrozumiałym głosem, wydobywającym się wprost z najgłębszej czeluści jego jestestwa, po czym jak to mając w swoim zwyczaju, po raz wtóry zamilczał. Przyglądając się swojej ukochanej którą nad wyraz ponad wszystko inne miłował, aby subtelnie sięgnąć do niej swą łapą w stronę opuszczonej kufy, po czym najdelikatniej w świecie jak było to tylko możliwe wraz z całą zaklętą w tym przedsięwzięciu finezją, uniósł jej lico ku górze, gdzie miało spotkać się wraz z głębią szafirów, jego studniach wieczności w których tliło się największe spośród wszystkich innych uczuć oraz pragnień, doznanie jakim była jego miłość do niej – Bo jesteś. - Stanowczo zaczął, aby chwilę później kontynuować - Której matce udałoby się odchować tak wspaniałe pociechy pomimo tych wszystkich przeciwności losu, jakie niechybnie nas dosięgły ? - Jego lico nieznacznie się zbliżyło, aby poczuć na sobie wzajemnie ich wspólne tchnienie, będące filarem ich bliskości i zarazem wsparcia na które od zawsze mogła liczyć – To jego decyzja, wcześniej czy później będzie musiał takie oto podejmować, aby kroczyć własną ścieżką swojego życia, która nie zawsze musi być prosta. Jedynie co możemy uczynić, to wskazać mu właściwy kierunek. - Po czym zamilczał, a jego lico po raz kolejny powędrowało naprzód, aby zatrzymać się u celu, jakim był koniuszek jej nosa, który uraczył pogładzić swoim, cóż być może nie należało to do spontanicznego pocałunku w tej jakże romantycznej chwili, na jaki najwyraźniej on sam raczył się zdobyć, lecz zważając na potencjalnych gapiów musiało to wystarczyć, po czym wydobył się ostatni szmer z jego gardzieli – Nie pozwolę aby ktokolwiek lub cokolwiek skrzywdziło naszą rodzinę, włączając w to nawet samego Lotara

Jamy wśród korzeni drzew

#167
Nie miała okazji odpowiedzieć nic bratu, gdyż właśnie zaczęła się rozmowa Lotara. Echo z przestrachem wycofała się trochę, obserwując każde wydarzenie po kolei. A działo się dużo!
Wysłała Evretowi porozumiewawcze spojrzenie, gdy basior postanowił wybrać się na przechadzkę. Właściwie miała ochotę ruszyć za nim i odpocząć trochę od tych zawirowań rodzinnych, lecz samiec zniknął zanim podjęła ostateczną decyzję. Ach ten refleks... Gdyby tylko nie była taka bojaźliwa, osiągnęłaby w życiu o wiele więcej! I może do czegoś by się przydała...
Przysiadła gdzieś z boku, nie spuszczając z oczu przywódcy i nowych intruzów, spośród których przynajmniej jeden okazał się starym znajomym. Właściwie ze swoją brązowawą barwą futra wtapiała się w tłum, niemal nie oddychając i nie poruszając się. Wydawała się jakby się wyłączyła.
W rzeczywistości rozmyślała o pewnych sprawach, które ją dręczyły. Wrzosowy Poranek zdawał się, tak jak Gwiezdna Burza, uwielbiać Vasi, która jakiś czas temu zniknęła. Może gdyby samiczka wciąż tu była, Wrzos nie wpadłby na ten głupi pomysł z wspieraniem Jelenia? I co właściwie działo się z resztą rodziny? Pewien pomysł zapuścił korzenie w umyśle samiczki zdesperowanej, by ukryć go przed dorosłymi. Im by się nie spodobał... Jednak aby wprowadzić go w życie, musiała poczekać na odpowiedni moment! Nie chciała zawieść rodziców i zachować się tak samo jak brat, jej cel był zupełnie inny!
Obrazek


For my dreams I hold my life
For wishes I behold my night
The truth at the end of time
Losing faith makes a crime

Jamy wśród korzeni drzew

#168
Z cichym westchnieniem wysłuchał wpierw argumentów szczeniaka, potem zaś rozpaczliwych próśb Sharan. Przez kilka dłuższych chwil nic nie mówił, jedynie skinął krótko łbem w kierunku wadery, zaś jego srogie spojrzenie zdało się nieco złagodnieć. Cóż, fakt był taki, że skrzywdzenie młodego wcale nie leżało w jego intencji; akt ten nie przysporzyłby mu bowiem żadnej przyjemności. Jednakże nie ulegało wątpliwościom, iż gdyby sytuacja tego wymagała, Lotar bez większego wahania wyegzekwowałby wyrok.
Wnet jednak wzrok Przewodnika na powrót zionął chłodem, kiedy Malakai bez większych skrupułów postanowił zabrać głos w dyskusji. Zbyt pewny siebie, zbyt zuchwały głos... Zmrużywszy nieznacznie połyskujące złotem ślepia, samiec cierpliwie odczekał jeszcze kilka dłuższych chwil, nim ostatecznie przemówił stanowczo, wciąż ze szczenięciem w zasięgu łapy.
- Owszem, mi. To nie jest sprawa między ojcem a synem, ponieważ dotyczy całej watahy. Wrzosowy Poranek zadarł z siłami, które wcześniej groziły nam wszystkim i moim obowiązkiem jest podjęcie decyzji, co z nim teraz począć.
Mimo srogich słów, oblicze wilka pozostało spokojne i niewzruszone, choć w jego lśniących oczach dało się dostrzec iskierki determinacji. Zaraz potem umilkł jednak na moment, coby raz jeszcze zerknąć na stojącego przed nim szczeniaka. Młodzik co prawda miał swoje racje, lecz były one sprzeczne ze ścieżką, którą Lotar zamierzał poprowadzić stado. Jedzenie roślin, posługa i zależność od jakiegoś bożka... Nie, nie taki miałby być Przebłysk Jutra. Nawet gdyby kroczenie ową drogą okazało się wygodniejsze.
- Wrzosowy Poranek nie może tu zostać. - zawyrokował wreszcie, głosem wypranym z wszelkich emocji niczym zimny głaz. Spojrzenie jadowicie-żółtych ślepiów basiora wpite zostało w oblicza Sharan i Malakai'a, natomiast reszta ciała wilka nie drgnęła nawet o centymetr. Stał w miejscu jak kamienny posąg, nim ostatecznie uchylił nieznacznie wargi, by dodać spokojnie:
- Mam nadzieję, że rozumiecie moją decyzję. Jeżeli chcecie pożegnać się z synem, teraz jest czas. Potem Wrzosowy Poranek nie będzie miał już więcej wstępu na naszą ziemię.

Jamy wśród korzeni drzew

#169
Niebieskooka z wdzięcznością wysłuchała odpowiedzi Ducha na ogarniające ją coraz to większe wątpliwości. Nie czuła się pewna siebie w roli matki, było to pierwszy raz, kiedy musiała opiekować się kimś więcej niż samą sobą i ewentualnymi dorosłymi osobnikami z którymi wcześniej dzieliła stado. Opieka nad dziećmi była czymś zupełnie nowym dla niej, czego nie miała okazji nauczyć się ani podczas wędrówek, ani żyjąc wcześniej w rodzinnym stadzie. Musiała uczyć się na błędach, polegać na instynkcie i intuicji oraz radach i pomocy bliskich.
- Chciałabym, żeby zmienił zdanie i został.. Ale nie mam chyba prawa go do tego zmuszać. Czemu teraz? Czemu nie mógł zaczekać, jest taki młody.. - odpowiedziała partnerowi na wzmiankę o synu. Owszem, Poranek musiał podejmować już własne decyzje i liczyć się z ich konsekwencjami, dla Sharan jednak wydawał się on jeszcze zbyt młody na tak ważne życiowe zmiany jak odejście od stada. Ona sama miała o wiele więcej lat kiedy odeszła.. Tylko czy te dwie sytuacje na pewno można ze sobą porównywać? Samica nie była pewna, nie wiedziała jak postąpić.
Chwilę potem jednak powietrze przeciął surowy głos Lotara, którego odpowiedzi tak bardzo niebieskooka się obawiała. Czy zdecyduje się wygnać małego? Czy po drodze ukaże go, albo co gorsza zdecyduje się wykonać wyrok śmierci? Basior miał uczulenie na zdrajców i wszelkie przewroty we władzy, z resztą czułaby się podobnie gdyby była w przeszłości zdetronizowana i wygnana.. Nie mogła winić go więc za zbytnią ostrożność i chęć dmuchania na zimne.
Wtedy stało się i umysł samicy ogarnęła dziwna pustka, kiedy samiec zadecydował o konieczności odejścia nałożonej na Wrzosowego Poranka. Nie wiedziała początkowo, czy powinna się cieszyć czy rozpaczać. Na drżących łapach postąpiła kilka kroków w stronę białego, spoglądając po drodze rozedrganym wzrokiem na Lotara. Nie była pewna co robić, jak postąpić.
Zdradził, ale może odejść. Ale zginie, jeśli wróci.
Bez słów wtuliła się w futro młodzieńca wciągając jego woń, zapamiętując, chłonąc ile mogła z tej chwili, jaką im dano. Pozwoliła uczynić to samo maluchom i reszcie wilków, choć nie skupiała się zbytnio na tym, co działo się wokół. Jej świat zwęził się tylko do Poranka, Lotara i Malakai'a.
Odczekała tak jakiś czas, po czym podniosła głowę i spojrzała ku ich przewodnikowi.
- Dziękuję.. To łaskawa decyzja, nie zapomnę tego - powiedziała do żółtookiego, starając się zdusić szalejące głęboko w sercu emocje. Nie była pewna co zrobią, jak dalej poradzą sobie jako rodzina, ale.. przecież będą mogli widzieć się poza granicami stada, będzie mogła dalej opiekować się szczenięciem, poza tym.. Przypomniała sobie słowa Ve'nevri. Czy powinna ją znaleźć i poprosić o opiekę nad synem? Stara samica była jakimś przebłyskiem nadziei na bezpieczeństwo i ciągłą pieczę nad niesfornym wilczkiem.
- Chodźmy - szepnęła do Poranka, popychając go delikatnie w stronę granicy ich terenu. Chwila rozstania musiała niedługo nadejść, tą jednak chciałaby spędzić tylko ze swoimi najbliższymi, nie uwłaczając oczywiście innym wilkom z Przebłysku. Te chwile chciała przeznaczyć tylko dla siebie, syna i partnera, oraz reszty miotu, jeśli zechcą z nimi się z nim pożegnać.

z.t. + Poranek
Always keep your foes confused. If they are never certain who you are or what you want, they cannot know what you are like to do next. Sometimes the best way to baffle them is to make moves that have no purpose, or even seem to work against you.

Jamy wśród korzeni drzew

#170
Po wysłuchaniu słów jego lubej dotyczących aż nadto młodego wieku ich potomka, szafirooki czym prędzej raczył po raz kolejny udzielić kojącej odpowiedzi, lecz tym razem niewątpliwe ktoś postanowił mu przeszkodzić, zaciskając wokół ich jestestw prawdziwy arkan splecionych cierni. Zimny wyrok jaki padł z pyska kruczego kompana, był całkowicie tym czego białofutry nigdy przedtem się nie spodziewał, aby najpierw ku wielkiemu zaskoczeniu a później frustracji, przeobrażonej w wulkan jego gniewu, zwrócić swoje lodowe soczewki w stronę oblicza sędziego i równocześnie kata ~ Jak śmiesz ! Zapewne takie oto padłyby słowa gdyby niespodziewana odpowiedź jego ukochanej, która bądź co bądź zbiła nieco jego jestestwo z pantałyku, bo jakże taki werdykt można było potraktować łaskawie ?
Tym samym białofutry milczał niczym grób, nie żeby się obawiał konsekwencji za jego własne słowa czy nawet samej postury złotookiego basiora, którą w swoim osobistym mniemaniu uważał za nic wielkiego, w myśl swojego własnego dogmatu iż nie zwyciężało się tylko samą prostacką siłą, o czym niechybnie mogła niegdyś przekonać się Horda z jaką to wówczas zwyciężyli.
Jednakże w tym wszystkim, dostrzegł coś jeszcze z czym nie warto było jeszcze walczyć, rzucać bezmyślnego wyzwania tak jak to niegdyś uczynił przyjemność swojej przyrodniej siostrze, bo skoro jego syn pragnął odejść, to ciemnofutry wyświadczał mu tylko przysługę, która dla niego była dość ważnym sprawdzianem i zarazem lekcją, jakiej zapewne nigdy nie zapomni złotookiemu a być może nawet przenigdy nie wybaczy, po czym jego przenikliwe szafiry pognały w stronę pozostałych – Pod żadnym pozorem nigdzie się nie oddalajcie. - Odrzekł bardzo spokojnie, pomimo kotłującego się w nim wulkanu emocji, w stronę pociech pozostawionych samych sobie, aby chwilę później jego szafiry spoczęły na sylwetce rezolutnej córki – Echo miej na nich baczenie do czasu kiedy wrócimy. - Po czym zamilczał, udając się w stronę w którą wyruszyli wspólnie jego syn wraz z ukochaną.
~ zt ~

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron