Złocisty las

#1
Źródło: blickpixel



Okoliczne drzewa i krzewy przybrały przyjemny, złoty kolor listowia, niezmienny w zależności od pór roku. Nawet trawy i skryte wśród nich zioła zżółkły, przywdziewając nietypowe barwy, co jednak nijak nie wpływa na ich rozwój, czy działanie. Ponoć las najpiękniej prezentuje się latem, gdy zachodzące słońce wyciąga świetliste macki ku roślinności i pieszcząc ją zachłannie, rozpala gorące, złociste refleksy. Bór zdaje się wtedy płonąć.



Rośliny: aloes, barwinek pospolity, lulek czarny, tymianek
Zwierzęta: dzik, jeleń, kuna, sarna, zając
Lokacja wymyślona przez Revirell.

Złocisty las

#2
Wreszcie las - pomyślała wilczyca i energicznie strzepnęła pył z sierści. Po dziurki w nosie miała tego ciągłego piachu. W sumie to w nosie też go miała. Wytrzepała się jeszcze raz i kichnęła na samo wspomnienie wydm, po czym rozejrzała się ciekawie, głęboko oddychając. Powietrze pachniało tu zupełnie inaczej, odmiennie nawet od lasów, którymi wędrowała. Było jak łyk lodowatej, źródlanej wody, szokujący na początku ale przyjemnie orzeźwiający. Zrobiła kilka ostrożnych kroków na przód, obserwują uważnie nowe otoczeniu. Było pusto, znaczy się tak jak pusty może być pełen życia las, czyli nie wyczuła w pobliżu zagrożenia. Miękki mech łaskotał spieczone łapy, wprawiając ją w radośniejszy nastrój. Ruszyła dziarskim kłusem przed siebie. Knieja tętniła życiem, ptaki świergotały beztrosko i co rusz jakaś żywa istota szeleściła w zaroślach. Nie uszła daleko gdy drogę przecięło jej stado saren. Tak naprawdę nie była głodna, wędrując pustynnym pustkowiem posiliła się na padlinie jakiegoś nieszczęsnego wędrowca, ale w porównaniu z jej obmierzłym smakiem, zapach świeżej zwierzyny drażnił nozdrza jakby wołał „zjedz mnie”. Ruszyła szalonym galopem za płowymi uciekinierami, próbując nadrobić chwile zawahania. Gnali zygzakiem między drzewami, paprocie i gałęzie biły ją po pysku i bokach. Dopiero po dłuższym momencie pościgu zorientowała się, że goni wiatr. Zdezorientowana zahamowała gwałtownie, rozglądając się, nic, ani śladu saren. Zrobiła kilka susów w prawo, powtórzyła ten manewr w przeciwnym kierunku i zatrzymała się ponownie, nasłuchując łamanych gałązek. Znów nic, ciszę przerywał jedynie radosny trel ptaków. Zaczęła węszyć, tropy różnych zwierząt były wszędzie, ale tego właściwego nigdzie nie czuła.
- No nie, znowu ?! – nie był to ani szczek ani skowyt, krzyk przypominał jazgot rozgoryczonego szczeniaka, któremu ktoś zabrał zabawkę. Tak niestety znowu, już nie raz ścigała białe zady i zawsze kończyło się tak samo. Zmęczyła się, nabiegła i musiała obejść się smakiem. Czujnie rozejrzała się po okolicy i dopiero teraz zauważyła, że drzewa nabrały innego koloru. Liście były złociste jak jesienią, musiała odbiec całkiem daleko od części boru w której zaczęła. W sumie to i tak była w obcym miejscu, co za różnica w zielonym, złotym czy czerwonym lesie, grunt, że słońce nie paliło i na pewno gdzieś w pobliżu musiała być woda, do jedzenia też coś w końcu znajdzie. Podobało jej się tu coraz bardziej.
Pozbywszy się negatywnych emocji po nieudanym pościgu, uniosła wysoko ogon, nastawiła uszu i ponowiła przerwany kłus w bliżej nie określonym kierunku. Truchtając tym razem natknęła się na samotnego koziołka, który popatrzył na nią bezczelnie, najwyraźniej zastanawiając się czy warto uciekać. Spojrzała w jego kierunku i warknęła
- Tym razem nie dam się nabrać ! – swoje zdanie podkreśliła kłapnięciem szczęk. Samczyk zastrzygł uszami i wrócił do bezczelnego przeżuwania liści, ignorując marną w jego mniemaniu, imitację drapieżnika. Wtedy do uszu obojga doszedł nieznaczny szelest. Rogacz szczeknął ostrzegawczo i puścił się histerycznym pędem. Sierść zjeżyła jej się na grzbiecie, usztywniła łapy, zadarła ogon i nastawiła uszu węsząc jednocześnie.
Śpiewak … - pierwsze i ostatnie spotkanie ze śpiewającymi nie było przyjemne, ujmując to najprościej chcieli ją oskórować. Od tamtej pory, ilekroć słyszała zew, przypominała jej się nienawiść w ich ślepiach i obnażone kły. Przestąpiła nerwowo z łapy na łapę, nie wiedząc co robić. Z jednej strony powinna się spokojnie oddalić puki mogła, nie znosiła uciekać i nie chciała tego robić tym razem, zbyt jej się spodobał tutejszy las. Jeżeli zeszła by z drogi obcemu, najprawdopodobniej nie spotkali by się, uniknęła by utarczki i ewentualnego przegonienia. Z drugiej jednak, samotna podróż doskwierała jej bardziej niż przypuszczała, w końcu dom opuściła właśnie dla tego wezwania, dla więzi, którą z nim odczuwała, a zamiast obietnicy niesionej wiatrem została okrutnie zaatakowana. To obudziło bunt. Zrobiła kolejny wdech, wietrząc intensywnie, czuła zapach kilku, chociaż był jeden. Najwyraźniej na jego sierści unosiła się woń innych, tak jak niegdyś na niej czuć było braci.
Do odważnych świat należy ! – na pewno był jeden, jeżeli ją zaatakuje, przetrzepie mu futro, a może się okaże, że nie będzie musiała … Zastygła w bezruchu czekając na rozwój sytuacji.

by Płomień

"... My compass has broken ... My past breathes down my neck ...
When winter descends if I try, can I find solid ground or am I just wasting time? "

Mark Jansen

Złocisty las

#3
Idąc w nie do końca znanym mu kierunku, Lotar wkrótce znalazł się na terenach Złocistego Lasu. Dziwne, poprzednim razem nie trafił do tego miejsca, mimo że obszedł okolicę dość dokładnie. Hm, najwyraźniej rozległa Puszcza kryła znacznie więcej niespodzianek, niż początkowo przypuszczał.
Uśmiechnąwszy się lekko na tę myśl, basior powiódł wzrokiem ku koronom drzew, gdzie zdawały się gościć nie liście, lecz czyste, połyskujące w słońcu złoto. Mimo że wraz z nadejściem jesieni widok takich odcieni zaliczał się raczej do stosunkowo powszechnych, tutejsza roślinność przyjęła dostrzegalnie szlachetniejsze barwy. Nie było tu miejsca na zbutwiały brąz czy wściekłą czerwień; jedynie różne tonacje pięknej żółci okaliły doszczętnie cały krajobraz.
Stąpając wytwornie po tym złocistym dywanie niczym we własnym królestwie, sielankę tę przerwał mu wkrótce tętent kopyt w oddali. Kruczy basior wnet przystanął, zaintrygowany, by już po kilku chwilach dostrzec spłoszone stadko saren, uciekające w popłochu przed... no właśnie, przed czym? Czyżby w okolicy znajdował się jakiś inny drapieżnik? Zmrużywszy nieznacznie błyszczące ślepia, Lotar po krótszej chwili namysłu ruszył w kierunku, z którego nadbiegły kopytne. Przez cały ten czas zachowywał ostrożność, niemniej jednak leżące na ziemi liście znacznie utrudniały bezgłośne przemieszczanie się. Miękkie opuszki łap niejako wyciszyły część ze stawianych kroków, lecz szelest, choćby i minimalny, pozostał nieunikniony.
Dotarłszy po kilku minutach do źródła całego zamieszania, samiec odczuł nieznaczną ulgę, kiedy jego oczom ukazał się pojedynczy osobnik, i to należący do tego samego gatunku. Jedynym, co mogło wzbudzić w Przewodniku lekką czujność, był fakt, iż obcy osobnik znajdował się niebezpiecznie blisko jego terytorium, aczkolwiek dopóki nieznajomy pozostawał poza granicą, dopóty powinien być bezpieczny. Zresztą... Nie warto niepokoić się samotnym wilkiem.
Tak właśnie rozmyślając, Lotar zza krzaka obserwował uważnie sylwetkę przybysza, gdy wnet zorientował się, iż jego obecność została przezeń wykryta. No nic, dalsze pozostawanie w ukryciu nie miało już zatem większego sensu. Wystąpiwszy pewnym, lecz niegwałtownym krokiem naprzód, basior skinął łbem w kierunku Ethnenn.
- Dzień dobry - przywitał się krótko, i dopiero z bliższej odległości dostrzegł, iż miał do czynienia z... samicą. Hm, poczuł się niejako zaskoczony, zważywszy na jej okazałą budowę.

Złocisty las

#4
Ani drgnęła, obserwując kierunek z którego wyczuła nieznajomego. Najwyraźniej też badał grunt, ponieważ wyraźnie czuła zapach, słyszała szmer ściółki, ale początkowo nic nie widziała. Dopiero po chwili mignęła jej czerń między złocistymi liśćmi. Zareagowała odruchowo, mimo iż umysł krzyczał, że przecież doskonale wie, że zapach jest inny, nie właściwy. Radośnie zamerdała ogonem kładąc uszy po sobie i uginając przednie łapy.
- Brat ! - radosne piśnięcie samo wyrwało się z gardła wilczycy. Wtedy ciemna sylwetka ukazała się w pełni. Kolor w większości się zgadzał, czarny niczym kruk, jak jej rodzina, ale tylko w większości, czerń miała niewielkie „skazy” bieli, po za tym obcy oczywiście nijak nie przypominał mastiffa.
- A jednak nie … - parsknęła złoszcząc się na swoją własną głupotę i trochę na czarnego wilka, że okazał się być kimś innym niż by chciała. Mięśnie znów się napięły, w niepewności uniosła przednią łapę i zadarła łeb do góry, bacznie obserwując kroki basiora, gotowa w każdej chwili do ewentualnej walki.
Obcy wyszedł dostojnie z zarośli, nie wyglądał wrogo, był czujny, ale nie wystraszony. Poruszał się jak przystało na zaprawionego w bojach drapieżnika, bez wahania, bez zbędnych ruchów. Zimne oczy w kolorze tutejszych liści oceniały sytuacje. Skojarzenie z ukochaną rodziną powróciło. Bracia zawsze roztaczali podobną aurę, pozornej obojętności, nie zależnie co by ich nie spotkało nie wzruszeni, spokojni jak toń jeziora, a tym samym śmiertelnie niebezpieczni. Niczym nie przypominał tych wyjących, srebrzystych siepaczy zza wydm. W każdej myślącej i mającej instynkt samozachowawczy istocie Lotar budził respekt, nie mówiąc o niepokoju. W osobliwej logice wilczycy, budził on zaufanie i wspomnienie rodzeństwa.
Czarny samiec zbliżył się na taktowną odległość i przywitał się. Lakoniczne pozdrowienie upewniło waderę w przekonaniu, że może się rozluźnić, przynajmniej na razie. Zamachała nieśmiało wciąż zadartym ogonem.
- Witaj, nazywam się Ethnenn, Eten będzie prościej - przedstawiła się z delikatnym uśmiechem wilczyca - Jesteś jednym z mieszkających tu śpiewających ? - ciekawił ją przybysz i okolica, która miała niespotykaną nigdzie indziej energię, ale na razie wolała zachować dystans. Jeśli miło wyglądający samiec miałby okazać się wrogiem, to dużo łatwiej jest się bronić, będąc na to przygotowanym. Może nie była łowcą kopytnych, ale nieprzystosowanym do życia idiotą też raczej nie.

by Płomień

"... My compass has broken ... My past breathes down my neck ...
When winter descends if I try, can I find solid ground or am I just wasting time? "

Mark Jansen

Złocisty las

#5
Brat? Jedno przypadkiem rzucone słowo, a sprawiło, że prawe ucho wilka zastrzygło czujnie, zaś skrzące złotem ślepia ścieśniły się do dwóch wąskich szparek. Czyżby nieznajoma spodziewała się nadejścia kogoś jeszcze? A może należała do tych nostalgicznych osób, które wciąż połowicznie tkwiły zanurzone w strumieniu przeszłości? Dość poważna była to słabość, lecz niezupełnie mu obca. Nawet teraz w umyśle samca mimowolnie zagościł obraz jego własnego brata, a raczej rozmyty zarys wilczej sylwetki, albowiem konkretnych rysów pyska basior nie potrafił już więcej przywołać. Zbyt wiele czasu minęło, odkąd widział go po raz ostatni...
- Lotar - odparł zdawkowo, wręcz nietypowo skromnie jak na swoją osobę. Cóż, ostatnio zdarzało mu się to coraz częściej... Być może powoli rozstawał się z dawną cząstką samego siebie? Lub zwyczajnie począł zdawać sobie sprawę z jałowości wcześniejszego postępowania; w Konkordii bowiem wszelkie jego niegdysiejsze tytuły nie niosły już z sobą większego znaczenia. Czy fakt ten stanowił jednak dostateczny powód, by pozostawić wszystko daleko w tyle, bez oglądania się za siebie?
Z tej dość niespodziewanej konsternacji wnet wyrwał Przewodnika dźwięczny głos nowo-poznanej wadery. Zmierzył ją wówczas zaskoczonym spojrzeniem, najwyraźniej nieco zbity z tropu.
- Śpie... Śpiewającym? Co to oznacza? - zagaił szczerze zaintrygowany. Jeszcze nigdy nie zetknął się z podobnym określeniem, a przeżył przecież wiele. Co więcej, szczerze wątpił, by Ethnenn chodziło o jego zdolności wokalne, które zresztą nie wyróżniały się niczym ponadprzeciętnym. Najbardziej rozśpiewanymi istotami, o jakich Lotar wiedział, to ptaki, które poszczycić mogły się nie tylko wszechbarwnością piór, lecz również głosów. Cóż, jednakże do takiego stworzenia samcowi wyglądem było daleko, o talencie nie wspominając... Jedynie nocne wycie niosło z sobą mistyczną wręcz melodię, lecz wilkowi nie przyszło na myśl, iż właśnie ta umiejętność mogła stanowić esencję owego tajemniczego słowa.

Złocisty las

#6
- Lotar … - powtórzyła wilczyca – miło cię poznać – zamerdała radośnie ogonem na potwierdzenie swoich słów, uśmiechając się szerzej. Wtedy padło pytanie Czarnego. Przekrzywiła łeb, skonsternowana jego zdziwieniem, gubiąc się na chwilę w rozmyślaniach. Czyżby się pomyliła ? Fakt, że nie słyszała pieśni odkąd opuściła dom, ale ten jegomość pachniał w podobny sposób jak spotkane wcześniej stado, wiadomo inaczej, ale podobnie. Gdy polowała, tropiła konkretną woń, ale mimo indywidualnych nut kot zawsze pachnie kotem, a niedźwiedź miśkiem, on upraszczając pachniał jak srebrni, musiał być pieśniarzem, ale najwyraźniej sam o tym nie wiedział, czy to było możliwe ? A może odwrotnie, może śpiewacy wcale nie śpiewali ! Może ci wyliniali szarzy, byli oszustami i jedynymi co zawodzili, mamiąc innych swoimi głosami ... ale przecież przez lata słyszała nocne wołanie i nie raz brzmienia zmieniały się, były inne niż te podczas pamiętnego polowania, czy mogła by być w takim błędzie ?
Początkowo burą najbardziej interesowało, czy Lotar tu mieszka by tym samym wybadać sytuację, czy region jest bezpieczny, ale istotne tematy zeszły na drugi plan, robiąc miejsce palącej ciekawości. Porzuciła wewnętrzny bezsensowny monolog, jeśli miała się dowiedzieć jak to po prawdzie jest z nocnymi bardami, to bezpośrednio od jednego z nich. Jej nos się nie mylił, tego była pewna. Resztę zaraz pozna, choćby miała zmusić tego tutaj do demonstracji swojego głosu. Samo zainteresowanie podsyciło szczere zaskoczenie basiora, gdy usłyszał miano jakim go określiła, co zupełnie nie pasowało do jego opanowania i wprawiło ją w jeszcze lepszy nastrój, zapomniała o początkowym dystansie, całkiem pochłonięta nową zagadką.
- Snujecie chórami pieśni o rodzinie i waszej więzi. Pojedynczo wołacie brakujących wam bliskich. Nawołujące do gonitwy po stepach i wśród drzew, wzywacie by stawić się na wspólne polowanie. Czasem nocami, gdy nikt nie odpowiada, po prostu opowiadacie o swojej samotności – emocjonalnie tłumaczyła wadera, by po chwili przejść w szept, zagalopowując się w rozważaniach – to przez to zwodnicze wezwanie dom zastawiłam za sobą – dodała bardziej do siebie patrząc gdzieś w bok, zmarszczywszy nos i odsłaniając zęby, jakby ugryzła osę. Odwróciła się z powrotem w jego kierunku z na powrót podekscytowaną miną.
- To jak, jesteś czy nie ? – zapytała, podchodząc do interesującego przybysza na odległość kufy, ze szczęśliwym błyskiem w oku, wciąż wachlując kitą, ale bynajmniej nie zmieniając bezczelnej postawy, jak nakazywała by wilcza etykieta. Cóż savoir-vivre zaliczał się do listy nie najmocniejszych stron wilczycy. Nie było to atutem całej jej przybranej rodziny, wśród pozostałych psów postrzegani byli bardziej jak barbarzyńcy niż towarzysze, zbyt bezpośredni i brutalni w swych zabawach. Skuteczni w polowaniu, ale nie dość delikatni w postępowaniu z mniejszymi od siebie, a mniejsi byli niestety wszyscy. Takie też zachowania przejęła i zupełnie bez złych intencji stosowała na biednym otoczeniu, wprawiając nieszczęsne czworonogi w osłupienie i niejednokrotnie obawę co jeszcze może rdzawej bestii wpaść do głowy. Rzeczona bestia zaś, zaaferowana z niecierpliwością oczekiwała odpowiedzi.

by Płomień

"... My compass has broken ... My past breathes down my neck ...
When winter descends if I try, can I find solid ground or am I just wasting time? "

Mark Jansen

Złocisty las

#7
Słuchał z uwagą barwnych wyjaśnień wadery, początkowo może nawet nieco urzeczony, lecz z każdym kolejnym wypowiadanym przez nią słowem, w basiorze narastało dziwne poczucie zagubienia i podejrzliwości. "Snujecie"? "Wołacie"? "Waszej więzi"...? Dlaczego Ethnenn, wilczyca, dokonywała takiego osobliwego podziału? Czyżby z jakiegoś powodu nie utożsamiała się z ich wspaniałym gatunkiem? Jeśli rzeczywiście tak wyglądała sytuacja, to za kogo się właściwie uważała?
Najwyraźniej część z tych pytań odmalowała się w jakiś sposób na licu Przewodnika, albowiem już w następnej chwili samica bez większych skrupułów dobiła do niego, zupełnie jakby chciała w ten sposób przerwać falę rozmyślań i skupić na sobie uwagę rozmówcy. Hm, albo zwyczajnie taką była osobą, Lotar nie potrafił jeszcze tego określić. W każdym razie gdy kufa rudej przysłoniła mu niemal cały widok, nie drgnął on wówczas nawet o centymetr, stojąc niewzruszenie niczym wbity w ziemię głaz. Kilka chwil spoglądał zimno na ten jej arogancki, zadziorny uśmiech, by ostatecznie zawiesić wzrok na dziwnym akcesorium oplatającym szyję Ethnenn. Odchrząknąwszy cicho, źrenice kruczofutrego po upływie paru dłuższych sekund jak gdyby nigdy nic spoczęły z powrotem na licu wadery, lecz ich złocista głębia pozostała chłodna i nieprzenikniona.
- Cóż, sądzę, że wpasowuję się w kanony Twojego opisu, więc... Owszem, jestem. - odparł spokojnie, po czym umilkł na moment, jakby coś jeszcze rozważał. Pauza jednak nie trwała długo, albowiem już w następnej chwili postanowił dodać:
- Podobnie jak Ty. Aczkolwiek ośmielę się zauważyć, że chyba nie do końca jesteś tego faktu świadoma. Hm, to by mogło po części tłumaczyć, dlaczego taki marny z ciebie myśliwy... - wytknął niespodziewanie, lecz głos basiora nie emanował wrogością czy nawet przekorą; wręcz przeciwnie - był suchy i beznamiętny, zupełnie jakby Lotar określał obecny stan pogody. Ot, czyste fakty i nic więcej. Bądź co bądź, wilk napotkał przecież czmychające w panice sarny, a tymczasem u boku Ethnenn nie leżała przecież żadna zdobycz. Nie trzeba było zatem długo dedukować, dlaczego; samica zwyczajnie nie zdołała żadnej pochwycić, i tyle. Brakowało również jakichkolwiek śladów taszczenia zwierzyny, zatem opcja ukrycia posiłku przed innymi również nie wchodziła w grę. Hmm... Ciekawe czy mocno doskwierał jej głód?

Złocisty las

#8
Gdy tylko Złotooki się odezwał i potwierdził jej teorię, nie mogła ukryć euforii. Zresztą, już na początku zachowanie samca spodobało jej się. Tak znana jej powściągliwość i nieustępliwość tylko utwierdziły ją w optymistycznym myśleniu. Postanowiła dać mu chwilową taryfę ulgową, traktując jako nie-wroga i rozmawiać z nim jako potencjalnym przyjacielem, tym bardziej, że stęskniła się za obecnością kogoś bliższego. Nigdy nie była sama aż tak długo, brakowało jej braci i obcy mógłby chociaż na chwilę wypełnić tą lukę. Dlatego korzystając z sytuacji radośnie zaczęła nawijać.
- Jak się cieszę, że wreszcie mogę spotkać jednego Was ! A w zasadzie takiego z Was, z którym można cywilizowanie porozmawiać. Gdy ostatnio stawiłam się na wołanie, nie wiedzieć czemu banda dzikusów mnie zaatakowała. - To, że dopowiedziała na wołanie stada dopiero ostatnio, to jedno, ale wielokrotnie pieśń, jakby szarpała jej duszę i wilczyca od dawna chciała się dowiedzieć co było takiego w tym wołaniu, że czuła się jakby rozdzierano jej serce tymi tajemniczymi nutami, tym bardziej też radowała się ze spotkania.
Już miała kontynuować, dalej korzystając z przerwy w wypowiedzi czarnego basiora, gdy ten powiedział najbardziej absurdalną (w jej mniemaniu) rzecz, jaką kiedykolwiek zdarzyło się słyszeć waderze.
- Marny myśliwy, ze mnie ? – usiadła przed kruczym samcem dumnie wypinając szeroką pierś, absolutnie nie urażona, a bardziej rozbawiona, uznając za stosowne wyprowadzić biedaka z błędu.
- Myśliwym jestem doskonałym. Odyńca w pojedynkę powalę, chociaż w duecie łatwiej, ale sama też dam radę. We dwóch z Don’em, lwa górskiego jesteśmy w stanie zadusić bez mrugnięcia okiem, nie potrzebujemy do tego asysty Pana, podczas gdy inne psy giną pod pazurami. Niedźwiedzia wiem jak zajść by go zatrzymać w miejscu dając czysty tor huczącemu kijowi. Wiem jak zwrócić jego uwagę by się odsłonił na atak i wiem gdzie uderzyć by zabić, gdy trzeba. Lisy czy borsuki kryjące się w norze to dziecinna igraszka. Jestem świetnym myśliwym. - podkreśliła wypowiedź entuzjastycznym skinięciem głową. - Tylko za białymi zadami nie mogę trafić. Prawdopodobnie to spowodowało twój mylny osąd. - Dodała z wyrozumiałością i lekkim pożałowaniem, tłumacząc sytuację Lotarowi, przy czym nie przestawała się uśmiechać. - To prawda ich logika do mnie nie przemawia, nigdy nie miałam okazji ich łapać, ale myślę, że nie zajmie mi to dużo czasu i się nauczę, tym bardziej, że pachną jak całkiem niezły obiad.
Zaaferowana całym miłym spotkaniem i niezbędną ripostą na ocenę jej myśliwskich umiejętności, początkowo nie dotarła do niej pierwsza część wypowiedzi. Dopiero gdy skończyła ostatnie zdanie, trybik zaskoczył i zdała sobie sprawę z tego, że basior nie tylko zainsynuował, ale stwierdził z pełną pewnością coś znacznie bardziej niedorzecznego niż, to jakoby była słabym łowcą. Czarny powiedział, że była tym kim on jest.
-Zaraz, zaraz – wypaliła podniesionym głosem, zbita z tropu, stwierdzeniem Lotara - że ja to niby też jestem śpiewakiem, raczysz sobie żartować … - koniec wypowiedzi był już znacznie mniej pewny, niczym nie przypominał początkowego wybuchu
Nawet nie zauważyła kiedy w trakcie protestów, stanęła na cztery łapy. Sceptycznie i bardzo powoli okrążyła wilka uważnie mu się przyglądając od góry do dołu i jednocześnie odsuwając się stopniowo w trakcie wykonywania pętli, o jakieś trzy długości, by mieć lepszy widok na jego sylwetkę. Na koniec zatrzymała się naprzeciw przechylając głowę do boku i myśląc intensywnie.
- Rzeczywiście bracia byli do siebie i do matki podobni – mówiła cicho, bardziej chyba do siebie niż kruczego przybysza, a wraz z płynącymi słowami i myślami zmieniała się jej mowa ciała. Harda postawa ustąpiła miejsca podejrzliwości. Opuściła nieznacznie łeb, czubki uszu powędrowały lekko na boki, wciąż jednak będąc skierowane w stronę Kruczoczarnego – i to prawda, że na dobrą sprawę ja jestem bardziej podobna do ciebie, niż do nich, ale przecież jestem psem myśliwskim … - Ostatnie słowa wyszeptała niepewnie. Była córką swej matki, była psem, jak mogła by być jednym z nich. Czyżby ten sympatyczny brunet chciał jej namącić w głowie. Jednak jeśli tak to jaki miałby w tym cel, dopiero się spotkali. Sierść zjeżyła się, łapy usztywniły i patrzyła teraz na obcego z pode łba
-No dobrze, mądry Nocny pieśniarzu, skąd ty niby wiesz, że jestem jednym z Was ? – pytała cicho, a głos był niski, na granicy warkotu.

by Płomień

"... My compass has broken ... My past breathes down my neck ...
When winter descends if I try, can I find solid ground or am I just wasting time? "

Mark Jansen

Złocisty las

#9
Entuzjazm wadery zdawał mu się niejako udzielić, gdyż na dotychczas surowym obliczu zagościł cień nikłego uśmieszku. Ciężko jednak było stwierdzić, czy grymas ten odzwierciedlał uznanie, rozbawienie, czy cynizm. A może wszystko po trochu? Samiec nie zamierzał jednak przerywać wilczycy wymieniania swoich cnot, cierpliwie znosząc każdą przechwałkę, aż do momentu, gdy rozmowa spełzła na temat pochodzenia Ethnenn. Wcześniej wspomniany uśmieszek znikł równie szybko jak się pojawił, zastąpiony chłodnym wyrazem zdegustowania.
- Jeżeli faktycznie postrzegasz siebie jako jedną z tych nędznych istot, to w pierwszej chwili przypuszczałbym, że z nas dwojga to tobie humor dopisuje na tyle, by opowiadać żarty. Mało śmieszne zresztą. - odparł ponuro, zadarłszy nieznacznie łeb do góry, coby zaprezentować niepodważalność swego osądu nie tylko za pomocą słów, lecz również mowy ciała. Zimne spojrzenie jego błyszczących oczu niczym ostrze zatopiło się w zdezorientowanych ślepiach samicy, lecz nie powiedział już nic więcej. Postanowił dać jej trochę czasu; niech na spokojnie poukłada sobie to wszystko w głowie i zbierze myśli. Dopiero wtedy będą kontynuować.
Lotar obserwował zatem w całkowitym milczeniu, jak Ethnenn borykając się z tą nową prawdą, co jakiś czas z niedowierzaniem mamrotała coś pod nosem, tak cicho, że ten ledwo mógł wyłapać poszczególne wyrazy. Właściwie basior nie wiedział dokładnie, jakiej reakcji mógł w tej sytuacji oczekiwać, aczkolwiek sam fakt doświadczenia przez kogoś wątpliwości z powodu tak banalnej informacji był dla niego absurdalnie wręcz śmieszny. Tyle lat żyć w nieświadomości... Ba, w bezczelnym kłamstwie!
Kiedy w końcu samica postanowiła skonfrontować się ze swym wahaniem i zwrócić bezpośrednio do swego rozmówcy, wilk natychmiast prychnął pogardliwie w odpowiedzi.
- Jeszcze musisz pytać? Czy to nie oczywiste? - bąknął niezadowolony, jednak po krótkiej wymianie spojrzeń westchnął ciężko, jakby pokonany. Cóż, dla wadery z całą pewnością nie było to oczywiste, o czym zresztą zdołał się przekonać ładnych parę minut temu. Przysłoniwszy złoto swych ocząt kurtyną powiek, pozwolił ciszy zalęgnąć na kilka krótszych chwil, nim ostatecznie podjął na nowo:
- To przygnębiające, że porównujesz siebie do tych nieszczęsnych stworzeń. Koślawych abominacji, sztucznie stworzonych przez dwunożnych na nasze podobieństwo... - w tym momencie basior na powrót rozchylił powieki, zaś jego ślepia rozbłysły żarliwie. Cóż, najwyraźniej nie przepadał za psami. Dzielił z nimi kilka nieprzyjemnych przeżyć, aczkolwiek nie zamierzał się w to teraz zagłębiać. Przeszłość to przeszłość, choć dobrze czasem wyciągnąć z niej wnioski. I mimo że Lotar miał do czynienia ze sforą dzikich przedstawicieli tego 'wytworu', w czasie swej wielkiej podróży zdołał się wiele nasłuchać o świecie i samych ludziach, choć tych drugich nigdy nie spotkał.
- Jesteśmy rasą pierwotną, dumną i nieprzemijającą. Wolni, nieposkromieni, nie należymy do nikogo. A ty jesteś taka jak my, albo przynajmniej powinnaś być. - oznajmił sucho, z lekką nutką irytacji w głosie. A może to było współczucie? Ciężko stwierdzić, gdy ma się do czynienia z kimś, kto zwykł niemal całe życie maskować swoje emocje. Znów zamilkł na moment, świdrując oczyskami kufę swej rozmówczyni, aż w końcu spuścił wzrok nieco niżej.
- To coś, co masz na szyi... To ich dzieło, prawda? Symbol zniewolenia, słyszałem o tym trochę. Tak jak węże duszące ofiarę, tak i dwunogi oplatają szyje swych niewolników, by kontrolować ich ruchy i zapobiec ucieczce... - wyjaśnił nieco refleksyjnie, po czym odpłynął chwilowo na fali rozważań. Szybko jednak powrócił do rzeczywistości, odchrząknąwszy cicho, coby znów zabrać głos:
- Wiem, że pewnie ciężko ci to wszystko przyswoić, ale odpowiedz sobie na pytanie... Dlaczego tu jesteś? Czyż nie pragnęłaś skrycie wyzwolenia? Czy nie marzyłaś nigdy o biegnięciu przed siebie, mając za towarzysza jedynie wiatr? A wreszcie - czyż to właśnie nie nasze wołanie skłoniło cię do podjęcia tego kroku? Zew wolności, tkwiący głęboko w każdym wilku, w końcu się w tobie obudził. Wystarczyło, że usłyszałaś pieśń.
Mimo wcześniejszych, krytycznych słów, tym razem ton jego głosu emanował łagodnością, niemalże kojącą. Nie ekscytował się, nie przekonywał na siłę. Chciał, by rozmówczyni chociaż w tym jednym momencie poczuła się w miarę komfortowo i spojrzała na całość z nieco innej perspektywy. Liczył, że przeanalizuje ona na spokojnie wszystkie zebrane informacje i dojdzie w końcu do racjonalnej konkluzji, zamiast ciągle przeczyć faktom. Czy jednak Lotar sam wierzył w znaczenie, jakie niosły z sobą wypowiedziane przezeń słowa? Cóż, to mało istotne. Ważne, że wierzył w moc sprawczą owej krótkiej, patetycznej przemowy.

Złocisty las

#10
Dla samej wilczycy tak jak Lotar zauważył, oczywiste nie było to ani trochę. Owszem słyszała nocne wycie, ale nigdy nie miała okazji spotkać właściciela głosu, tak też wątpliwości nie miały się jak zakorzenić. Opanowała zdenerwowanie i usiadła i patrząc intensywnie na oblicze basiora, czekając dalszych wyjaśnień, ale teraz nie podchodziła bliżej, ulokowała się w takiej odległości w jakiej się znajdowała.
Koślawej abominacji” - użyte określenie ją rozbawiło, gdyż wyobraziła sobie jak Dagos, najbardziej porywczy z ich czwórki, słyszy takie słowa „ ciekawe czy pieśniarz uszedł by z życiem i wszystkimi kończynami ” wyglądał na pewnego siebie wojownika, ale czy miałby szanse z furią znieważonego brytana. Przekrzywiła łeb szacując szanse wilka i psa, kiedy z bezproduktywnych, choć przyjemnie rozpraszających rozmyślań wyrwało ją kolejne zdanie.
Dumni i nieposkromieni”, cóż jak dla niej, nie był to argument. Wszyscy tacy byli, to, że słuchali Pana było ich wyborem, każdy z braci jak jeden, był by w stanie zmiażdżyć jego głowę w szczękach, bez mrugnięcia okiem, ale nie robił tego bo nie chciał.
Wolni” - tu Złotooki ruszył właściwą strunę i myśli rudej zatrzymały się na dłużej. Tak, nie musiała robić tego, czego od niej wymagano, mogła gnać przed siebie, aż łapy odmawiały posłuszeństwa i brakowało tchu. Żyjąc wcześniej nigdy nie zdarzyło jej się prawdziwie zmęczyć, polowanie dostarczało emocji, czasem było wykańczające, ale tylko podczas walki, nawet gdy musiała odpoczywać by rany się wygoiły, brakowało jej wyzwań i wysiłku. Wciąż jednak w przemowie nie znalazła konkretów, więc cierpliwie czekała kontynuacji wypowiedzi.
Gdy Lotar zaczął mówić o obroży, którą miała na szyi, wysłuchała uważnie i po zastanowieniu odparła
- W większości masz rację - niechętnie, ale przytaknęła. Nie raz widziała jak inne psy były za nią wiązane - Ale w przypadku naszej czwórki, to coś więcej. To oznaka statusu, który posiadaliśmy my myśliwi, po za tym jest całkiem przydatne, osłania moją szyję w trakcie walki - mówiła jednak spokojnie, z dystansem, brakowało początkowego rozbawienia.
Najwyraźniej Kruczy, rozumiał jej zagubienie, ponieważ kontynuował łagodnie. Cały czas jednak nie podając niezbitego dowodu, przemowa chociaż ładna i podobało jej się jak basior ją wygłaszał, nie wnosiły nic specjalnego do aktualnej wiedzy samicy. Słuchając i wyczekując pointy, dryfowała we własnych myślach i wtedy olśniło ją jak prosto można się przekonać czy samiec miał racje. Spróbowała wietrzyć, ale pechowo stał teraz pod wiatr. Nie myśląc zbyt wiele, znów podeszła do wilka, wetknęła kufę w sierść na jego barku i wciągnęła głęboko powietrze. Takie banalne rozwiązanie, że też wcześniej upewniła się, że on jest z gatunku szarych a nie wpadła, by zastosować to do siebie. Gdy zebrała dość informacji, odwróciła łeb i wcisnęła nos we własną sierść, nie zastanawiając się nawet, że najpierw bez ceregieli wpakowała się w przestrzeń osobistą czarnego basiora, a potem odsłoniła kark, przed obcym i jakby chciał ją zaatakować, była by na starcie na gorszej pozycji. Zaaferowana, nawet nie patrzyła reakcji wilka.
- Psiakrew, jestem śpiewakiem ! - Wykrzyknęła gdy prawda uderzyła w nią z całą swoją mocą, ponieważ jedno to podejrzewać i mieć wątpliwości, a drugie to mieć niezbity dowód.
Usiadła ciężko, kładąc uszy na boki, gdy umysł zagalopował się w wizualizacji możliwych konsekwencji ucieczki. Nie to, żeby już pędziła w drogę powrotną, ale miała alternatywę, była przekonana, że może powrócić ze „spacerku, który niechcący się przedłużył” a tu się okazuje, że nie ma dokąd, że stała się bezdomnym wyrzutkiem. Dermont raz uciekł panu wybierając się do dziewczyny w okolicy, jak wrócił dostał połajankę i dodatkowych kilka lekcji posłuszeństwa, ale wychodziło na to, że ona była przygarniętym dzikim zwierzęciem. W tym przypadku nie będzie taryfy ulgowej i wyjaśnień, srogo zawiodła ich zaufanie. Takie przewinienie bliższe było zdradzie, niż niewinnemu włóczeniu się. Jeżeli pojawi się w domu, bieg wydarzeń jest łatwy do przewidzenia. Pan da rozkaz barciom, niewykluczone, że dla pewności wszystkim trzem, bo jeden na jednego, wynik byłby nie pewny. Był tylko dwunogiem, nie miał pojęcia o honorze i oddaniu, nie zrozumiałby, że brata by nie raniła, ale pewnie przewidział by jej ucieczkę, zawsze była szybsza od brytanów. Może od razu zrobił by nagonkę, przed mordowaniem łaciatych nie miała by żadnych obiekcji, zawsze działali jej na nerwy, ale prędzej czy później zapędzili by ją wprost na czarne mastiffy lub w ślepy zaułek, gdzie czekali by wsparcia. Zamknęła oczy i wszystkie rozterki od zagubienia po wyraźną antypatię do gończych, można było wyczytać na pysku wilczycy, który przemawiał jak otwarta księga. Oczyma wyobraźni widziała jak gardło i kark miażdżą jej szczęki jednego z dawnych towarzyszy… nie będzie się bronić, bo jakże mogła by ranić własne rodzeństwo, przecież nawet jeśli właśnie dowiedziała się, że nie jest psem, to nic nie będzie wstanie zatrzeć wspólnych lat. Tłumacząc się, jedyne co dała by najbliższym, to wątpliwości i bolesną rozterkę po otrzymaniu rozkazu, a może powód do buntu przeciw panu, walkę z innymi psami i śmierć za nieposłuszeństwo.
Nie, lepiej by bracia uważali ją za wiarołomną zdrajczynie, a ona musi dopilnować by ich drogi nigdy się nie skrzyżowały. Jeśli zaś, los zapragnie inaczej, niech wypełnią zadanie bez wątpliwości i żalu, bez ciężaru w sercu. Kolejny głęboki wdech, nie należała do wpadających w rozpacz, życie wymagało działania, pogodzona z sytuacją otworzyła oczy.
- Czy jest tu dość bezpiecznie, by zostać ? – zapytała, dodając po chwili namysłu - na dłużej …

by Płomień

"... My compass has broken ... My past breathes down my neck ...
When winter descends if I try, can I find solid ground or am I just wasting time? "

Mark Jansen

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron