Jamy wśród korzeni drzew

#151
Sharan powróciła w okolice ich przytulnej nory nie bez trudu, ponieważ po drodze rozglądała się ciągle wokół aby upewnić się, że żadna dziwna istota ich nie śledzi. Była też ponadprzeciętnie czujna, wciąż sprawdzając czy Poranek nie zdecyduje się ponownie czmychnąć jej sprzed nosa jak wcześniej, za co ciągle upominała się w duchu i beształa siebie - matka powinna być czujniejsza i umieć przewidzieć ruchy i decyzje swojego miotu.. Ale czy na pewno? Szara zaczynała coraz bardziej wątpić w to, że rozumiała pobudki swoich dzieci, a przynajmniej Wrzosowego Poranka. Mały wraz z wiekiem stawał się coraz bardziej inny, obcy, coraz mniej przewidywalny i niebieskooka nie potrafiła się do tych zmian przyzwyczaić. Przecież jeszcze kilka miesięcy temu był na tyle malutki i bezradny, że musiała go wszędzie nosić, delikatnie łapiąc go szczękami, albo karmić złapanym przez siebie pożywieniem, kiedy już odstawiła swój miot od mleka. Jak to się stało, że zmienił się aż tak bardzo przez te kilka miesięcy, kiedy urósł i przeprawili się z umierających ziem do Konkordii?
Czy to oznaczało, że nie znała własnych młodych i była złą matką? Myśli te nie pozwalały Sharan odetchnąć i nawiedzały ją coraz częściej. Miała nadzieję, że powrót do jam poprawi jakoś w cudowny sposób ich sytuację. Nie będzie już przynajmniej sama, tylko ponownie stanie u boku swojego partnera, który być może będzie wiedział co zrobić lepiej niż ona.
Nie wiedziała ile dokładnie czasu zajął jej, Porankowi i Rhiamon powrót, ale wydawało jej się, że spędzili lata na tym przeklętym wrzosowisku dając się omotać dziwnym słowom bóstwa. Tak, nie ważne ile tam byli, byli tam stanowczo zbyt długo. Kiedy trafili już do domu bezwiednie omiotła roztrzęsionym, zmartwionym minionymi wydarzeniami wzrokiem obecnych, skupiając się najdłużej na Lotarze i Malakai’u. Czuła po sobie jak wciąż drży z nerwów które nie do końca ją jeszcze opuściły, a które miała nadzieję schować aby jak najdłużej ukryć błędną decyzję syna.
Nie wiedziała co powie Lotarowi i jak obroni szczenię, więc zdecydowała się na razie nie zaczynać tematu. Nie miała pojęcia co może wypalić jej syn ani co może chcieć powiedzieć Rhiamon o ich nieszczęsnym wypadzie.
- Wróciliśmy - zakomunikowała tylko obecnym - Wszyscy są cali - dodała, choć co do Poranka wciąż nie była pewna. Coś się w nim zmieniło, ale nie umiała wskazać co.
Always keep your foes confused. If they are never certain who you are or what you want, they cannot know what you are like to do next. Sometimes the best way to baffle them is to make moves that have no purpose, or even seem to work against you.

Jamy wśród korzeni drzew

#152
Był tak zaabsorbowany badaniem wielobarwnych kwiatów porastających odciski kopyt jelenia, że dopiero po chwili zorientował się, iż słowa Echo, były skierowane właśnie do niego.
- Cześć mała. - odpowiedział jej pogodnie, kątem oka dostrzegając powracającego skądś Lotara. Rozejrzał się szybko, chcąc dowiedzieć się, czy przypadkiem nie przegapił jakiegoś istotnego wydarzenia lub polecenia skierowanego w swoją stronę. Nie był jednak w stanie tego jednoznacznie stwierdzić - Naresha zdążyła już odzyskać przytomność a nawet wstać, kruczy i białofutry wydawali się pogrążeni w rozmowie ... brakowało tylko Sharan i Rhiamon. Może poszły gdzieś razem z Przywódcą? Brązowy spojrzał jeszcze raz w stronę z której tamten niedawno przybył, ale nic nie wskazywało na to, że ktoś jeszcze zmierza w tą stronę. Hmm... no cóż - skierował swoje jasnożółte oczy na siedzące nieopodal szczenię - Całkiem dobrze. - odpowiedział, jednocześnie zastanawiając się, czym było spowodowane to pytanie. Czyżby wyglądał na tak nieszczęśliwego podczas tego co przed chwilą robił? Ta myśl wywołała u niego lekkie rozbawienie bo ... w sumie to było całkiem prawdopodobne, biorąc pod uwagę fakt, że musiał przyznać przed samym sobą, że nie wie czym była ta roślina. - Nie przegapiłem niczego ważnego, prawda? - zapytał dyskretnie, jeszcze raz zerkając w stronę Lotara. Korzystając z okazji chciał ją dopytać także gdzie podziały się dwie wadery, których brak przed chwilą zauważył, ale właśnie w tej chwili obie powróciły w okolice nory, wraz z Porankiem... no tak, jego nieobecność najwyraźniej mu umknęła.
“If you don’t know exactly where you’re going, how will you know when you get there?”
~Steve Maraboli

Jamy wśród korzeni drzew

#153
Kątem oka dostrzegła powracających członków rodziny. Rzuciła im zaniepokojone spojrzenie. Choć Sharan starała się coś ukryć, dla jej córki widoczne było, że coś trapi jej matkę. Mimo to, nie miała pojęcia, co się mogło wydarzyć, gdy Poranek odbiegł w nieznane. Sądziła, że matka nadal wzburzona jest jego wybrykiem.
Przeniosła wzrok z powrotem na Evretta. Odczuła ulgę, gdy reakcja samca okazała się pozytywna, co można było dostrzec w minimalnym rozluźnieniu mięśni. Wręcz uśmiechnęła się z lekkim rozbawieniem. Naśladując basiora również rzuciła wujkowi dyskretne spojrzenie. - Jeśli chodzi o tatę i wujka to niee.. takie tam rozmowy dorosłych. Ale nie zauważyłeś, co mój brat odwalił? Nie mam pojęcia, co mu strzeliło do łba. - Odpowiedziała. Z każdym słowem robiła się coraz bardziej pewna. Najwidoczniej zaczęła postrzegać Evretta bardziej jako nowego wujka niż nieznajomego.
Ponownie obrzuciła powracających członków stada spojrzeniem, starając się usłyszeć jakieś ewentualne padające z ich strony słowa, które mogłyby jej rozjaśnić sytuację.
Obrazek


For my dreams I hold my life
For wishes I behold my night
The truth at the end of time
Losing faith makes a crime

Jamy wśród korzeni drzew

#154
Mruknął leniwie, zbliżając się do obecnych tu wilków. Najwidoczniej powoli ogarnęli się po tej całej akcji z jeleniem. Która według niego i tak była głupia i zbędna.
- Szkoda że nie udało się znaleźć Vasi - Mruknął w przestrzeń, przypominając sobie nagle, że właściwie to był pierwotny cel z jakim znalazł się w Wrzosowisku. Nie było sensu mówić im nic więcej. Po co im ta wiedza, jak chciał ich zmienić, nie musiał im tego mówić. Szybko się jednak ogarnął potrząsając lekko łepkiem by po chwili wtulić sie lekko w matkę. Pewnie były to swojego rodzaju przeprosiny, za przykrość którą jej sprawił, nie trwało to jednak długo, gdy sie odsunął od niej i zamiast tego, ruszył w stronę siostry.
Jego pysk nie zdradzał nic szczególnego, właściwie, nie miał czego zdradzać bo Wrzosik na chwilę obecną, niczym się nie stresował. Jedynie zastanawiał się jak i kiedy powinien zacząć przekonywać wilki by nie były agresywne. Od kogo powinien zacząć. Od Sharan a może od którejś z sióstr?
- Hej Echo, wiesz może o czym wuj z ojcem gadają? - - Wyrwało się z jego mordki, gdy znalazł się wystarczająco blisko jasnej towarzyszki.

Jamy wśród korzeni drzew

#155
Rhiamon nie wykazywała żadnych uczuć. Po udanej próbie zaciągnięcia szczeniaka z powrotem usiadła na skraju i dała sobie czas, żeby wszystko przeanalizować.
Szczerze to nie miała ochoty opowiadać o tym co widziała, była za bardzo zmęczona po tylu zwrotach akcji, zostawiła tą przyjemność Sharan. A przynajmniej planowała.
Po dosłownie paru słowach wadera zamilkła.
To tyle? - pomyślała. - Słowem nie wspomnisz o tym co się stalo?
Rhiamon westchnęła. Skierowała zmęczone oczy na Lotara
- Biały szczeniak postanowił pobiec za swoim "przeznaczeniem" i udał się do twórcy tego dziwactwa które nas wcześniej atakowało. Był to jeszcze większy jeleń i emanował mocą, która była wstrząsająca na tyle, że łapy mi się trzęsły stojąc na przeciwko niego. Gadał jakieś bzdury i prawił morały, a szczeniak i jakaś inna wadera, która była już na miejscu poprzysięgli mu wierność i ten mianował je swoimi sługami. Nie mam pojęcia czy ten Jeleń nie siedzi mu teraz w głowie i każe mu robić misję zwiadowczą, ale z pewnością nie jest to ten sam szczeniak, który stąd uciekł. - po ostatnim słowie powoli położyła się na ziemi. Nie miała siły na kolejne przygody.

Jamy wśród korzeni drzew

#156
Podróż okazała się zdecydowanie dłuższa, niż początkowo ocenił. Musieli po drodze wykonywać krótkie postoje, zwłaszcza gdy wreszcie dotarli w okolice dolnego biegu rzeki – tutaj przerwa trwała zdecydowanie dłużej, coby napełnić spragniony organizm chłodną wodą. Płomień cały czas miał na uwadze stan i nastrój szczeniaka, jednak na to drugie nie miał zbyt dużego wpływu… Mimo tego starał mu się jakoś umilić wędrówkę, pokazując co ciekawsze zakamarki Konkordii, zwłaszcza na terenie obejmującym podnóże gór, gdyż te znał najlepiej. Nie naciskał jednak na rozmowę, nie chcąc zmuszać podrostka do czegokolwiek. I tak już wystarczył sam fakt, że ten podążał za nim, nie wiedząc nawet gdzie i po co, ale gdyby malec wykazałby chęć przeprowadzenia pogawędki – nie zbyłby go, a chętnie odpowiadał.
Minęły długie godziny, zanim dotarli do opisanego przez Oriona miejsca – ogromnej, wypełnionej wiekowymi drzewami puszczy, niemalże nienaznaczonej bytnością drapieżników. Pojedyncze, niedawno udeptane ścieżynki bezbłędnie prowadziły do głównego obozowiska watahy, której, według popielatego, miał przewodzić Lotar. Znany mu basior o kruczoczarnym włosiu przyprószonym bielą oraz złotych ślepiach. Wykonując kolejne kroki, Shevayal począł rozmyślać o tym mającym nastąpić po latach spotkaniu. Nieco martwił się reakcją samca na jego widok, zwłaszcza że zdążył już uformować kolejną sforę, a on nie był jej częścią, ponieważ za sprawką pewnego jegomościa opuścił gnijący Yggdrasil zdecydowanie szybciej, niż syn Rosemary oraz jego towarzysze.
W żaden sposób nie krył swej obecności – poruszał się typowym dla siebie miarowym, skocznym krokiem, nie przejmując się odgłosami, które temu towarzyszyły. Dostrzegłszy majaczące wśród gęstych zarośli sylwetki, przyspieszył, by po chwili wyłonić się i zdrętwieć. Zaklęty w posąg mieszaniec z szeroko otwartymi oczyma wpatrywał się w szarofutrą waderę.
Oho, zaczyna się. Wycharczał nieprzyjemny głos, niczym ostrze przecinając rozszalałe wstęgi myśli, walające się we wszystkie strony, obijając o siebie i ściany czaszki.
O dziwo, ta niewielka ingerencja Surkh’a zadziałała. Skamieniałe ciało rudego zaczęło mrowić, a po kilku uderzeniach serca wróciło do stanu przed niezrozumiałą utratą kontroli. Nie spodziewał się, że spotka tu swą bliską znajomą, a także dwoje wilków z zamku. – Rhiamon? – Wyrwało się z paszczęki Płomienia.
Zgromadzeni nie byli w stanie przypisać przyszywanemu synowi Voulke przynależności do którejkolwiek z watah oraz rozpoznać woni jakiegokolwiek ich członka. Pachniał ziemią, runem leśnym, korą drzew i krwią upolowanego niedawno zająca. Co więcej, jego futro nie wyglądało najpiękniej – okolice mordy i łapy pokrywały resztki zakrzepniętej posoki, a gdzieniegdzie we włosiu zalegały niewytrzepane grudki gleby.

Jamy wśród korzeni drzew

#157
Analizował słowa Malakai'a w absolutnej ciszy, czasem jedynie kiwając łbem w geście jako-takiej aprobaty. Przewodnik może i nie do końca podzielał zdanie Doradcy, ale nie mógł zaprzeczyć, iż miało ono sens. Pytanie tylko, czy cały ten plan byłby wykonalny? Pomijając już fakt, że negocjacje z istotą wyższą mogłyby stanowić czysto syzyfową pracę, ba, nawet przysporzyć im kolejnej dawki kłopotów, to jednak pozostawała jeszcze jedna, nad wyraz kluczowa kwestia... Mianowicie jak zamierzali w ogóle skontaktować się z tym... czymś?
Rozważania basiora przerwał nagły powrót wilczyc i szczeniaka. Lotar dłuższą chwilę śledził wzrokiem poczynania młodego, by ostatecznie zawiesić wzrok na dorosłych samicach.
Wtedy też ostre słowa Rhiamon wnet naparły szturmem na jego jestestwo, lecz mimo tej burzy oblicze Lotara pozostało chłodne i niezachwiane. Jedynie lśniące złotem ślepia zaiskrzyły nieznacznie, zawęziwszy swój rozmiar do dwóch wąskich szparek.
- Czy to prawda? - zapytał głosem zimnym jak głaz, choć wcale nie musiał czekać na odpowiedź; widok roztrzęsionej Sharan był wystarczającym dowodem na autentyczność niniejszego meldunku. W następstwie Przewodnik zgromił Wrzosa piorunującym spojrzeniem, niczym Meduza niemal pozbawiając samczyka władzy w kończynach.
- Jedynymi, którym powinieneś być wierny, są wilki tutaj obecne. Twoja alfa. Twoi rodzice. Twój dom. - przykazał surowo, postąpiwszy w kierunku wilczka ze dwa kroki - Jelenie zaś... Jelenie się zjada. Taki jest naturalny porządek świata.
Kolejne dwa kroki. A potem znowu dwa. Nie minęła dłuższa chwila, nim stał już nad szczenięciem, rzucając nań swój wyniosły cień. Oczy basiora błysnęły niby dwa słońca, kiedy tylko zatopiły w obliczu Wrzosa swe jadowite spojrzenie.
- A jednak... Zdaje się, że już podjąłeś decyzję. Błędną decyzję. Wpadłeś w bagno, z którego niełatwo się wydostać, mój drogi. - obwieścił ozięble, wciąż z przywdzianą maską nienagannego opanowania. Wilk wpatrywał się w młodzika kilka upiornie długich sekund, nim ostatecznie odwrócił wzrok, coby zerknąć przez ramię na Malakai'a:
- Twoja wizja spotkania z Jeleniem staje się chyba coraz bardziej realna... - westchnął niepocieszony, i obszedłszy szczenię dookoła, stanął tuż za nim, chcąc zarówno uniemożliwić mu ewentualną próbę ucieczki, jak i jednocześnie nawiązać kontakt wzrokowy ze znajdującymi się naprzeciwko rodzicami wilczka.
- Zdajecie sobie sprawę, dokąd to zmierza, prawda? Siłą rzeczy Wrzosowy Poranek odwrócił się od nas, swojego stada, i zamierzał obrać zupełnie inną drogę. Drogę, która z dobrem tej watahy nie miałaby nic wspólnego. - wygłosił, po czym zlustrował szybkim spojrzeniem czubek łba białofutrego samczyka.
- Jednakże... Jeżeli znajdziemy sposób, by to jakoś odkręcić... Być może wszyscy na tym skorzystamy. - oznajmił, odchyliwszy nieznacznie jedno z uszu ku tyłowi czaszki. Ciekawe... Czyżby Lotar był skłonny dać Wrzosikowi jeszcze jedną szansę? Może. Miał przecież do czynienia tylko ze szczenięciem, więc jako takie miało ono prawo do popełniania błędów. Aby jednak wilczek wyszedł z tego bez szwanku, trzeba byłoby spełnić dwa warunki: po pierwsze, młodzik musiałby z własnej woli powrócić na ścieżkę Przebłysku; po drugie zaś, należałoby to wszystko rozegrać tak, by nie ściągnąć na siebie gniewu bóstwa.
Rozmyślania te przerwało nadejście niezapowiedzianego gościa. Na widok intruza sierść na karku Lotara mimowolnie najeżyła się, zaś ogon instynktownie naprężył, jednak kiedy tylko samiec zorientował się, z kim miał do czynienia, napięcie w mięśniach ustąpiło. Znał go... Krótko, ale znał. Nie spodziewał się jednak, że jeszcze kiedykolwiek go ujrzy.
- Co tu robisz? - spytał natychmiast, ni to szczególnie uradowany, ni zły. Co prawda głos wilka wciąż pobrzmiewał niejakim chłodem, lecz było to uwarunkowane raczej zdarzeniami sprzed chwili niż faktycznie wrogim stosunkiem do przybysza. Niemniej jednak Lotar zachowywał czujność; osoba rudego basiora nigdy nie uderzała doń jako szczególnie godna zaufania.

Jamy wśród korzeni drzew

#158
Trudno powiedzieć by Inaria specjalnie rozmawiał, najwyżej dopytywał o poszczególne miejsca, które wydawały mu się zbyt charakterystyczne by po prostu przejść obok. Chociaż szli długo to nie narzekał. Był zbyt oczarowany złożonością miejsc, różnorodnością, bo w zasadzie nigdy poza lasem niczego nie widział. Nigdy nie był w pobliżu rzeki, ani gór, ani też nie widział tak rozległych terenów pozbawionych drzew. Też nigdy nie miał okazji widzieć tak dziwnych i wielkich drzew, innych niż sosny. Czasem na moment odbiegał od Płomienia, chcąc przyjrzeć się czemuś bliżej, ale to nie było ani daleko, ani długo, bo nie chciał się zgubić i stracić rudego wilka z oczu. Był niesamowicie ciekawy dokąd też się udają - szli tyle, że Inarię w końcu zaczęły boleć łapy, ale póki szedł wilk tak szedł i on, chociaż pod koniec wędrówki bardziej zwalniał niż z początku, a potem próbował nadganiać, czego żałował w kolejnych sekundach.
Nastój mu się zdecydowanie zmienił, kiedy zaszli na teren obcej watahy. Chociaż nie miał z początku pojęcia, ze tutaj są, to dało się w powietrzu czuć zarówno zmianę zapachów, jak też minimalnie odczuł zmianę nastroju rudego wilka. Po za tym, miał wrażenie, że ktoś tu jest. Cały czas. Dopiero potem, na miejscu, widząc obce wilki stanął za rudym wilkiem, trochę się chowając. Wyglądali strasznie.
Z tego też powodu zamknął jadaczkę i czekał, aż stanie się może jakiś cud, że go tutaj i teraz nie zjedzą. Rudy wilk zawsze mógł się wyprzeć Inarii, albo podać im jako zakąskę. Nastawił uszu i wyglądał wszystkich zgromadzonych tu wilków, chociaż najbardziej się skupiał rzecz jasna na Lotarze, bo pierwszy odezwał się do rudego wilka.

Jamy wśród korzeni drzew

#159
Gdy Rhiamon wybuchnęła, z oburzeniem w głosie informując wszystkich tu obecnych co zaszło, Wrzosik jedynie westchnął lekko, jakby ta całą panika go powoli nudziła.
- Nie musisz kłamać Rhiamon, by nas skłócić. Nikomu nie przysięgałem nigdy wierności a moja rozmowa z Jeleniem brzmiała inaczej i nie było tam przecież przysiąg. - Bo w sumie nie składał przysięgi wierności nikomu, jedynie odpowiedział potwierdzająco na pytanie Jelenia w którym nijak było o wierności. Jedynie o kilku zasadach których Wrzosik miał przestrzegać i o misji której znaczenie powoli zaczynał pojmować i którą zgodził się wypełniać.
Najwidoczniej jednak Wujek Lotar zaufał chwytliwym słowom Rhiamon i już z daleka zaczął prawić morały, przyciągając wzrok młodzika.
Wierność, dom, rodzina. Jakby tak na to spojrzeć to jego domem była stara kraina z wujkiem Yg, Rodziną Sharan, Malakai, rodzeństwo i oczywiście Wujek Lotar, jego alfą zaś? Nikt go nigdy nie pytał o zdanie, czy chciał należeć do watahy, czy chciał mieć jakąś alfę i czy pasuje mu takie życie, skąd więc pomysł, że takową personę uznawał?
Dobrze że wujek nie widział jego myśli, gdyby się dowiedział że przez Wrzosika nigdy nie był uznawany za alfe, to pewnie by się wściekł.
- Tu jest nasz dom, ale co jeśli to był dom innych istot którym go odebraliśmy zabijając je? Rozumiem czemu mówisz, że zjadanie jeleni to naturalny porządek świata ale co, jeśli da się inaczej? W sumie to nawet mogę potwierdzić że da się inaczej i to udowodnić, Wujku - Mruknął cicho, unosząc wzrok by spojrzeć na oblicze Lotara. Troszkę go śmieszyła ta cała sytuacja, ta cała nutka grozy, którą dostrzegał w wcześniejszych ruchach wujka, karcące spojrzenie i te słowa. Nie śmiał się jednak, wiedział co to szacunek i tak jak nie uznawał stylu życia swojej rodziny za słuszny, tak szanował ich, zasłużyli na to swoją siłą, mądrością i wiedzą. To właśnie sprawiło że w ciszy, jedynie lekko poruszając ogonem, wysłuchiwał słów Lotara, o spotkaniu z Jeleniem, o błędnej decyzji, nawet o szkodliwości jego akcji dla stada i odwróceniu tego, rozmyślając przez chwilę nad jego słowami. Słowami które były przepełnione niewiedzą. Niewiedzą na temat którego nie przekazał im jeleń. Nieświadomością.
- Mylisz się Wujku, nie zamierzam prosić jelenia o zjawienie się, byście mogli się z nim zobaczyć, nie znając waszych planów. On nie chce walki, a na razie mam wrażenie że to się właśnie stanie, jak go spotkacie. Mylisz się też że moja droga nie ma nic wspólnego z dobrej tej watahy. Jesteście moją rodziną, zawsze będę was wspierał, nawet jeśli byłbym członkiem innej watahy, a także, nawet jeśli bym nie rozmawiał z Jeleniem, i tak nigdy nie wspomógłbym was w walce czy łowach, to nie dla mnie. - Zaczął powoli, zastanawiając się chwilę nad każdym słowem, tak by nie urazić ani Lotara ani Jelenia. Szkoda że to była łatwiejsza część tego co miał do powiedzenia Wrzosik, trudniejsze dopiero miało nadejść.
- Jeleń mnie zmienił, już nie czuje tego pragnienia, zmuszającego mnie by pożywiać się zwierzętami, czuje też że nie jestem już taki słaby jak byłem wcześniej. Jeśli wszyscy byśmy poszli tą drogą, moglibyśmy żyć w zgodzie z bóstwem, nie krzywdząc nikogo, a nawet na tym zyskując. Jedyne czego chce od nas Jeleń, to to byśmy przestali zabijać inne żywe istoty. Wiem, to dziwne, nie chcemy pomrzeć z głodu, jednak Jeleń może rozwiązać ten problem. Nie czuje już głodu mięsa. Mogę przeżyć bez pożywiania się nim, jedząc inne rzeczy, których jest pod dostatkiem. Spytajcie Sharan i Rhiamon, same widziały na oczy, jak Jeleń pomógł Waderze która zgodziłą się iść tą drogą. Nie widziała nic, jednak on to zmienił. Znów zaczęła widzieć. On na prawdę nie jest zły - Tutaj spojrzał z lekką ciekawością na matkę. Czy zrozumie, że Wrzosowy mówił prawdę? że ta droga ma same korzyści? Trzeba przyznać że szczeniak właśnie na jej głos liczył, na jej poparcie. Na nią jedną mógł w pełni liczyć i to ona mogła pomóc mu przekonać innych, że ta droga nie jest taka zła.

Jamy wśród korzeni drzew

#160
Sharan miała nadzieję, że całość sprawy rozejdzie się po kościach, dając jej i reszcie rodziny więcej czasu na przemyślenie tego, co począć z Porankiem. Dalej nie pojmowała większości tego co zaszło i siłą rzeczy nie wiedziała co z tym zrobić ani co o tym myśleć. Czuła tylko napięcie i ewentualne zagrożenie, którego chciała za wszelką cenę uniknąć. Nie umiała jednak wybrać - dobro potomka, czy dobro watahy? Jej oblicze było zamyślone, zmartwione wręcz przez wewnętrzne rozterki, jakie musiały się na jej pysku odmalować.
Kiedy Poranek opuścił ją i znazlazł się u boku swojego rodzeństwa, spadła na nich tyrada Rhiamon. Tak, do tego musiało dojść.. Rhiamon była bezstronna i miała słuszność zdradzając to, co Poranek chciał na siłę ukryć a ona próbowała przemilczeć albo poruszyć prywatnie, po uprzednim zastanowieniu się co z tym począć.
Była na tyle skupiona na rozważaniach, że nie zauważyła nawet przybycia Rudego wraz z małym szczenięciem, które wyglądało na iście przerażone. Nic dziwnego, maluch był najmłodszy z całego towarzystwa i był otoczony praktycznie samymi obcymi wilkami. Nie zastanawiała się nad ich pojawieniem się dłużej, zamiast tego podeszła do Malakai'a, starając się u niego znaleźć choć odrobinę pociechy i dobrą radę co powinni począć dalej z niesfornym młodzieńcem.
- Poradź coś - wyszeptała do Ducha - Mnie nie słucha.. Nie umiem mu przemówić do rozsądku. Jest jeszcze mały i głupi, nie ma pojęcia jakie mogą być skutki niektórych działań.. - zdążyła tylko powiedzieć, zanim nie nastąpił lodowato poważny monolog Lotara. Basior miał rację, ale przeszedł ją aż dreszcz na myśl o tym, jak złotooki mógłby chcieć wykorzystać czyn Poranka. Na odpowiedź, która padła z ust szczenięcia też nie wiedziała co powinna odpowiedzieć. Owszem, widziała tą waderę, ale nie znała jej, ani tym bardziej nie mogła potwierdzić ani zaprzeczyć wyjaśnień wilczka.
- Ja.. nie wiem co się stało. Widziałam tylko starszą waderę, nie umiem powiedzieć czy takie zdarzenie miało miejsce. Nie pamiętam, żeby wspominała o jakimś cudownym uleczeniu. - zdecydowała się w końcu powiedzieć, komentując niejako słowa młodzika. Nie chciała mu zaprzeczać, ale nie mogła też nic z tego potwierdzić, zwyczajnie jej wiedza na to nie pozwalała.
- Lotarze.. Proszę, daruj mu i nie rób krzywdy, jest młody - powiedziała cicho do przywódcy, próbując jakoś załagodzić sytuację.
Always keep your foes confused. If they are never certain who you are or what you want, they cannot know what you are like to do next. Sometimes the best way to baffle them is to make moves that have no purpose, or even seem to work against you.

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron