Kamieniste nadbrzeże

#11
Siedział dalej, niewzruszony. Wyglądał niczym posąg, upiornie, zwiastując to co ma nadejść nieuchronnie, a co Burzowa dopinała ku końcowi. To ona musiała odebrać życie Veasine, ona sama. Tym samym chciał mieć pewność, że nie mylił się co do wadery, obierając ją za swoją kompankę. Nie było tu miejsca na słabość i zawahanie. Musiała być zdecydowana i pewna tego co robi, być oddana. Martwiło ją tylko jak mało przy tym było chaosu. Wadera zadając kolejne ciosy zdawała się być w pełni opanowana, skupiona, jak klecha podczas modlitwy, jak kapłan odprawiający rytuał.
Z rytmu wybiły ją słowa Veasine. Oczy Szamana otworzyły się bardziej, łapiąc kontakt wzrokowy z Bezimienną, jednak nic jej nie odpowiedział. Burzowa Chmura uczyniła to za niego, a on na słowa Wyznawczyni jedynie uśmiechnął się wąsko odsłaniając delikatnie kły, na których pozostawały jeszcze resztki krwi sarny, a kruki zaskrzeczały złowrogo. Oh, czuł to, odór śmierci, smród posoki był silny. Pomniejsze zwierzęta w okolicy przyglądały się ze swoich ukryć temu przedstawieniu, a chłodny podmuch wiatru wzburzył momentalnie sierść wilków, by następnie nastała grobowa cisza, przerywana jedynie przez dwie wadery. Morderce i ofiarę.

"Sza­leństwo nie jest niedorzeczne: otóż im bar­dziej sza­lone, tym bar­dziej lo­giczne, tym bar­dziej wy­rafi­nowa­ne, tym bar­dziej wy­mow­ne, tym bar­dziej olśniewające. " ~George Bernard Shaw

Kamieniste nadbrzeże

#12
Słona, morska woda wlewała się do ran potęgując uczucie bólu i dodatkowego szczypania, samica jednak nie dawała po sobie poznać, że zaczyna być na skraju wytrzymałości. Vea starała się skupić na myślach bombardujących jej głowę, dzięki czemu ból chociaż trochę mniej dawał się we znaki. Wadera nie była pewna czy jej kat spełni ostatnią prośbę, jednak jak się okazało zyskała nowe, lepsze imię, które pozwoli jej umrzeć z wewnętrznym spokojem. Ruda uśmiechnęła się delikatnie po czym skinęła pyskiem w geście wdzięczności. Chciała jeszcze coś powiedzieć, a właściwie wychrypieć, ale nie była w stanie, poranione gardło dawało się we znaki do tego stopnia, że nawet połykanie śliny było udręką. A więc Krwawy Świt. Początek czegoś nowego. Veasine przez chwilę była ciekawa co według wadery miało być nowym początkiem, nie myślała jednak nad tym za długo, w końcu miała teraz ostatnie chwile na podsumowanie swojego marnego życia... Nie rozumiała jednak tylko jednego. Czemu ten cholerny Gawron, który był powodem aktualnej sytuacji, nieprzerwanie chodzi jej po głowie. Wypluła krew wymieszaną ze śliną i powiodła ślepiami po wilkach, widziała coraz gorzej, była coraz słabsza, marzyła by to wszystko się już skończyło.
Obrazek

Kamieniste nadbrzeże

#13
Obserwacja wadery, którą przy akompaniamencie kruków jego współwyznawczyni pozbawiała życia, napawała wilka dziwaczną satysfakcją. Muuaji czuł się jak pan życia i śmierci, żniwiarz, zwiastun końca. Miał wrażenie, że sam Wilk wszedł do jego ciała, oddając mu cząstkę swej mocy i wraz z nim delektował się tym widowiskiem.

/Muuaji otrzymuje +1 do Ataku

Kamieniste nadbrzeże

#14
Krwi, która plamiła kamieniste nadbrzeże wciąż przybywało coraz więcej. Ofiara z minuty na minutę stawała się słabsza, a przeszywający ból, wstrząsał jej ciałem przy każdym kolejnym ugryzieniu Burzowej Chmury, Wyznawczyni Wilka. Czerwony pan dodawał swojej Diablicy sił, sprawiał, że jej ciosy stały się zabójczo wręcz precyzyjne, zabójczo silne.
Wzburzone morze wypluwało na brzeg coraz większe pokłady słonej wody, a czarne niczym najciemniejsza noc, kruki zataczały koła nad dwoma waderami, kracząc złowrogo i zwiastując koniec, który miał nadejść wyjątkowo szybko. Bura z dziecinną łatwością rozszarpała brzuch oraz wnętrzności rudej - to wystarczyło. Kilka z ptaków Muuajiego przysiadło na bezwładnym ciele umierającej, kontynuując swoją żałobna pieśń.
Żałobną? W żadnym wypadku - bo oto właśnie kończył się czas Krwawego Świtu. Teraz miał nastąpić zapowiedziany nowy początek, który na zawsze odmieni tą krainę.

/Veasine 0hp, kona

Kamieniste nadbrzeże

#15
Choć oczy miała otwarte, nic nie widziała. Choć uszy drgały, nic nie słyszała. Choć wargi rozchylone, żaden dźwięk ich nie opuszczał. Choć ciało ranione, kłami rozrywane, na ból nawet nie reagowała. Była jak lalka, zdawać by się mogło, że żyje, a jednak jej zachowanie temu przeczyło. Czuła się jak w próżni, ponad tym co miało miejsce, była wręcz pewna, że przygląda się temu co się dzieje z boku, współczuła cielsku otoczonemu rudą sierścią, ale nie utożsamiała się z nim. Była nieobecna, był już martwa. Nie potrzebowała czasu by się z tym pogodzić, ot po prostu umierała, nie chciało jej się rozważać nad tym co było i co mogło być, była nad wyraz spokojna. Klatka piersiowa delikatnie unosiła się i opadała sugerując, że praca Burzowej jeszcze nie dobiegła końca. Do czasu. Kolejne zaciśnięcie szczęk, szybki błysk światła i charczący dźwięk sugerujący nabieranie ostatniego wdechu. Pierś zastygła w bezruchu, a bladoniebieskie ślepia zatraciły cały blask stając się puste. Choć pewne już było, że wadera nie żyje jedno nie dawało spokoju.. Był to delikatny uśmiech, który zastygł na jej pysku. W towarzystwie martwych oczu wyglądało to co najmniej makabrycznie, jednak zapewniało, że Veasine umarła szczęśliwa.
Obrazek

Kamieniste nadbrzeże

#16
Kąsała coraz zawzięciej, szarpała gwałtowniej, lecz mimo to nie odczuwała rosnącego zmęczenia. Wręcz przeciwnie, odniosła wrażenie, że je ciało wypełnia jakaś dziwna energia, dodając jej sił. Wraz z nią wnętrze samicy zalewały fale zadowolenia, niemalże rozkoszy, przeganiając precz wcześniejsze troski i frustrację. Cieszyła się, niczym szczeniak. Morderstwo stało się zabawą. Smak, zapach i widok krwi rudej samicy, zalewającej wciąż nowymi strumieniami zarówno pysk burej, jak i okoliczne, wilgotne piaski, wywoływały uśmiech. Dźwięk ciężkiego oddechu Krwawego Świtu i odgłos rozrywanych tkanek stały się najpiękniejszą melodią. Nuciła w głowie w jej rytm hymn pochwalny ku czci Wilkowi, bujając wesoło ogonem w powietrzu i wykrzywiając zakrwawione wargi w uśmiechu. Kiedy czasami puszczała rudą i unosiła nieznacznie pysk, by zaczerpnąć więcej powietrza, nie mogła powstrzymał wydobywającego się z niego, cichego chichotu. Brzmiał on czysto, wesoło i nawet całkiem wdzięcznie, niemalże niewinnie, lecz jednocześnie przerażająco, szaleńczo. Czy bura zaczynała tracić rozum, czy może było to jedynie echo śmiechu samego Wilka, cieszącego się z rozlewu niewinnej krwi?
Nigdy wcześniej nie zabiła wilka - a przynajmniej nie w ten sposób. Owszem, wielokrotnie walczyła, raniła innych, czasami poważnie. Kto wie, czy któraś z zadanych przez nią ran nie doprowadziła do śmierci. Jednakże nigdy wcześniej nie zarżnęła przedstawiciela własnego gatunku niczym młodą sarnę, patrząc spokojnie, jak życie opuszcza jego ciało. Nigdy wcześniej nie czuła również tak wielkiej satysfakcji. Jeżeli kiedykolwiek wcześniej miała jakiekolwiek wątpliwości co do tego, czy podjęła tam, na wydmach odpowiednią decyzję, teraz zniknęły one bezpowrotnie. Właśnie to jest moim przeznaczeniem. Nieść śmierć w imię Wilka. Dążyć do ostatecznego zwycięstwa w wojnie przeciwko naszym wrogom. Na zawsze odmienić losy tej krainy.
Puściła nieruchome ciało dopiero po dłuższej chwili, szarpnąwszy uprzednio niecierpliwie łbem. Rozluźniła powoli szczęki i uniosła łeb, kierując szare, teraz roziskrzone tajemniczym blaskiem ślepia ku niebu. Na pysku nadal widniał szeroki uśmiech.
- Blask Krwawego Świtu zabarwił te ziemię czerwienią. Karminowe łzy naznaczyły ziemię i wodę, naznaczając je jako Twą własność - rzekła uroczystym tonem w kierunku obłoków. Wydawało jej się, jakby te słowa wypływały z jej pyska same, bez udziału umysłu. - Dusza Krwawego Świtu dziś należy do Ciebie, Wilku. A jutro Twoja będzie cała ta kraina. Zaczął się bowiem nowy dzień.
Wyprane z kolorów ślepia skryły się na chwilę pod powiekami, kiedy to samica stała przez jakiś moment nieruchomo, dumnie wyprostowana, ze wzniesionym pyskiem. Następnie westchnęła przeciągle i otworzyła oczy, rozluźniając nieco napięte mięśnie. Dopiero wówczas przypomniała sobie najwyraźniej o obecności Muuajiego, bo ignorując kompletnie trupa leżącego u jej łap odwróciła wzrok, by spojrzeć z zadowoleniem na starszego basiora.

Kamieniste nadbrzeże

#17

Wiódł ją nieomylny instynkt i chociaż wiedziała iż kroczy we właściwym kierunku nie mogło się obyć bez pełnych wyrzutu westchnień. Oto jej bracia i siostry Wyznawcy w końcu zbierają się w jednym miejscu, wielkim miejscu gdzie dojdzie do zjednoczenia i co na nie wybierają? Kamienistą plażę. Obślizgłe kamienie i chłodną wodę, co jakiś czas muskającą jej śnieżne łapy. Czuła, że źle znosi te ciągłe zmiany klimatu. Raz pustynia, raz trzęsawiska, raz morze. Jakaś jej część swawolnie pragnęła powrócić nad oazę, by w spokoju rozłożyć swoje ciało przed promieniami Słońca, ale to nie wchodziło w grę. Musiała przeć na przód, w końcu jeszcze wiele było przed nimi. Tymczasem Khaleesi delektowała się świeżym powietrzem i morską bryzą. Po duszących bagnach i zapachu krwi pod wierzbą stanowiło to miłą odmianę w dotychczasowym klimacie. Kiedy wkroczyła na tereny przybrzeżne dokładnie umyła się zarówno z krwi własnej, jak i zabitego basiora. Teraz znów czuła się swobodna, nieobciążana żadnymi zmartwieniami. Zabawne ile dobra kąpiel może dać. Całe to zajście przywodziło jej na myśl małego Naudira, z plackami błota na plecach i wiecznie zmierzwioną grzywą. Teraz był już dorosły, kto wie gdzie go poniosło. Z takim tupetem na pewno daleko. Wędrowała kierowana nieodzownym przeczuciem. Wskazywał jej kierunek tak naturalnie, że właściwie wzięła to w domysł i nie zastanawiała się bardziej gdzie ma iść dalej. Po prostu wiedziała.
W reszcie zaczęła dostrzegać upragniony cel podróży. Na początku nie miała pewności, ale w przekonaniu utwierdziło ją niepozorne stworzenie bacznie mierzące ją wzrokiem. Spojrzała zawadiacko na kruka strzegącego jednej z gałęzi wyschniętego drzewa. Korzenie miało wypłukane przez fale, a pień suchy i ogołocony z kory. Kruk stukał i pukał, kracząc przy tym donośnie. Naumyślnie schowała się tak by jej woń nie dotarła za szybko do innych gości plaży. Przykucnęła przy piaszczystej wyrwie gdzie kiedyś rosła roślina i wyrwała z niej kilka żyjących tam ziół – rozpoznała krwawnik i czosnek, nad ostatnim musiała trochę się zastanowić. W końcu jednak, analizując ułożenie liści doszła do jedynego wniosku. To musi być psia ruta. Ją również włożyła za kark, a po kilku chwilach była gotowa odsłonić się reszcie. Nie było sensu się ukrywać czy czaić, możliwe że już ją zauważyli. Zanim jednak ruszyła przed siebie szczeknęła ostrzegawczo na ptaka, zmuszając go do lotu. Niech powiadomi właściciela, że idzie ktoś nowy. Kroczyła pewnie, uważając na zdradzieckie skały. Jednocześnie obserwowała rozgrywającą się tam scenę. Wyglądało na to, że była ich tylko dwójka. Ciało należało do zwykłej wilczycy, w dodatku rannej jeszcze przed walką. Mlasnęła zdegustowana. Atak rannego, przy asekuracji przedziwnego basiora nie wydawał się odpowiednią ofiarą. Wilk nie gardzi złożoną krwią. Musiała to przyznać, nie liczyło się jak, tylko co. W końcu różnooki też się nie bronił. Był nieruchomy, jakby owładnął nim bezmiar Władcy. Niepokojące, ale prawdziwe. Musiała jednak odłożyć przemyślenia na później, ponieważ oto dotarła prawie do końca. Niespalona zatrzymała się w odległości kilkunastu kroków od tej trójki. Nie z obawy przed niebezpieczeństwem, ale przezorności. Instynkt mógł kłamać, nie mogła ufać nikomu, póki nie zdobędzie dowodów. Nawet samej sobie.

Kamieniste nadbrzeże

#18
Obserwował to wszystko, mając wrażenie, że ich Pan towarzyszy im, ciesząc się z przedstawienia, jakie mu wyprawili. Byli aktorami w jego sztuce, a Konkordia była ich sceną. Mieli wciągać innych do swojego występu, odbierając przy tym życie. Czuł jak jego żyły płoną pod skórą, a mięśnie przyjemnie mrowią. Czuł jak spada na niego błogosławieństwo Wilka, dodające mu sił.
Białe ślepia patrzyły na Veasine, z której zycie uciekalo z kazda sekundą. Nie odczuwał żalu, czy współczucia. Była zwykła ofiarą. Jedną z wielu, która zostanie oddana Wszechmocnemu. Na tą myśl zarechotał szczerząc kly, a język przejechał po czarnych wargach. Wbił następnie wzrok w swoja Towarzyszkę, która wyglaszala swoją mowę. Zgadzał się z jej słowami, jednak nie widział potrzeby, by dopowiadać cokolwiek. Wstał i zbliżył się do ciała, które jeszcze przed chwilą zamieszkiwane było przez duszę Krwawego Świtu. Oczy delikatnie zaświeciły się bladą poświatą, po czym sięgnął w stronę karku, by wygrzebać z sierści wysuszoną głowę kruka. Kłami rozwarł delikatnie dziób, by ebrac troche krwi martwej wadery. Następnie zamknął go i schował z powrotem, niedaleko innej, z krwią jego własnej ofiary.
Nawiązał kontakt wzrokowy z Burzową, a w jego oczach widać bylo wesołe iskry, choc dalej pozostawało w nich coś niezrozumiałego, sprzecznego. - Dowiedziałem się kilku rzeczy o waderze, której szukałem. - zarechotał i przekręcił gwałtownie dwa razy glowa w prawo, co wyglądało jak zwykły tik nerwowy. - Szykuje się spektakularna śmierć i chce byś mi towarzyszyła przy tym. - zarechotał, lecz nagle zamilkł. Oczy rozwarły się szeroko, a źrenice zmniejszyły się do wielkości główki od szpilki. Z gardzieli począł wydobywać się warkot, gdy usłyszał szczęk i wzbijającego sie w gore kruka. Jego kruka. Nie odwrócił jednak łba w stronę Niespalonej. Zamiast tego począł śmiać się ochryple, miotajac glowa na boki. - Kogo tu śmierć przywiala.
Ostatnio zmieniony niedziela 07 maja 2017, 20:30 przez Muuaji, łącznie zmieniany 1 raz.

"Sza­leństwo nie jest niedorzeczne: otóż im bar­dziej sza­lone, tym bar­dziej lo­giczne, tym bar­dziej wy­rafi­nowa­ne, tym bar­dziej wy­mow­ne, tym bar­dziej olśniewające. " ~George Bernard Shaw

Kamieniste nadbrzeże

#19
Stała tak, wciąż ociekająca krwią, która powoli spływała po jej ciele, skapując z posklejanych, wilgotnych kosmyków i barwiąc futro odcieniami czerwieni. Pokrywała również wargi, które samica kilkukrotnie miała już ochotę oblizać, lecz powstrzymywała się za każdym razem. Ta krew należy do Wilka i tylko do niego. Powinna obmyć ją w wodzie, tym samym naznaczając ją jako przyszłą własność jej Pana. Czy dokładnie taka była wola bóstwa? Nie była do końca pewna. Poniekąd jeszcze nie bardzo wiedziała, w jaki sposób powinna oddawać mu cześć, postanowiła więc czynić to na swój sposób, na podobieństwo rytuałów odprawianych przez szamanów z jej rodzimej watahy.
Słuchała słów padających z pyska Muuajiego, obserwując jego poczynania z wesołym błyskiem w szarych ślepiach. Czuła się odprężona, pełna energii i zadowolona. Po uprzedniej irytacji nie było ani śladu. Zrozumiała, że właśnie to było jej przeznaczeniem - niesienie śmierci w imię Wilka, powolne, lecz konsekwentne burzenie tego pozornie sielankowego spokoju, jaki urządził sobie w tej krainie Jeleń, a który dla niej samej był nie do zniesienia. Żałowała, że nie wiedziała tego wcześniej.
Gdy ten zbliżył się do trupa, by zebrać nieco krwi, odruchowo spojrzała na martwą waderę. Nie czuła nic - ani cienia współczucia, czy żalu, żadnych wyrzutów sumienia. Zginęłaby tak, czy owak. A tak jej śmierć nie poszła na marne. Jakaś część Burzowej poniekąd żałowała, iż ruda tak szybko się poddała, nie starając się w żaden sposób obronić się przed atakiem. Ułatwiło jej to zadanie, lecz właśnie - uczyniło je zbyt łatwym. W duchu miała nadzieję, że następna ofiara będzie stawiać choćby minimalny opór - wszak wtedy satysfakcja ze zwycięstwa byłaby z pewnością jeszcze większa.
Zastanowiła się krótko nad słowami swego towarzysza, po czym skinęła głową, wbijając wzrok w jego ślepia. Wydawał się tak samo zadowolony, jak i ona sama. Mimowolnie na jej pysku pojawił się uśmiech podobny do tego, który zdobił oblicze basiora.
- Chyba nie myślałeś, że odmówię? - odezwała się niemalże rozbawionym tonem. - Czego się dowiedziałeś? Wiesz, gdzie jej szukać?
Przez chwilę patrzyła na niego wyczekująco, póki jej uwagi nie przykuło pojedyncze szczeknięcie, a potem trzepot skrzydeł kruka. Mina nieco jej zrzedła i powiodła wzrokiem w kierunku odgłosów. Ujrzawszy zbliżającą się samicę nie odczuła strachu. Wyprostowała się dumnie, rzucając jej pewne siebie, niemal wyzywające spojrzenie. Podświadomie czuła, że nie musi obawiać się ataku ze strony śnieżnobiałej. A nawet, jeżeli przeczucie okazałoby się mylne, wciąż była gotowa stanąć do walki.

Kamieniste nadbrzeże

#20

Obserwowała ich z pewną dozą niedowierzania. Musiała uważać, żeby nie dać po sobie poznać własnego zdezorientowania. Ani Wilk, ani Szkarłatnooka nie mówili nic o Innych, a tym bardziej nie o tak... Nieludzko innych Innych. Istotnie bowiem było to wilki z jakimi Biała nigdy nie miała styczności. Wadera, na pierwszy rzut oka wydawała się całkiem zwyczajna, z przyjemnie wyglądającą gęstą sierścią i składną budową ciała. Jej będzie musiała poświęcić więcej uwagi jeśli zamierzała tu pozostać, to pewne. Takie bowiem wydawały się najbardziej niepozorne, a w najczarniejszą z nocy stanowiły ostatni widok przed wiecznym snem. W umyśle obcej mogło kryć się wiele rzeczy, a niewiele z nich widać było na pierwszy rzut oka. Z pozorów wyprowadzała jednak jej postawa. Pewna i świadoma własnej wartości z dozą... Szaleństwa? Teraz musiała się poprawić, ponieważ wszystkie podobne do ostatniego określenia bladły ze strachu przed basiorem. Krwiste ślady zdobiące jego łeb, czaszka wrony i zamglone oczy wypełnione obcymi duchami. Niebezpieczny osobnik. Khaleesi niewiele już pamiętała z czasów Dracarysu. Ale widziała podobnych do niego. Takich widoków nie można zapomnieć bo same ci nie pozwolą na to. Nie dało się o tych oczach powiedzieć, że skrywały tajemnicę, ponieważ dla pobieżnych obserwatorów były puste, bez uczuć. Khal mogłaby jednak przyporządkować inną, głębszą nazwę do tego stanu. Mgła przypominała odbicie jakieś studni pełnej duchów. Starych, groźnych i niespokojnie zamkniętych w ciele jednego, kruchego basiora. Takie połączenie krwiożerczych pragnień nie wróżyło nic dobrego, rzecz oczywista. Fiołkowooka miała jednak nadzieję, że to nieokiełznane okrucieństwo przysłuży się ich sprawie. I tylko ich sprawie. Inaczej będzie musiała dopilnować, że nie stanie się inaczej.
Z drugiej strony, był w tym stworzeniu coś fascynującego. Wiadomo, nie wiedziała jeszcze o nim nic, ale mgliste wspomnienia łączyły się w spójny obraz jej ojca – Aspara. Oby się myliła, ponieważ i jej nowego towarzysza będzie musiała znienawidzić równie mocno. Przekrzywiła głowę z ciekawością. Interesujące czy za tym kamiennym murem groteskowych masek kryło się coś jeszcze. Wilk wiedział przecież co robi, prawda?
W końcu Zrodzona z Burzy zdała sobie sprawę, że wciąż stoi w jednym miejscu, bez słów przypatrując się tej dwójce. Od wody wciąż wiała chłodna bryza, która mierzwiła jej śnieżne futro i dodawała otuchy. Czy powinna wykonać pierwszy krok? A jeśli tak, co w nim zawrzeć? Rzuciła też okiem na nieżyjącą. Jeszcze świeża krew broczyła z ran mających się nigdy więcej nie zasklepić.

Zdobywco, powierzam ci tą oto tutaj obecną ofiarę.
Polegnie w walce, obronie nędznego życia,
znaczeniem przysłużywszy się dla twego zwycięstwa.

- Spoczywaj w spokoju, bowiem oddałaś życia Wilkowi. – Ominęła truchło i zbliżyła się do dwójki oprawców. Strażniczki i Szaleńca, tak nazwała ich w myślach. Nie mogła opanować dziwnego uczucia idącego wprost z jej trzewi.
- A więc zaczęła się... Apokalipsa Wielkiego Wilka. – Wyszeptała to z lubością.

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron