Jamy wśród korzeni drzew

#171
Długi czas zajęło mu otrząśnięcie się z szoku, którego uświadczył wraz z dostrzeżeniem starej znajomej. Dwukolorowe, szeroko rozwarte oczęta przyglądały się szarofutrej postaci, wpierw z ogromnym niedowierzaniem, później z zainteresowaniem i troską. Szafiry zdobiące lico wojowniczki zwróciły szczególną uwagę samca, który to skupił się na nich na samym końcu wykonywanych przez siebie „oględzin”. Zdawać by się mogło, że poszukuje w ciemnych, morskich głębinach dawnego blasku, pojedynczego promyczka świadczącego o dobrym stanie, a może życiu lub nawet istnieniu Rhiamon. Płomieniowi nie chciało się wierzyć, iż doszło do tego spotkania, wieki temu porzucił myśli na temat swych bliskich z poprzedniego domu, gdyż kreujące się w jego umyśle obrazy nie dawały mu normalnie funkcjonować. Pomogła w tym twarda łapa i rady (a raczej – rozkazy) Surkh’a, skutecznie oddalając rudzielca od przeszłości, którą porzucił wraz z przedwczesnym opuszczeniem krainy chronionej przez wiekowy jesion. Krwistego irytowało to bezsensowne przywiązanie młodziana do znanych zaledwie rok czy dwa osobników, bo i czym były dlań pojedyncze lata? Niczym więcej niźli nic niewartym mrugnięcie wiekowych ślepi. Długowieczność pozwalała spoglądać na świat i prowadzone na nim żywoty z dużą dozą racjonalizmu, pozbawionego zbędnych emocji i uczuć. Pomimo paskudnego charakteru, bożek pełnił funkcję niejakiego kręgosłupa mieszańca, utrzymując rozchwiane, roztrzaskane na milion kawałeczków wnętrze w całości. Bo i na cóż przydałby mu się emocjonalny wrak będący właścicielem ciała, w którym został uwięziony? Co prawda, lubił smak i zapach krwi, również własnej, ale aż takim masochistą to on nie był…
Płomień początkowo nie zarejestrował skierowanych doń słów, głos Lotara zlał się z wypowiedziami innych osobników, a kolejno zaginął gdzieś w odmętach podświadomości. To ona sprawiła, iż pytanie rozbrzmiało na nowo, gdy Shevayal ocknął się, powracając do świata żywych. Lekko rozmytym, oddalonym ślepiom powróciła ostrość i światłość, a pysk przybrał neutralny wyraz. Niechętnie oderwał spojrzenie od byłej członkini Wędrowców, coby móc przenieść je na przywódcę nowej watahy, o której nie miał zbyt dużego pojęcia. Zbiorowisko wilków, które zdążyło się już rozejść, świadczyło o istnieniu takowej, a dostrzeżone kątem oka osobniki zdawały się znajome, ale ognisty poświęcił im za mało uwagi i czasu, by skojarzyć fakty łączące ich ze swą osobą. Każdy, kto znał wychowanka Voulke dłużej wiedział, iż cechuje go ogromna spostrzegawczość i niemalże prorocze przewidywanie kolejnych ruchów przeciwnika, co stanowiło ogromny atut. Oddalony myślami, ciałem wciąż pozostawał na terenach Przebłysku, rejestrując wymianę zdań podrostka, jego rodziców oraz syna Rosemary.
Nie przejmując się rozegranym tu przedstawieniem, bez chociażby najmniejszego słowa komentarza, po opuszczeniu tych stron przez zebranych odczekał chwilę, zanim postanowił zabrać głos. – Poszukuję schronienia. – Odparł powoli, spoglądając wprost w złote ślepia samca. – Szwędając się po lesie natrafiłem na tego podrostka – w tej chwili na moment zerknął na Inarię – i zabrałem go ze sobą, bo i cóż miałem uczynić? Zwłaszcza że w pobliżu znajdowała się niedźwiedzia nora. – Mówił spokojnie, acz z wyraźną nutką pewności w głosie. Nie kłamał, nie miał nawet na to najmniejszej ochoty, a i wiedział doskonale, że czarnofutry gotów byłby powalić go na miejscu, gdyby odkrył prawdziwe zamiary wysłannika Oriona. - Nie sądziłem, że kiedykolwiek – rzucił krótkie spojrzenie stojącej nieopodal Rhiamon – jeszcze was spotkam. – Skomentował po krótkiej chwili milczenia, ponownie skupiając się na rozmówcy. Obecność granatowookiej była dla niego miodem na obolałe serce, stanowiła dodatkowy powód do starań. Powierzone przez przywódcę zwiadowców zadanie aktualnie straciło na wadze. Chciał tu po prostu zostać.
Wokół Shevayala unosiła się delikatna, ledwo wyczuwalna aura radości.

Jamy wśród korzeni drzew

#172
Złociste ślepia Przewodnika powiodły w milczeniu za trójką odchodzących wilków, nie zmieniwszy swego położenia nawet wtedy, gdy osobniki te zniknęły w leśnej gęstwinie. Decyzja o wypędzeniu Wrzosika nie należała do najłatwiejszych, aczkolwiek Lotar całym sobą czuł, iż była ona decyzją właściwą. Szczenię, które oddaje cześć Jeleniowi, nie cieszyłoby się tu zbyt dużymi względami, zaś jego perspektywy na przyszłość byłyby mocno ograniczone.
Kruczofutry basior zapewne jeszcze długo spoglądałby na falujące zarośla, gdyby z rozmyślań nie wyrwałby go wnet głos Shevayala. Skierowawszy zatem powoli łeb w stronę rudzielca, Lotar wysłuchał cierpliwie wszystkiego, co ten miał do powiedzenia, by następnie zlustrować wzrokiem chowającego się z tyłu Inarię. Niedźwiedzia nora? No ładnie... Zdaje się, że młodzik miał wiele szczęścia, skoro zdołał uniknąć bezpośredniej konfrontacji z owym potężnym drapieżnikiem.
- W porządku - stwierdził wreszcie, przeniósłszy spojrzenie lśniących złotem ślepiów prosto w dwukolorowe oczęta Płomienia - Możecie zostać.
Zawyrokował spokojnie, tonem wyzbytym z jakichkolwiek charakterystycznych emocji. Nie obawiał się niczego ze strony rudego przybysza, nie miał przecież powodu. Choć gdyby znał prawdziwe motywy samca, zapewne rzuciłby się nań bez mrugnięcia okiem. Niemniej jednak obecność Shevayala wciąż w jakiś dziwny sposób przyprawiała Przewodnika o niemiły, lecz dziwnie znajomy ścisk w trzewiach. Podobnie zwykł się kiedyś czuć w obecności Revirell... Czy te dwa osobniki łączyło coś konkretnego? Na obecnym etapie Lotar nie był w stanie tego stwierdzić. Wiedział jednak, że Płomień miał w sobie coś nietypowego, kuriozalnego wręcz... Nie potrafił jednak zdefiniować, co. Strzęp szaleństwa? Niepoczytalność? Chore zapędy?
...A może podejrzenia te stawały się powoli cząstką osobowości samego Lotara?
Prychnąwszy w myślach, basior czym prędzej odgonił od siebie tę dziwną ideę. Niemniej jednak cała ta refleksja najwyraźniej wywarła nań pewien skutek, gdyż już w następnej chwili wargi samca uchyliły się lekko, coby wypowiedzieć jeszcze kilka słów:
- Shevayalu... Łączą nas więzy przeszłości. Zdobyłeś moje uznanie i szacunek dzięki bitwie, którą niegdyś stoczyliśmy razem. Jednakże... - zapauzował, uważnie wpijając wzrok w oblicze rozmówcy - ...potrzeba znacznie więcej, by zyskać moje zaufanie. I wyjątkowo niewiele, by je stracić.
Oznajmił spokojnie, choć spojrzenie wilka poczęło emanować lekkim chłodem. Przekaz był dosyć prosty - wszelkie 'dziwne', 'nienaturalne' zachowania nie będą tu tolerowane. Lotar nie zamierzał powtarzać błędu sprzed lat i zawierzyć komuś, kto miewa incydenty zamglenia samoświadomości. Choć w tym wypadku nie był do końca pewien, czy sprawa w przypadku Płomienia rzeczywiście tak się przedstawiała. Zbyt krótko go znał.

Jamy wśród korzeni drzew

#173
Z powagą wymalowaną na obliczu wysłuchał słów Lotara. Nie próbował wchodzić mu w słowo, cierpliwie przeczekał przerwy w wypowiedzi przywódcy Przebłysku Jutra, których najwyraźniej potrzebował na zebranie myśli. Niepewność złotookiego nie dziwiła Płomienia; zdawał sobie sprawę, iż dla wilków, które niezbyt dobrze go znały jest postacią kontrowersyjną, wywołującą sprzeczne emocje, pomijając już koneksje z równie nietypowymi personami... Nie miał mu tego za złe, mimika pyska rudzielca nie zdradzała żadnych negatywnych emocji.
W momencie wypowiedzenia przez syna Rosemary imienia nadanego mu przez Voulke, na ułamek sekundy zamarł, a oko, w którym zamknięty został pojedynczy promień słońca błysnęło. Lekkie otępienie szybko ustąpiło miejsca poprzedzającym ten stan opanowaniu i spokojowi. Powoli skinął łbem na znak, iż doskonale rozumie jego obawy i nie zamierza ich poddawać jakiejkolwiek dyskusji. - Dziękuję. - Odparł po chwili milczenia, spoglądając wprost w ślepia czarnego. W żaden sposób nie pokazywał po sobie chęci zdominowania rozmówcy, ale również w żaden sposób nie ujawniał przed nim oznak uległości. Ot, zachowywał się bardziej jak partner, niźli podwładny, co mogło delikatnie rozjuszyć Przewodnika. - Pozwól, że nie będę już dłużej marnował twojego czasu i się oddalę. - Podjął ponownie. Dwukolorowe kamyczki omiotły najbliższą okolicę w oczekiwaniu na udzielenie przez wilka odpowiedzi. Usłyszawszy ostatnie słowa, którymi Lotar pragnął się z nim podzielić oraz otrzymawszy pozwolenie, ruszył przed siebie, gdyż chciał zbadać zajmowane przez stado tereny.
Przed opuszczeniem ziem okalających jamę posłał Rhiamon zagadkowe, trudne do zdefiniowania spojrzenie. Kolejno zniknął wśród gęstych zarośli charakterystycznych dla puszczy.

/zt

Jamy wśród korzeni drzew

#174
Gwiezdna Burza długi czas nie mogła otrząsnąć się po upadku, który został spowodowany uderzeniem dziwnego jeleniowatego. Cicho pojękiwała i z trudem podejmowała próby wykonania jakichkolwiek ruchów.
Wraz z postępowaniem potyczki, odzyskiwała siły. Denerwował ją fakt, iż nie może pomóc swej rodzinie oraz Evrettowi, co potęgowało chęć zebrania resztek energii i rzucenia się w ferwor walki. Niestety, nie udało jej się. Opatrzona przez zatroskaną matkę poczuła się lepiej. Przez chwilę kręciła się wokół legowiska, zaglądała we wszystkie kąciki, przyjrzała się dziwacznym kwiatkom, skryła się w jamie, a kolejno z niej wyszła, zamachała ogonem. Z ciekawością przyjrzała się przybyszowi, którego futro mieniło się we wszystkich odcieniach ognia. Nie wysłuchała jednak tego, co miał do powiedzenia wujowi Lotarowi. Wykorzystując nieobecność rodziców oraz fakt, iż Przewodnik musi porozmawiać z nieznajomym dla niej wilkiem, opuściła tereny.

/zt
Rezerwuję wizerunek tego wilka.

Jamy wśród korzeni drzew

#175
Odprowadziwszy wzrokiem kolejno wychodzące wilki, Lotar omiótł szybkim spojrzeniem pozostawioną za nimi pustkę. Cóż, to chyba dobry moment, by pójść za ich przykładem i rozprostować odrobinę łapy. Ostatnio trochę się tu zasiedział... Promienie słoneczne poczęły już niknąć powoli za linią horyzontu, ustępując miejsca księżycowemu refleksowi, natomiast donośne za dnia ptactwo zaprzestało koncertowania. Las ogarniała stopniowo głucha cisza, kojąca zmysły i pobudzająca je zarazem. Jedynie chłodnawy, jesienny wiatr od czasu do czasu gwizdał w oddali, w pewnym momencie mierzwiąc zadziornie sierść basiora. Jak za dotykiem lodowatej dłoni, samiec wzdrygnął się nieznacznie, lecz ostatecznie jeden z kącików jego pyska powędrował ku górze, jakby w swego rodzaju znikomym uśmiechu.
Po kilku dłuższych chwilach Lotar opuścił wreszcie tereny jamy, idąc przed siebie w całkowitym milczeniu.

// zt

Jamy wśród korzeni drzew

#176
Powrót do okolicy nory nie zajął Sharan zbyt długo. Drogę znała bardzo dobrze, choć ostatnio była tu już sporą chwilę temu. Ostatni raz opuszczała to miejsce będąc zmuszoną do pożegnania jednego ze swoich synów.. To niesamowite jak bardzo w jej umyśle zmieniła się rola tego miejsca. Kiedy dopiero się tu osiedlali miała to być ich idylla, nowy start i bezpieczne miejsce, stanowiące początek czegoś dobrego. Ta nora miała symbolizować koniec ich tułaczki i problemów, rzeczywistość jednak szybko skonfrontowała ich z nowymi zmartwieniami i prędko okazało się, że wcale nie tak łatwo o spokojne, sielskie życie, nie ważne jak trudne było dla nich przetrwanie wcześniej. Ucieczka z ziem Spaczonych, ucieczka z krainy Yggdrasila, potem tułaczka przez spieczoną słońcem pustynię... Przedtem zaś jej własna samotna wędrówka poprzedzona ciągłą ucieczką jej coraz bardziej wątłego stada przed wpływem ludzi. Całe jej życie było wieczną ucieczką i Sharan zaczynało to męczyć, przytłaczać a nawet i demotywować. A może byli oni skazani na wieczny brak spokoju i musieli go budować zaledwie tyle, ile na daną chwilę się dało? Tylko jeśli tak, to czym sobie na to zasłużyli, gdzie zawinili?

Samica zaprowadziła Uranosa i niesioną w szczękach Nairnę do wejścia do nory, do której wilczki mogły wejść lub rozejrzeć się po okolicy. Nieopodal zdawało jej się, że czuje wonie innych członków rodziny i stada, ale wydawały się one być wątłe, jakby rozmyte. Lotara nigdzie nie było widać, a Malakai być może zdecydował się jeszcze pozostać na równinie? Tego nie była pewna, ale ufała mu. Biały nie potrzebował niczyjej opieki i umiał sobie radzić sam w sposób wzorowy. Mimo to jednak uwielbiała być blisko niemo i mimo samodzielności lupara uwielbiała otaczać go dodatkową opieką.

- Zostańcie tu - odezwała się do szczeniąt, po czym zlustrowała okolicę swoim wzrokiem - Ja muszę rozejrzeć się po okolicy. Postaram się niedługo wrócić.
Odszedłszy na kilkadziesiąt kroków od szczeniąt podjęła dość skomplikowane zadanie oznaczenia terenów stada swoją wonią. Czuła w jasny sposób, że ich woń w powietrzu zaczynała marnieć i osobniki z zewnątrz mogły teraz o wiele łatwiej przeniknąć na ich tereny, gdyż wonie członków Przebłysku były obecnie o wiele łatwiejsze do zignorowania, a nawet i przeoczenia.
Always keep your foes confused. If they are never certain who you are or what you want, they cannot know what you are like to do next. Sometimes the best way to baffle them is to make moves that have no purpose, or even seem to work against you.

Jamy wśród korzeni drzew

#177
Wadera szła od większego drzewa do kolejnego, ocierając się przy okazji o większe krzewy, starając się pozostawić na nich swoją woń. Nie była to czynność trudna, ale była żmudna. Waga jej była jednak na tyle duża, że warto było się namęczyć i wynudzić. Teren jam był sercem ich ziem, i to one powinny być najmocniej oznaczone i najlepiej chronione. Każdy kto by tu postawił łapę nie mógł mieć najmniejszych wątpliwości, iż ziemia ta jest zajęta, a jej właściciele nie zamierzają jej nikomu oddawać. Na każdym z drzew starała się zostawić jakiś ślad - czy to kępkę sierści, czy to ślady pazurów. O inne miejsca ocierała się aby pozostawić swoją woń albo skrapiała je uryną. Kiedy uznała, iż zabieg jest tu wykonany w sposób akceptowalny, skierowała się dalej, na szybki patrol ich ziem.

z.t.
Always keep your foes confused. If they are never certain who you are or what you want, they cannot know what you are like to do next. Sometimes the best way to baffle them is to make moves that have no purpose, or even seem to work against you.

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron